Ostatnia noc w Chateau Marmont, Lauren Weisberger
Lubię książki Lauren Weisberg. Diabeł mnie bawił, choć akurat sytuacja była mi niezwykle bliska (miałam szefa, który dobrze porozumiałby się z tamtą szefową), Portier mnie trochę zirytował podejściem do PR, ale jako powieść czytało się go świetnie. W grudniu trafiłam na promocję na “Ostatnią noc w Chateau Marmont”, więc kliknęłam i trafiła do mnie. Traf chciał, że przeczytałam go w tym tygodniu dopiero (zaczęłam Księżniczkę z lodu, ale jakoś w międzyczasie tak wyszło
).
Ostatnia noc to opowieść o nagłej sławie i bogactwie, spadającej na młode małżeństwo – zupełnie do tego nieprzygotowane. Zawrotna szybkość zmian, ludzie, których nie potrafili w odpowiedni sposób sprawdzić i zweryfikować, radość z osiągnięć, stan bycia “pijanym sukcesem” – to wszystko sprawiło, że z dnia na dzień zostali wrzuceni w zupełnie inną rzeczywistość, nie mając czasu na poukładanie priorytetów, na uzgodnienie oczekiwań i akceptację.
W wielu recenzjach powtarzało się, że główna bohaterka, Brooke, jest strasznie irytująca. Może jestem dziwna, ale… wcale mnie nie irytowała. Jest może trochę naiwna, ale podejrzewam, że wcale bym sobie lepiej nie poradziła w zupełnie nowym środowisku – pełnym gwiazd, stylistek, menadżerów, sukien za dziesiątki tysięcy dolarów i biżuterii wartej tak wiele, że tylko się ją wypożycza. Zastanawiam się, czy irytacja nie brała się stąd, że Brooke chciała mieć choć trochę męża dla siebie, a przecież z dnia na dzień stała się bogata, jej mąż był sławny, a ona mogła rzucić pracę. Jak ciężko jest żyć pozornie razem, a jednak na odległość, rozumieją osoby, które same przeszły takie etapy w związku. Gdy jest się z kimś, a w rzeczywistości osobno – telefony (szczególnie w sytuacji różnicy czasowej), czy maile to nie to samo co codzienna rozmowa, co przytulenie się na dzień dobry i na dobranoc. To sytuacja, w której ciężko jest się odnaleźć, a na dłuższą metę to wyniszczające. I według mnie w tym zakresie Brooke jest niezwykle wiarygodna – przechodzi przez bunt, opór, zwątpienie. Walczy, tłumaczy, próbuje, miota się między swoją pracą, a możliwością towarzyszenia mężowi. Nie do końca się jej udaje i wcale mnie to nie dziwi – szczególnie w świecie tabloidów, internetu i wszechobecnych paparazzich – nie tylko tych z wielkimi obiektywami, ale i tych z komórkami…
Jeśli miałabym coś zmienić w tej książce to Nolę. Jest dobrą przyjaciółką, ale momentami jej poziom zrozumienia sytuacji sprawia, że nie jestem pewna, czy one się na pewno przyjaźnią. Żyje jakby w innej rzeczywistości – niby wie, że Brooke nie ma zbyt wiele pieniędzy, że pracuje na trzech etatach, ale z drugiej strony zabiera ją na zakupy do sklepów, gdzie bielizna kosztuje fortunę. Ale to postać drugoplanowa, można machnąć ręką.
Oczywiście nie jest to literatura wysokich lotów, ale Weisberger takowej nie pisze – to lekka powieść, napisana dość sprawnie i strawnym językiem. Można oczywiście się “czepiać”, że zbyt małe jest osadzenie w realiach Nowego Yorku, ale z drugiej strony dzięki temu ta sytuacja mogłaby się rozgrywać w każdym innym mieście, a zmieniający się świat nie niszczy całości.
Ogólnie – polecam na urlop lub na weekend – mimo grubości, całość czyta się dość szybko. Druk jest duży i z dużą ilością tzw. światła, więc strony szybko umykają z prawej strony na lewą
I jest to druga z książek “Z mojej półki”
Katie w świecie mody, Rebecca Campbell
Jak napisałam – po Sekrecie Genezis potrzebowałam czegoś lekkiego, komedyjkowego wręcz. Teoretycznie Katie w świecie mody była idealna.
