Sekret Genezis, Tom Knox
Sama nie wiem jak powinnam zacząć tę recenzję. Z jednej strony wartka akcja, z drugiej opisy uśmiercania ludzi – makabra. Więc niby dobra, ale zła…
Tak, nie należy oceniać książki po okładce, a poniekąd to właśnie zrobiłam. Grafika w stylu Indiany Jonesa, opis w stylu Kodu da Vinci – czego chcieć więcej? (podobał mi się Kod
). I choć już na początku jest trochę sztampy (on po przejściach, ona śliczna, oczywiście wpadają sobie dość szybko w ramiona), to jakoś nie psuje to konwencji.
W założeniach rzeczywiście powieść ma sporo z Kodu – podobnie jak tam, tu też mamy sekrety mogące zniszczyć już nie tylko religię, ale wręcz podejście ludzkości do siebie samej i do władzy, do religii, tradycji – do wszystkiego. I podobnie jak u Dana Browna należy to niewątpliwie potraktować jako wymysł autora (zresztą ten straszny sekret nie jest taki straszny, a teoria mówiąca, że inteligencja często jest tak podstawą charyzmy, jak i zapędów w okrucieństwo jest znana od dawna).
Akcja jest prowadzona równolegle w dwóch miejscach – w Wielkiej Brytanii i w Turcji, a z czasem – także w wielu innych krajach. Na pewnym etapie pogubiłam się w nich, więc nie podejmę się wymienić – zresztą to raczej niepotrzebne, nie wnosi specjalnie niczego do książki. Natomiast oczywiście w pewnym momencie losy tych dwóch akcji muszą się spleść, aby wspólnie dojść do zakończenia…
Podobał mi się główny bohater – Rob. Jest stworzony wprawną kreską, bardzo wiarygodny – jakby bliski autorowi. Niestety, większość pozostałych postaci już jest bardziej płaskich, przewidywalnych. Na pewnym etapie nawet czarny charakter książki taki się staje, co w sumie mnie zaskoczyło, bo początkowo był bardzo wiarygodny, a na końcu zamiast diablo inteligentnego sadysty mamy chorego psychicznie maniaka, który chyba nie do końca ogarnia sytuację.
Książka jest dobrze napisana – ciekawym językiem, ze sprawną narracją. Opisy się nie dłużą, momentami całość przypomina wręcz sprawny reportaż. Jednak opisy tortur są stanowczo przesadzone. Rozumiem kwestie wyjaśnienia mordów rytualnych, kwestie pokazania czytelnikowi rozmiarów zbrodni. Tylko w pewnym momencie nagromadzenie krwi i krzywdy sprawia, że zaczyna się odczuwać fizyczny ból – doszłam do takiego momentu, że widząc eskalację opisów, nie odważyłam się na przeczytanie kolejnych barwnych zdań – przewróciłam kartki, szukając końca… A po zakończeniu stwierdziłam, że potrzebuję jakiejś głupiutkie powiastki, żeby odpocząć – mój mózg zbuntował przeciw kolejnej książce z ofiarami, przemocą, a nawet z zagadką kryminalną.
Cykl zmierzchu – Przed świtem, Stephenie Meyer
Kilka dni temu (no, z tydzień już chyba
) zakończyłam cykl Belli i Edwarda, kończąc Przed świtem.
Miałam przyjemność przeczytać ją w oryginale i – porównując z wcześniejszymi pozycjami – mam wrażenie, że był to bardzo dobry pomysł (choć wziął się z niecierpliwości
).
To najlepsza książka z cyklu – nie wiem, czy autorka tak bardzo dojrzała (stylem), czy też to, że tę część pisała praktycznie dwa razy, ale czułam różnicę i to bardzo na plus. Bella nadal się zachwyca – ale już nie tak często, nie tak całkiem naiwnie i nie tak bez przerwy, Jacob przestaje być tak wkurzający, a staje się jeszcze barwniejszą postacią, a Edward… ten jakoś znika na dalszym planie lekko, ale nie poczytuję tego za wielki minus (choć mówiąc szczerze. to na tle Jacoba wypada bladawo).
