Trylogia Igrzysk Śmierci, Suzanne Collins
Przyznaję się – jak ponoć był boom na tę książkę, jakoś mnie ominęła. Przemknęła niezauważona. Ze dwa miesiące temu, w kinie, pojawił się zwiastun filmu Igrzyska śmierci. I było w nim coś, co mnie przyciągnęło. A Google powiedział o książce i o następnych częściach… I tak przez tydzień – przeczytałam całość – Igrzyska śmierci, W pierścieniu ognia i Kosogłos.
Podobno to książka młodzieżowa. No w sumie – jest nastolatka, są rozterki (który z chłopaków to Ten), jest naiwność i nieumiejętność panowania nad emocjami. Ale z drugiej strony to znacznie głębsza książka – pełna okrucieństwa, polityki, siły mediów i naszego stosunku do tego, co widzimy na ekranie. I chyba dlatego wciąga, ale gdy popatrzy się na nią przez pryzmat medialny, sprawia, że wraca się do niej silnie myślami.
Główna bohaterka to Katniss Everdeen. Poznajemy ją jako 16-letnią dziewczynę. Nastolatkę, ale już doświadczoną przez życie. Żyje w biednym dystrykcie, gdzie głód wielu zagląda w oczy. Jej ojciec zginął w kopalni, co matka przypłaciła olbrzymim załamaniem nerwowym i zamiast zająć się dwójką dzieci, zamknęła się w sobie. Na dodatek ma młodszą siostrę, więc próbowała przy życiu utrzymać nie tylko siebie, ale i ją.
Dystrykt 12, w którym mieszka rodzina Everdeen to najdalszy i jeden z najbiedniejszych dystrykt (górniczy) w państwie Panem, powstałym na gruzach Ameryki Północnej (a może USA?). Całe Panem rządzone jest z Kapitolu (stolica), który stanowi coś w rodzaju odrębnego dystryktu. Generalnie mieszkańcy poszczególnych dystryktów nie podróżują ani do innych dystryktów ani do stolicy. Poza jednym wypadkiem – Igrzysk śmierci (a właściwie – Głodowych Igrzysk). Co roku, na pamiątkę buntu Dystryktów przeciw Kapitolowi, rozgrywana jest okrutna walka 24 osób z 12 dysktryktów (po 1 mężczyźnie i 1 kobiecie z każdego), walka na śmierć i życie. Już to samo jest okrutne w sobie – ale najbardziej uderza wiek zawodników (trybutów) – 12-16 lat…
Początek pierwszej książki to właśnie losowanie trybutów do 74 Igrzysk. Wylosowana jest Prim Everdeen (siostra Katniss), za którą nasza bohaterka zgłasza się jako ochotniczka (pierwsza w historii z tego dystryktu).
Ciąg dalszy to opisy przygotowań – ale nie tyle są to warsztaty walki (to też, ale ile można się nauczyć przez kilka dni?), co przygotowań wizualnych. Trybuci mają specjalnie projektowane stroje, przeprowadza się z nimi wywiady, mają zrobić wszystko, by zostali zapamiętani. Bo to da im przychylność sponsorów i widzów. A bez pieniędzy sponsorów mają niewielkie szanse na przeżycie…
Zastanawiam się jak opisać pozostałe książki, nie zdradzając zakończenia tej pierwszej
Z drugiej strony, skoro są kolejne, to wiecie, że Katniss przeżyła. Nie zdradzę jednak jak…
Muszę przyznać, że Suzanne Collins potrafi świetnie budować postacie, szczególnie te drugoplanowe. Chyba każdy, kto czytał Igrzyska, pamięta Cinnę. I nie dlatego, że pojawia się także w drugiej części i jest obecny na kartach trzeciej. To postać niezwykle ciepła, choć lekko wycofana. Ktoś, kto potrafi zrozumieć i uspokoić emocje innych – nie tylko Katniss, ale też swojego zespołu. Szef – ideał, choć zupełnie nie o to tu chodzi.