Po przeczytaniu kilkunastu stron zaczęłam się zastanawiać, czy ją kończyć. Całość zbudowana jest dokładnie na tym samym schemacie, co “Wyznania zakupoholiczki” - niezbyt mądra istota z własnej głupoty traci stosunkowo przyjemne życie i nagle musi stanąć przed wyzwaniem poradzenia sobie w normalnym, niezbyt przyjemnym świecie. Ale oczywiście sobie radzi (to nie spoiler – o dobrym zakończeniu bohaterka informuje nas na początku).
Całość książki jest opowiadana przez główną bohaterkę – i gdyby był to audiobook, byłoby wrażenie potoku słownego. Ona gada, gada, gada, a właściwie papla. I to nie do końca spójnie zawsze (dygresje, przeskakiwanie z tematu na temat). Kojarzycie czasem głośno rozmawiające nastolatki? 10 tematów na minutę, a na dodatek mówią przez siebie? To takie właśnie miałam wrażenie w przypadku Katie. I ten wszechobecny PR przedstawiony znów jako czary-mary i bywanie na przyjęciach.
Ogólnie – można zerknąć – na urlopie, albo w trakcie dłuuuugiej podróży. Ale jak macie coś ciekawszego – to nie warto. Z podobnych kategorii lepiej wybrać już choćby wspomnianą Zakupoholiczkę, albo (znacznie lepiej) cokolwiek Lauren Weisberger (tej od Diabła ubierającego się u Prady).
Dobre intencje, Joy Fielding
Do Dobrych intencji zachęciła mnie Kalio, na swoim blogu. Przyznaję, że zapadł mi w pamięć tytuł i to, że chcę książkę przeczytać, mniej jej opis. Dlatego – podobnie jak Kalio – poczułam się lekko zaskoczona tym, że właściwie główną bohaterką powinna być inna osoba niż wskazana na okładce (albo co najmniej równorzędną).
Lynn – wskazana na okładce to kobieta, którą rzuca mąż. Dlaczego? Bo dla niego jest zbyt samodzielna, a on czuje się niepotrzebny (biedaczek
). Ona – z sobie nie uświadomiego powodu, zgadza się na spotkanie z mężem kobiety, która została nową miłością jej męża.
Renee to druga kobieta w tej książce (to ta równorzędna) – prawniczka, która prowadzi rozwód Lynn. Kobieta sukcesu, z niezwykle przystojnym mężem, lubiana i doceniana. Oczywiście – jak to bywa, pozory mylą…
W tej książce jest wiele kobiet o zaplątanym życiu, zbyt ulegających mężczyznom, w pewnym momencie zaczynających żyć bardziej po to, by ich zadowolić, niż dla siebie. Najpierw kochają, potem wydaje im się, że nadal ich kochają, że tak powinno być. Że jeśli są kłótnie, albo problemy, to jest to ich (kobiet) wina. I dlatego warto ją przeczytać – po to, by czasem zerknąć innymi oczami także na siebie. Po to, by uświadomić sobie, że przemoc to nie tylko agresja fizyczna.
Dziś zeznawałam na sprawie rozwodowej Koleżanki. Od znajomych została odcięta jeszcze przed ślubem. Ale była zakochana, więc to było nieważne. Teraz wydostaje się ze związku, dla którego poświęciła 8 lat swojego życia. Była dokładnie jak Renee – nieważna była ona, nieważny był świat – byle on był zadowolony…
Przemoc psychiczna to ciężka sprawa – boli często równie bardzo jak cios pięścią, ale znacznie trudniej jest ją udowodnić. I znacznie trudniej jest się uwolnić z takiego związku – bo najczęściej ofiara słyszy, że przesadza, że on jest cudowny, taki miły, taki sympatyczny, każdemu pomaga… Dobrze, że są takie książki jak Dobre intencje – które da się przeczytać w miarę łatwo (może szkoda, że nie ma tu więcej opisów myśli Renee, jej walki ze sobą), ale jednak dają trochę do myślenia.