Ta część stoi także jakby lekko poza cyklem – dotąd całość mieliśmy w świecie ludzi, w którym zaistniały wampiry i wilkołaki. Tu mamy świat wampirów, w którym czasem istnieją ludzie – przypadkowo mijani, niechętnie, ale czasem jednak zapraszani. To całkiem inny świat, choć poprzednie trzy części przygotowywały czytelnika do niego, pozwalały mu go poznać.
Początek książki jest ciekawy, napięcie rośnie mniej więcej do połowy, natomiast w końcówce już mi go zabrakło. Były dwie grupy, stojące na wprost siebie i powinno być napięcie, powinnam czekać z niecierpliwością i bijącym sercem. Tymczasem dla mnie był to chyba jeden z mniej emocjonujących momentów tej książki. Tak jakby autorka sama bała się budować piramidę, którą zaraz miała zniszczyć.
W tej części widzimy też niemałą zmianę postaci – przy czym przemiana Jacoba jest dość naturalna, Edwarda w miarę też, natomiast zmiana Belli jest znaczna i brak mi tu rozdziału, który ją uwiarygodni. Oczywiście sytuacja jest podstawą do tego, ale brak mi etapów. Niemal nagle Bella z naiwnej dziewczynki staje się odpowiedzialną, poważną i niezwykle trzeźwo i strategicznie myślącą kobietą. Nie przekonało mnie to.
Przed świtem chyba już trudno nazwać horrorem (w końcu sama obecność wampirów i wilkołaków jeszcze nie czyni horroru), nie jest to też fantasy. Chyba najbliżej jej do książki obyczajowej z elementami horroru. Nie zmienia to faktu, że czyta się ją dobrze, nierzadko jest przewidywalna, czasem zaskakuje.
Mimo, że – jak napisałam – ta część jest najlepsza, to zgadzam się również z opinią na Visual Bookshelf (Facebook), że ta część jest już pisana pod fanów, pod ich oczekiwania. Dlatego znajdziemy tu wszystko, czego oczekujemy po poprzednich 3 częściach. Jest takim “ukoronowaniem” na zasadzie – wszystko zmierza do szczęśliwego (hollywódzkiego;)) końca.
Przed świtem, Stephenie Meyer
Tytuł oryginalny: Breaking Dawn
Gatunek: horror/fantasy
Forma: powieść
Język oryginału:angielski
Liczba stron: 720
rok wydania: 2009
oprawa: miękka/twarda
wydawca: Wydawnictwo Dolnośląskie
ISBN: 978-83-245-8729-2
Cykl Zmierzchu: Zmierzch, Księżyc w nowiu, Zaćmienie – Stephenie Meyer
Nigdy nie sądziłam, że dobrze napiszę o książce o wampirach i wilkołakach, dla nastolatek. Sadziłam, że już z tego wyrosłam, na dodatek, że na jednej się skończy…Myliłam się bardzo
Początkowo miałam zamiar przeczytać tylko Zmierzch, bo chciałam się wybrać na film (niezły zwiastun), a wolę taką kolejność, bo dzięki temu sceny filmowe nie ograniczają mojej wyobraźni. Ale gdy tylko skończyłam go czytać, byłam tak ciekawa ciągu dalszego, że od razu sięgnęłam po Księżyc w nowiu, a potem Zaćmienie, pochłaniając cały wydany w Polsce cykl dokładnie w tydzień (już dawno nie przeczytałam 1400 stron w takim tempie).

Zmierzch, Meyer

Księżyc w nowiu, Meyer
Zacznę od tego, że nie jest to wybitna książka – historia miłości siedemnastoletniej Amerykanki Belli Swan i stuletniego Edwarda-wampira napisana w dużej mierze dla nastolatek, w formie romansu ze szczyptą horroru. Szczególnie powtarzająca swoje zachwyty Bella (ach, jaki on piękny, cudowny, młody bóg, itd) może być męcząca do bólu zębów. Do tego Edward, który co kilka stron walczy ze sobą, by jej nie schrupać, ale jest dzielny (choć muszę przyznać, że hasło o stukniętym lwie-masochiście zakochanym w owcy spowodowało u mnie wybuch śmiechu)…
Mimo to, co zauważyła też Libro, książka wciąga niesamowicie – zarywa się dla niej noc, by poznać co będzie dalej, by przekonać się, czy przewidywania ciągu dalszego są słuszne, (na szczęście nie zawsze są).