I tu muszę przyznać, że Lenny Kravitz świetnie odtworzył Cinnę w filmie. Choć chyba byłby ostatnią osobą, którą sama bym wybrała do tej roli – jest naprawdę dobry. Emanuje spokojem, sympatią i taką nieuchwytną nutą, która mówi, że spokojnie można mu zaufać
Kolejna postać to Haymitch – zwycięzca sprzed wielu lat i mentor Katniss i Peety (towarzysz niedoli w Igrzyskach). To postać, która w pierwszej części bywa niezwykle zabawna, choć przy tym także bardzo inteligentna (zwłaszcza wtedy, gdy nie jest całkiem zamroczony alkoholem). Podejście do niego (u czytelnika) zmienia się z kolejnymi tomami, gdy poznajemy urywki jego historii, gdy zaczynamy się dowiadywać jak wygrał swoje igrzyska i czemu nie ma nikogo bliskiego…
Wreszcie Prezydent Snow – przywódca Panem. Nie do końca poznajemy go w pierwszej części – raczej dopiero w drugiej, ale rys jest silny – czytając miałam przed oczami Donalda Sutherlanda. I bardzo się cieszę, że to on został umieszczony w obsadzie. Pozornie można powiedzieć, że to okrutnik, sadysta, morderca nawet, itd. Ale z drugiej strony to wytrawny polityk, który świetnie wyczuwa nastroje w państwie i robi wszystko, by zachować status-quo.
Mogłabym dalej opisywać poszczególnych bohaterów – Peeta (akurat jego postać w filmie została IMO strasznie spłaszczona i źle pokazana) – syn piekarza z talentem do porywania ludzi słowami; talentem, z którego nie zdaje sobie zupełnie sprawy; Gale – twardy wychowanek Dwunastki, którego pewne cechy odkrywane są dopiero w trzecim tomie. I nagle orientujemy się, że przesłanki były już w Igrzyskach, a Kosogłos to naturalny rozwój postaci… Rue, Cato, Finnick, dziesiątki innych… Chyba jedną z naprawdę niewielu postaci, którym czegoś brakło była Prim – nawet w ostatniej części pozostała jakaś lekko bezbarwna, choć “wszyscy ją kochali”.
W całej trylogii nie brak okrucieństwa. Krew leje się często (najpierw na arenie, w Kosogłosie – już wszędzie), ale bardziej okrutne jest łamanie postaci psychicznie. I tu należy się olbrzymi szacunek Autorce – jest niezwykle konsekwentna w swoich działaniach. Bohaterowie nie zdrowieją nagle i z powodu np. miłości – raczej długo się zbierają i często tortury i przeżycia zostają w nich do końca życia. Poza tym cieszę się, że Katniss nie okazała się być super-bohaterką, która mimo zadawanych ran fizycznych i psychicznych bez problemu sobie radzi. W Kosogłosie nieraz widzimy zagubioną nastolatkę, która wewnątrz raz jest twardym wojownikiem, a za chwilę zrozpaczoną, przerażoną dziewczyną, która najchętniej uciekłaby jak najdalej od tego, co się wokół niej dzieje.
Na koniec – nie liczcie na holywoodzkie zakończenie… I tym mocniej polecam całość. A później przyjrzyjcie się obecnym reality-show i polityce…
Jedyne czego mi brak, to naszkicowania (kilku zdań) o sytuacji politycznej w Panem po wszystkich wydarzeniach. Co prawda decyzja podjęta przez Katniss wskazuje, że jest lepiej, ale przydałby się krótki opis.
PS Film jest całkiem niezły (obawiałam się kolejnego Zmierzchu, przesłodzonych scenek), ale polecam iść po przeczytaniu książki. Nie ma w nim wielu smaczków, jak choćby chleba z 11 Dystryktu (w Igrzyskach przeczytacie o co mi chodzi
), a Peeta nie jest usosobieniem dobra i nierzadko – nainowności, a raczej człowiekiem o dużym wyczuciu mediów i tłumu (co jest mało realne akurat w jego sytuacji).