Wyznania zakupoholiczki i Zakupy, moja miłość, Sophie Kinsella
Zakup, moja miłość przeczytałam jako pierwsze, choć – jak się później okazało, chronologicznie to ciąg dalszy Wyznań. Obie książki stanowią dość zamknięte całości, więc nie zaburzyło to mojego zrozumienia historii…

Obie książki to powieści o kobiecie, która ma przymus kupowania (jak znalazłam, nazywa się to “kupowanie kompulsywne”). Właściwie jest jak dziecko (tak się zresztą zachowuje nie tylko w kwestii zakupów) – ona musi to mieć. Nieważne, czy to potrzebne, czy pasuje do innych rzeczy, czy ma gdzie postawić – musi. Dodatkowo kupuje i niemal natychmiast zapomina co kupiła (widać to szczególnie w Zakupy, moja miłość, gdzie podczas podróży poślubnej kupuje 2 lub nawet 3 olbrzymie stoły do jadalni i stosy dywanów). Na rachunki z kart kredytowych znajduje wręcz rewelacyjne rozwiązanie – po prostu nie otwiera ich, tylko wyrzuca po drodze, bądź chowa do nieotwieranej na co dzień szuflady, uznając, że w takim wypadku “właściwie ich nie było”.
O ile Wyznania są właściwie zabawne i czyta się je nieźle (kolejne urlopowe czytadełko), o tyle Zakupy są przyciężkawe, przede wszystkim w stylu, jak i zrealizowanych już pomysłach. Przez to książka bardzo szybko staje się przewidywalna i raczej nudnawa.
Miałam wrażenie, że Sophie Kinsella nie do końca może się zdecydować jaka jej bohaterka powinna być. Z jednej strony mamy naiwne, kochające zakupy dziewczę, które właściwie mogłoby mieć w granicach 16 lat, a z drugiej zaangażowaną dziennikarkę, która ma niezłe pióro, jest wygadana, a na dodatek ma niezłe pomysły PRowo-promocyjne (tak, tu znów ten PR
, choć tu nawet przyzwoicie opisany na marginesie). Całość chyba troszkę
niewiarygodna, ale do przeczytania. Moim zdaniem wystarczy przeczytać jedną z tych książek (i raczej polecam Wyznania niż Zakupy) – na wolne popołudnie będzie jak znalazł. Szkoda, że prawdziwy problem kompulsywnych zakupów (istniejący, praktycznie jest to nałóg) został tu spłaszczony do poziomu komedyjki, bo w tym samym stylu chyba można było pokazać ciut więcej, z kobiecego czytadełka robiąc całkiem przyzwoitą książkę.
Wyznania zakupoholiczki, Sophie Kinsella
Tytuł oryginalny: The Secret Dreamworld of a Shopaholic
Gatunek: współczesna, obyczajowa
Forma: powieść
Język oryginału: angielski
Liczba stron: 336
rok wydania: 2009
oprawa: miękka
wydawca: Świat Książki
ISBN: 978-83-247-1236-6
Zakupy, moja miłość, Sophie Kinsella
Tytuł oryginalny: Shopaholic and Sister
Gatunek: współczesna, obyczajowa
Forma: powieść
Język oryginału: angielski
Liczba stron: 384
rok wydania: 2005
oprawa: miękka
wydawca: Świat Książki
ISBN: 83-7391-911-2
Portier nosi garnitur od Gabbany, Lauren Weisberger
Gdyby nie długi tytuł samej książki, to tytuł posta powinien mieć ciąg dalszy, “czyli PRówka czyta o PRówkach”… Choć to tak nie do końca…
Zacznę od tego, że zupełnie nie rozumiem tytułu. Wiem, że wydawnictwo (PRowo, a nawet marketingowo, bo jakżeby inaczej) chciało wykorzystać zachwyt Diabłem, co ubierał się u Prady, ale wyszło średnio. Bo portierzy, ani selektorzy klubowi nie ubierają się tu u Prady, Gabbany, czy Chanel. A angielski tytuł (w tłumaczeniu – Wszyscy, których warto znać) jest znacznie bliższy treści książki.
Portiera chciałam przeczytać właśnie dlatego, że Diabeł mi się podobał (skąd inąd mam jakieś szczęście do tych książek – czytając Diabła miałam szefa wcale niewiele różniącego się od Anny, tyle, że wcale nie był taką trampoliną dla swoich pracowników, jaką ona bywała). Czytając Portiera – jestem PRówką (od wielu zresztą lat, a od roku tzw. “agencyjną”).
Niestety, czytając całość poczułam to samo ukłucie, co czytając wiele wypowiedzi o swoim zawodzie w gazetach. I nie pomyliłam się – świadczy o tym choćby wpis Kalio, która po przeczytaniu tej książki zrozumiała, że firmy PR są właściwie tylko po to, by organizować przyjęcia i bywać w świetle fleszy, żeby to opisywały gazety. A to zupełnie nie tak.