Niemal całość trzech tomów jest napisana w pierwszoosobowej narracji, z punktu widzenia Belli. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle – mnie nie przeszkadza taka narracja, a autorka zostawiła sobie furtkę do napisania kolejnej książki, z punktu widzenia innej osoby (Midnight Sun to Księżyc w nowiu opowiedziany przez Edwarda). Styl i język w każdym kolejnym tomie jest coraz lepszy (choć tłumaczenie skutecznie stara się to ukryć – w oryginale, jest znacznie lepiej). Może dlatego najbardziej podoba mi się właśnie ostatnia część. Zaćmienie ma tempo, pomysł, humor, jakiego stanowczo brakuje Księżycowi (skąd inąd to chyba najsłabsza część – po niezłym początku, zrozpaczona przez 2/3 książki Bell szybko przestaje budzić współczucie) i jest znacznie mniej harlekinowate niż Zmierzch. Aż szkoda, że wszystkie części takie nie są.
Jednak taka narracja w dużej mierze spycha na dalszy plan wszystkich, którzy nie są tuż koło Belli. I tak poznajemy świetnie Edwarda, później Alice i całkiem nieźle Jaspera, ale już spokojna Esme to postać gdzieś w tle, bez której właściwie książka równie dobrze by istniała. A mogła być postacią równie ciekawą jak jej “mąż”, Carlisle. Wspomniany Carlisle to zresztą właściwie podwalina tej książki – bez niego historia właściwie nie istniałaby.
Co sprawia, że książka jest bestsellerem, to chyba łatwo zgadnąć – wszak każda dziewczyna marzy o wielkiej miłości, która pokonuje wszelkie przeszkody i o takim Edwardzie, który za wszelką cenę chroni swoją wybrankę, spełniając niemal każde jej marzenie…
Oczywiście po takim wciągnięciu przez ksiażkę, tym bardziej filmu nie mogłam sobie odpuścić. Jak to często bywa, kanwa została mocno przycięta, choć na szczęście nie pomieszano wątków (nie wiem co prawda po co stworzono problemy w miejscu, w których w książce nie istnieją, ale może to dla dramaturgii?). Natomiast chyba coś z moim gustem jest nie tak, (że nie wspomnę o wyobraźni), bo jeśli to ma być ten piękny Edward, to ja jakoś tego piękna nie widzę (nie obejrzałabym się, że nie powiem o czymś więcej). No, ale o gustach się nie rozmawia.
W mojej wyobraźni niemal wszystkie postacie wyglądały inaczej niż na filmie – najlepiej oddany jest Carlisle Cullen (szkoda, że w filmie został zepchnięty właściwie do roli daleko drugoplanowej), pasują mi też Bella i Esme. Nie wiem czemu byłam przekonana, że Alice ma długie włosy (chyba muszę sprawdzić, czy był tam fragment sugerujący coś takiego, czy tylko to sobie dopowiedziałam), a Victoria to drapieżna kocica, która w filmie wygląda jak sympatyczna dziewczyna z sąsiedztwa.
Zmierzch/Księżyc w nowiu, Zaćmienie, Stephenie Meyer
Tytuł oryginalny: Twilight/New Moon/Eclips
Gatunek: fantasy (wg. Biblionetki)
Forma: powieść
Język oryginału: angielski
Liczba stron: 416/480/504
rok wydania: 2007
oprawa: miękka/twarda
wydawca: Wydawnictwo Dolnośląskie
ISBN: 978-83-7384-632-6/978-83-245-8539-7/978-83-245-8609-7
-
Archiwa
- Kwiecień 2012 (2)
- Marzec 2012 (3)
- Luty 2012 (6)
- Styczeń 2012 (4)
- Styczeń 2010 (4)
- Listopad 2009 (5)
- Październik 2009 (2)
- Sierpień 2009 (6)
- Lipiec 2009 (4)
- Czerwiec 2009 (1)
- Maj 2009 (6)
- Kwiecień 2009 (1)
-
Kategorie
-
RSS
Wpisy RSS
Komentarze RSS