Abonent czasowo niedostępny, Ewa Ostrowska
Kompletnie nie tego się spodziewałam. Całkowie…
Wszystko przez tę okładkę. Wręcz słodka, delikatna, dziewczęca. Owszem, na okładce było wspomnienie o molestowaniu, ale było o nadziei i sile. Tymczasem…
To bardzo ciężka książka. Przez pierwszą połowę miałam ochotę ją odłożyć – nie tylko ze względu na sam temat (o molestowaniu dziecka zawsze ciężko jest czytać, a dodatkowo tu jest jeszcze postać matki, która kompletnie nie przyjmuje do wiadomości tego, co córka do niej mówi, wręcz ją karze za to). I nie tylko za dalsze rozszerzenie tematu (bo obok molestowania mamy jeszcze znęcanie się nad dzieckiem w wykonaniu matki), ale ze względu na styl. Całość książki jest pisana na zasadzie – sytuacja/rozmowa – przemyślenia Marty (głównej bohaterki). I te przemyślenia – na początku pomocne, z czasem stają się męczące. Bo wciąż i wciąż czytamy praktycznie to samo – te same sytuacje, które znów wypływają, te same słowa, które znów działają na bohaterkę w ten sam sposób. Dziewczę dorosłe, lecz naiwne do bólu wręcz. Skrzywdzona przez życie i wiele bliskich osób, pozornie nieufna, zamknięta, ale przy naprawdę odrobinie cierpliwości, lgnie do kolejnych osób jak dziecko…
Warto przetrwać pierwszą połowę – druga jest znacznie ciekawsza (choć nadal są te powracające przemyślenia). Na dodatek Marta staje się coraz bardziej wiarygodna – w swoich działaniach, reakcjach, ale i w podejściu do ludzi. Warto też zobaczyć co dzieje się wokół niej. Jak z czasem zmieniają się ludzie i jak reagują – na nią, a ona na nich.
Abonenta warto przeczytać także po to, by zobaczyć, że dziecko z problemami w szkole, to nie zawsze dziecko leniwe. Że człowiek zamknięty, to często wcześniej człowiek po wielokroć odepchnięty. A przy tym wszystkim dyrektor szkoły może być we własnym domu pedofilem, a nauczycielka angielskiego – wychwalana przez rodziców – sadystką wobec własnej córki. Że przemoc jest często tuż koło nas – i nierzadko się jej domyślamy, ale wolimy nie widzieć i nie wiedzieć, bo tak jest bezpieczniej (dla naszego samopoczucia).
Jesień cudów, Jodi Picoult
To chwilowo już ostatnia pozycja tej autorki (choć właśnie zabieram się za kolejną) – w rzeczywistości tak mi się właśnie trafiło, że czytałam je jedną po drugiej…
Z trzech przeczytanych pozycji ta jest moim zdaniem najmniej kontrowersyjna, najmniej wyszukana. Temat ociera się o wiarę – nie tyle nawet w Boga, bo ta właściwie nie jest kwestionowana, co o wiarę w cuda i o to, czy cuda może robić mała dziewczynka, która na dodatek jest Żydówką i to tylko z urodzenia i w dodatku twierdzi, że Bóg jest kobietą?
Książka napisana jest taktownie, a postać Mariah (matki) to świetne studium osoby porzuconej (nie po raz pierwszy) i świadomej swoich problemów, dzięki czemu stara się zapobiec tragedii.
Z mojego – zawodowego – punktu widzenia, ciekawie zostały w tej książce pokazane media – opowiednia interpretacja faktów, w zależności od potrzeb pracodawcy, pokazana jest chłodno, bez emocji, ale też bardzo wiarygodnie (i prawdziwie).
Natomiast w pełni zgadzam się z opiniami o niemal nieczytelnym zakończeniu książki – mam swoją jego intepretację, ale został mi niesmak – pozostałe dwie książki miały słodkie, czy nie, ale czytelne, pasujące do wydarzeń, zakończenie. Jesień cudów kończy się w sposób, który zaburza całość zbudowanego obrazu i sprawia, że zastanawiamy się nie nad tematem, ale nad tym o co chodziło autorce… (a jeśli się mylę – proszę o podpowiedzi – mogą być na maila).