Firma (Kelly & Co.), opisana w tej książce, to raczej firma eventowa, a nie PRowa. Czyli właśnie firma zajmująca się przyjęciami, pokazami, festynami, itp. Czasem kontaktują się z mediami, tak samo jak i firma PRowa czasem robi eventy. Ale nasza praca wcale nie wygląda tak na co dzień, a nawet jest bardzo od niej odległa…
Wracając do książki – czyta się ją nieźle – to świetne czytadełko urlopowe. Sprawny język, trochę marek, trochę modnych klubów, a w tym wszystkim lekko zakręcona, troszkę zagubiona dziewczyna, która w końcu odnajduje “właściwą drogę” i wielką miłość wśród “normalnych” ludzi. Dość sprawna akcja, może przewidywalna, ale nie nudna, całość zbudowana sensownie, choć i trochę naiwnie.
I pewnie gdyby nie kiepska robota, jaką robi PRowcom (szczególnie w krajach, gdzie ten zawód raczkuje i wiele osób nie ma pojęcia czym się zajmują “ludzie od PR”, a takm jest także Polska), polecałabym ją każdej dziewczynie, która ma ochotę na odpoczynek z książką lekką, łatwą i przyjemną… Ale ze względu na własny zawód – nie potrafię tego zrobić z czystym sumieniem. (Obiecuję, że na drugim blogu niedługo zrobię wpis, w którym pokażę, czym na co dzień się zajmuję i gdzie możecie zobaczyć efekty mojej pracy
).
Skąd inąd muszę chyba poszukać jak tę książkę oceniają amerykańscy PRowcy – im raczej żadnej krzywdy nie robi (w Stanach ten zawód istnieje od dawna, więc ma swoją ugruntowaną pozycję), ale i tak jestem ciekawa, czy w ogóle ją zauważyli
Portier nosi garnitur od Gabbany, Lauren Weisberger
Tytuł oryginalny: Everyone worth knowing
Gatunek: obyczajowa
Forma: powieść
Język oryginału: angielski
Liczba stron: 448
rok wydania: 2006
oprawa: miękka
wydawca: Albatros, seria Pi
ISBN: 83-7359-199-0
Spalony tost, Teri Hatcher
To jedna z książek kolejkowych, na które się zapisałam, bo zaintrygował mnie tytuł. Nie do końca wiem dlaczego, ale jakoś tak wyszło. Co ciekawe, choć zdarzyło mi się oglądać “Gotowe na wszystko”, to jakoś nie pamiętam nazwisk aktorek grających tam, więc i nazwisko Hatcher nic mi nie mówiło…
Jestem sporo młodsza od Teri (tak, tak, jeszcze mogę to napisać
), ale całą książkę zastanawiałam się ile lat musiałabym mieć, żeby była dla mnie odkryciem. Doszłam do wniosku, że jeszcze 10 mniej.
W dużej mierze jestem jedną z tych wielu kobiet, jakie Teri opisuje – wyrzucę co prawda spalony tost, ale taki przypalony oskrobię trochę i zjem. Podobnie, jeśli mój Mąż woli iść na meksykańskie jedzenie, to ciężko mi się powiedzieć, że ja wolę iść na słodkie naleśniki. I zgadzam się z nią, że w dużej mierze nauczyła mnie tego moja Mama, która sama tak postępowała (i postępuje nadal – na prezent dla mnie wyda krocie, ale kupić sobie krem za 50 zł – to zupełna abstrakcja; dlatego dostaje go ode mnie
). Tylko, że całość, która miała być pełna wigoru i poczucia humoru jest infantylna. Niewiele jest w niej miejsc, nad którymi się zatrzymałam i pomyślałam. Zastanowiłam, czy ja jestem taka sama i czy mam siłę to w sobie zmienić.
Książkę czyta się dość łatwo, ale (mimo, że jest cienka) dość szybko nuży. Złapałam się na tym, że zaczynam ją po prostu kartkować, byle dalej.
Ogólnie – można przeczytać, ale mając do wyboru Tost lub coś innego, na 90% lepiej wybrać “coś innego” (te 10% zostawiam na książki gorsze, kiepskie i jeszcze bardziej infantylne, po których okładce jednak tego nie widać).