Czarownice z Salem Falls, Jodi Picoult
Po Bez mojej zgody, sięgnęłam po Czarownice. Praktycznie zachwycona poprzednią książką, oczekiwałam czegoś podobnego – rozczarowałam się, niestety…
Tytuł od razu przywodzi na myśl jedno skojarzenie – i choć po ang. brzmi tylko Salem Falls, to skojarzenie jest budowane od początku. I właśnie przez to skojarzenie książka mnie rozczarowała – krok po kroku, strona za stroną jest niezwykle przewidywalna. Choć główny bohater – Jack to naprawdę ciekawa postać, z dużym potencjałem (scena w więzieniu powodowała, że niemal trzymałam za niego kciuki), został włożony między postacie z życiem, ale niemal przeźroczyste w swoim postępowaniu. I tak – widząc już reakcję policjanta na wiadomość,że Jack jest byłym skazańcem z paragrafu “seksualnego”, a także na reakcje niektórych bohaterek, wiemy co wydarzy się za następne 200 stron. I za kolejne 100 także.
Podobnie jak w Bez mojej zgody niemal każdy bohater ma jakieś problemy poważnej natury. Tyle, że w poprzedniej książce były one dla mnie uzasadnione, a w tej – raczej sztucznie spiętrzone, aby wyjaśnić kolejne sceny…
Jedyne co tu zaskakuje, to zakończenie (tak, znów – choć tym razem nie jest hollywoodzkie).
Jak widać – nie podpiszę się pod peanami na cześć Picoult jako autorki ogólnie – cieszę się natomiast, że nie trafiłam na Czarownice jako pierwsze, ponieważ byłaby to pewnie moja ostatnia przygoda z tą autorką. Tymczasem ma ona i świetne i kiepskie książki, więc warto sprawdzać “na własnej skórze” (ew. Biblionetce i blogach), żeby sięgnąć po te warte naszego czasu
Bez mojej zgody, Jodi Picoult
Niezwykła książka – poprzez temat i kontrowersje, jakie musi wywołać.
Po raz pierwszy zobaczyłam opis tej książki u Chiary, a sam temat zafascynował mnie na tyle, że chciałam ją przeczytać. 13-letnia dziewczynka, która została poczęta po to tylko (tak naprawdę), by być lekarstwem dla swojej siostry (świetnie oddaje to starsza okładka książki – ta ze stokrotkami). Początkowo miała tylko oddać jej krew pępowinową i to miało wystarczyć. Ale choroba siostry się nie poddała i nie wystarczyło – wielokrotne oddawanie krwi i szpiku, niekończące się dni spędzane w szpitalu zamiast w domu, na zabawie. Dla Anny jest to normalne, dopóki któregoś dnia rodzice, (a właściwie matka) oczekują od niej oddania siostrze… nerki. Ta sytuacja rozpoczyna lawinę zdarzeń, ponieważ Anna buntuje się i idzie do sądu żądając samostanowienia o własnym ciele.
Ponieważ sama nieraz bywałam “adwokatem diabła”, w pełni rozumiem adwokata, który bez wahania wziął sprawę. Tak samo jak rozumiem Annę, która świetnie definiuje w pewnym momencie siebie (zwróćcie uwagę na fragment z rozwiązywaniem krzyżówki – moim zdaniem to najmocniejszy fragment w całej książce), matkę dziewczynek, choć poniekąd budzi równocześnie we mnie odrazę, brata, który zagubił się całkowicie w takim otoczeniu (trudno nazwać je zdrowym – nawet przez przypadek). Najnormalniejszy w tym środowisku jest Brian – ojciec dziewczynek, choć przy tym wszystkim jego postawa też mui budzić mieszane odczucia. Rację ma Libro w swoim opisie książki, zauważając, że każdy z bohaterów ma spore problemy i trudno znaleźć kogoś kto ich nie ma – ale też w takiej sytuacji, jaką nakreśliła Picoult chyba nie ma innej możliwości…
Całość warto przeczytać – Picoult przedstawiła temat z różnych perspektyw (kolejne rozdziały pokazywane są z punktu widzenia innej osoby) i chyba trudno opowiedzieć się jednoznacznie po którejkolwiek ze stron. Sama nie wiem co zrobiłabym na miejscu Anny, bądź jej matki. Może też nie byłabym nigdy w stanie przerwać tego połączenia? Bo sama jestem przekonana, że gdyby lekarze mi powiedzieli, że kolejne dziecko jest ratunkiem dla już istniejącego, to nie zawahałabym się.