Spalony tost, Terri Hatcher
Tytuł oryginalny: Burnt Toats
Gatunek: poradnik
Forma: powieść
Język oryginału: angielski
Liczba stron: 208
rok wydania: 2007
oprawa: miękka
wydawca: Elipsa
ISBN: 978-83-60446-99-7
Debiutantki z Park Avenue, Plum Sykes
Debiutantki to świetne czytadełko – na wieczór, gdy jesteśmy zmęczone i nic się nam nie chce, albo na plażę, gdzie słońce rozleniwia umysł
Lekka, naiwna, ale nieźle się ją czyta.

debiutantki
Miesiąc miodowy rozwodowy? Biżuteria z diamentami na plażę? I oczywiście każda suknia to de la Renta, Chanel, Balenciaga… To świat tak odległy od mojego, jak życie na Marsie. Ale chyba dlatego przyjemnie się to czyta – jak bajkę. Nie ma potrzeby zastanawiania się nad wymową, nad poruszanymi problemami, nad tym co ja zrobiłabym na miejscu bohaterki.
Tytułowe debiutantki to niedawne młode mężatki, szybciutko rozwiedzione. Ile energii wkładały wcześniej w znalezienie męża, tyle później włożyły w jego pozbycie się. I bardzo gorąco kibicują każdej koleżance, która jest na drodze do rozwodu. Nawet jeśli jest świeżo po ślubie!
Książka Plum Sykes dzieje się w podobnym środowisku, jak opisywana przeze mnie Szminka w wielkim mieście, a jeszcze bliżej jej 4 Blondynkom. Ale Sykes daleko do Bushnell – brak jej lekkości i znacznego poczucia humoru, brak też sięgnięcia po głębsze problemu i wplecenia ich pomiędzy opisy sukien, butów, kosmetyków z najwyższej półki, przyjęć i kuracji. Bushnell pisze jak osoba ze środka, choć już z dużym dystansem. Sykes – jak osoba z zewnątrz, która zna środowisko, ale nie ma do niego aż takiego dystansu – raczej jak ktoś, kto poniekąd zazdrości opisywanym bohaterkom.
Debiutantki z Park Avenue, Plum Sykes
Tytuł oryginalny: The Debutante Divorcee
Gatunek: powieść obyczajowa
Forma: powieść
Język oryginału: angielski
Liczba stron: 288
rok wydania: 2007
oprawa: miękka
wydawca: Albatros
ISBN: 978-83-7359-564-4
Dom na klifie, Monika Szwaja
Właściwie powinnam zacząć od tego, że lubię Szwaję. Do tego tematyka książki jest mi bliska z powodów osobistych… W każdym razie – dlatego chciałam przeczytać Dom na klifie.

dom na klifie
To prawie romans, choć małżeństwo jest z rozsądku. Trochę obyczaj, choć niemała część wiąże się z domem dziecka, a oświadcza się ona, a nie on. A w tle szanty, krakowska Rotunda i Stary Port (SP istnieje naprawdę – jak ktoś ma ochotę sprawdzić – wystarczy wpaść do Krakowa). Nie jest to literatura z najwyższej półki, ale kawałek całkiem przyzwoitej “literatury popularnej”.
Dom na klifie jest bardzo ciepły, taki “ku pokrzepieniu serc”, choć wiele problemów zostało spłaszczonych. Mimo to pokazuje wagę rodzinnego domu dziecka, pokazuje jak trudno jest samotnym, często odrzuconym dzieciom i czym może skutkować osamotnienie w połączeniu z dziecięcą wyobraźnią i szalejącymi hormonami. Ale to nie podręcznik tworzenia rodzinnego domu dziecka, ani wychowywania dzieci więc to nie grzech.
Natomiast gdzieś pomiędzy okrągłymi i ciepłymi zdaniami książki pojawiały się zgrzyty. Ja wiem, że każdy region ma swoje przyzwyczajenia językowe, swoją “gwarę”. Urodziłam się w Podkarpaciu, żyję z Krakowie, a koło siebie mam Mężczyznę z Bydgoszczy. Mogę napisać “laczki”, “kapcie” albo “pantofle”; “kartofle”, “ziemniaki”, “pyry”… Ile osób w Polsce wie co to są “flizy”? A jeśli książka jest dla całej Polski, to chyba można unikać regionalizmów? Niestety, w Domu na klifie ich nie brak.