Książka napisana jest sprawnie, dość lekkim językiem. Zakończenie… jest hollywoodzkie, ale chyba najbezpieczniejsze dla amerykańskich czytelników… (a filmu jeszcze nie widziałam, więc się nie wypowiem).
Dziewczyna grająca w go, Shan Sa
Go to stara chińska gra. Niewiele o niej wiedziałam ponad to zdanie. W książce Dziewczyna grając w go, sama gra jest tłem, ale na tyle ciekawie przedstawionym, że dziś już wiem co to pionek w atari, KO i dwoje oczu (acz gracz ze mnie marny).
Dziewczyna, która na Placu Tysiąca Wiatrów niemal codziennie gra w go, to tak naprawdę nastolatka. Obdarzona niezwykłym talentem do gry (talentem strategicznego myślenia!), ale zbyt młoda jeszcze – potrzebująca opieki i uwagi, której jednak nie ma. Jej życie toczy się pozornie jak wielu innych nastolatek – zakochuje się, podejmuje niekoniecznie mądre decyzje, buntuje się. Gra w go jest jej odskocznią, jej prywatną przestrzenią, w której robi co chce.
Któregoś dnia narzeciw niej siada inny gracz – w rzeczywistości japoński żołnierz (okupant). Oboje wzajemnie się fascynują, oboje szukają w sobie wzajemnie ukrytych wskazówek, pragnień. Gdzieś w głębi zakochują się w sobie, choć jedyne co ich łączy, to ta gra… Spotkałam się ze zdaniem, że to romans. W moim odbiorze jednak nie – choć wątki romansowe w tej książce są niewątpliwie, choć – jak to w nastoletnim życiu bywa, miłość i zakochania są ważne.
To niezwykła książka przez uczucia jakie pokazuje. Całość opowiadana jest z dwóch perspektyw – Dziewczyny i Japończyka. Zaczyna się znacznie przed ich spotkaniem, pokazując ich wcześniejsze emocje i wpływ na nich. (W moim odbiorze to książka w tym typie, jakiego nigdy nie powinno się filmować – ekranizacja ją spłaszczy i zabije pokazując zaledwie część warstwy.) Oboje są młodzi, oboje dojrzewają. I oboje zmierzają ku zagładzie…
Zakończenie szokuje. Nie wiem, może powinnam się go spodziewać, ale dla mnie było zaskoczeniem. Gdybym mogła – zmieniłabym je. Ale z drugiej strony – chyba lepiej, że nie mogę.
Dziewczynę powinno się przeczytać za jednym posiedzeniem, (a już na pewno drugą połowę) – z jednej strony nadmiar emocji może być duży, z drugiej jednak można ją wchłonąć, każda kolejna scena jest uzupełnieniem – budową całości, kamień po kamieniu…
Dobre intencje, Joy Fielding
Do Dobrych intencji zachęciła mnie Kalio, na swoim blogu. Przyznaję, że zapadł mi w pamięć tytuł i to, że chcę książkę przeczytać, mniej jej opis. Dlatego – podobnie jak Kalio – poczułam się lekko zaskoczona tym, że właściwie główną bohaterką powinna być inna osoba niż wskazana na okładce (albo co najmniej równorzędną).
Lynn – wskazana na okładce to kobieta, którą rzuca mąż. Dlaczego? Bo dla niego jest zbyt samodzielna, a on czuje się niepotrzebny (biedaczek
). Ona – z sobie nie uświadomiego powodu, zgadza się na spotkanie z mężem kobiety, która została nową miłością jej męża.
Renee to druga kobieta w tej książce (to ta równorzędna) – prawniczka, która prowadzi rozwód Lynn. Kobieta sukcesu, z niezwykle przystojnym mężem, lubiana i doceniana. Oczywiście – jak to bywa, pozory mylą…
W tej książce jest wiele kobiet o zaplątanym życiu, zbyt ulegających mężczyznom, w pewnym momencie zaczynających żyć bardziej po to, by ich zadowolić, niż dla siebie. Najpierw kochają, potem wydaje im się, że nadal ich kochają, że tak powinno być. Że jeśli są kłótnie, albo problemy, to jest to ich (kobiet) wina. I dlatego warto ją przeczytać – po to, by czasem zerknąć innymi oczami także na siebie. Po to, by uświadomić sobie, że przemoc to nie tylko agresja fizyczna.
Dziś zeznawałam na sprawie rozwodowej Koleżanki. Od znajomych została odcięta jeszcze przed ślubem. Ale była zakochana, więc to było nieważne. Teraz wydostaje się ze związku, dla którego poświęciła 8 lat swojego życia. Była dokładnie jak Renee – nieważna była ona, nieważny był świat – byle on był zadowolony…
Przemoc psychiczna to ciężka sprawa – boli często równie bardzo jak cios pięścią, ale znacznie trudniej jest ją udowodnić. I znacznie trudniej jest się uwolnić z takiego związku – bo najczęściej ofiara słyszy, że przesadza, że on jest cudowny, taki miły, taki sympatyczny, każdemu pomaga… Dobrze, że są takie książki jak Dobre intencje – które da się przeczytać w miarę łatwo (może szkoda, że nie ma tu więcej opisów myśli Renee, jej walki ze sobą), ale jednak dają trochę do myślenia.
Zapach cedru, Ann-Marie MacDonald
Patrząc na okładkę, a nawet na opis do głowy mi nie przyszło co znajdę w środku…
To książka o złu – powszechnym, ale i specyficznym. Na kartach jest pedofilia, kazirodztwo, przemoc, szaleństwo, wojna. Obok tego – zwykłe życie – szkoła, praca, dom, utalentowane dziecko, miłość.
Zapach cedru to książka o tym, że każda decyzja wpływa na nasze życie, że nic, co zrobimy nie pozwala się wymazać – zostaje w nas i nas buduje lub doszczętnie rujnuje. To także studium stosunków międzyludzkich – poprawnych, namiętnych, ale i rozchwianych. To opisy niezwykłych emocji, z którymi bohaterowie nie potrafią sobie poradzić (dziś pewnie wylądowaliby u psychiatry lub na kozetce psychoanalityka). Trzeba także przyznać autorce, że bardzo konsekwentnie buduje swoje postacie – nie tworzy cudów i dzieci z zachwianej rodziny nie stają się nagle idealnymi żonami – każda z nich jest w jakiś sposób skrzywiona, choć każda szuka swojego miejsca na świecie i próbuje zbudować swój dom – choćby na piasku.
Najciekawszą postacią jest Franciszka – młoda dziewczyna, pełna nadziei, choć już od dziecka zdradzająca dziwne rysy. Obciążona winą, choć nie pamięta dlaczego, ani co się stało, odczuwa znacznie więcej emocji, niż jest w stanie udźwignąć. Mimo, że kwintesencją miała chyba być Lila – to dla mnie podsumowaniem książki stała się właśnie Franciszka, która żyjąc w normalnej rodzinie pewno wyrosłaby na stabilną, pełną uroku, choć w sumie nieładną dziewczynę, wyszłaby za mąż, miała dzieci. Ale nie żyła w normalnej rodzinie…
Okładka książki myli – nie jest to ani słodki romans, ani melodramat. To dramat wysokiej klasy, który warto przeczytać, choćby dla zobaczenia studium zła, które epatuje, ale – w jakiś dziwny sposób – nie odraża, nie nakazuje odrzucić książki, tylko wciąga, pokazując więcej i więcej.
-
Archiwa
- Kwiecień 2012 (2)
- Marzec 2012 (3)
- Luty 2012 (6)
- Styczeń 2012 (4)
- Styczeń 2010 (4)
- Listopad 2009 (5)
- Październik 2009 (2)
- Sierpień 2009 (6)
- Lipiec 2009 (4)
- Czerwiec 2009 (1)
- Maj 2009 (6)
- Kwiecień 2009 (1)
-
Kategorie
-
RSS
Wpisy RSS
Komentarze RSS