Dom na klifie, Monika Szwaja
Gatunek: powieść obyczajowa
Forma: powieść
Język oryginału: polski
Liczba stron: 272
rok wydania: 2006
oprawa: twarda
wydawca: Prószyński i S-ka
ISBN: 83-7469-321-5
Trzynasta opowieść, Diane Setterfield
“Trzynastą opowieść” znalazłam na czyimś blogu. Nie pamiętam niestety na czyim, ale zainteresowała mnie na tyle, że zamówiłam ją sobie we własnym świątecznym prezencie, który przyjechał do mnie z Merlina na koniec grudnia. A potem jakoś tak wyszło, że czekała i czekała…

Trzynasta opowieść
Doczekała się na początku maja. To kolejna książka, o której chciałoby się napisać – dawno takiej nie czytałam. Dawno nie czytałam książki, której “przyjaciółką” czułam się od drugiej strony. Która już pierwszymi akapitami wywołała mój uśmiech (nie śmiech, a właśnie uśmiech) i wywoływała go jeszcze wielokrotnie w trakcie czytania.
Jako dziecko i nastolatka marzyłam o pracy w bibliotece. Bohaterka “Trzynastej opowieści” pracuje w antykwariacie – prawie jak w bilbliotece. Jest zakochana w książkach, sama też próbuje coś pisać. Jest zakompleksiona, troszkę zagubiona, a ksiażki dają jej oparcie, jakie brak jej w rodzinie. Czy można jej nie lubić?
Całość fabuły to opowieść umierającej autorki, która dotąd oszukiwała cały swiat co do swojej historii. Nagle, umierając, chce opowiedzieć prawdę (nie do końca rozumiem po co – wyrzuty sumienia?), ale boi się, że nie zdąży, a choroba nie daje jej już samodzielnie pisać. I tak związuje ze swoim losem, Małgorzatę (tę z antykwariatu).
“Trzynasta opowieść” jest porównywana do “Cienia Wiatru” (są książki, tajemnica i szukający rozwiązania) i do “Wichrowych Wzgórz” (klimat). Nie wiem czy powinno się porównywać (w ogóle nie przepadam za takimi porównaniami) – choć rozumiem pewną chęć szufladkowania. Cień czytałam dość szybko, wciągał, ale bez uśmiechu. Wichrowe są mroczne – zbyt mroczne na uśmiech. I chyba dlatego pokochałam Trzynastą – za ten uśmiech, który w wielu miejscach budzi. Mimo mroku, mimo tajemnicy, mimo kazirodztwa, daje wiele pozytywnych emocji, które sprawiają, że tej książki nie chce się odkładać na półkę.
W sieci pojawiły się zarzuty wtórności i rozwlekłości. Moim zdaniem autorka ma na tyle lekki styl, że opisy nie są rozwlekłe -czyta się je dobrze i szybko. Co do wtórności… Rozumiem skąd się biorą (zarzuty – choćby te wrzosowiska i ta tajemnica…), ale z drugiej strony – wszyscy czerpiemy z różnych wzorców, a chyba lepiej stworzyć coś dobrego sięgając po najlepsze niż coś kiepskiego stuprocentowo samodzielnie.
Gdzieś w tle miga jeszcze jeden wątek – matki Margaret i tragedii, po której ciężko się pozbierać. To tajemnica rozwiązana szybko, choć ciągnięta przez całą powieść. Warto i na nią zwrócić uwagę, bo dość rzadko pojawia się w książkach z perspektywy matki i dziecka.
PS Dostałam pytanie czy podobał mi się Dziennik Nimfomanki i czy napiszę o nim – nie, nie napiszę. Doszłam chyba do 50 strony i stwierdziłam, że nudzi mnie, nie przekonuje i nie wciąga, więc szkoda mi czasu nań… Stąd – recenzji nie będzie.
Trzynasta opowieść, Diane Setterfield
Tytuł oryginalny: The Thirteenth Tale
Gatunek: powieść obyczajowa
Forma: powieść
Język oryginału: angielski
Liczba stron: 344
rok wydania: 2006
oprawa: twarda
wydawca: Amber
ISBN: 83-241-26-465
Szminka w wielkim mieście, Candance Bushnell
Dawno, dawno temu… A dokładnie 5 lat temu (będzie w długi weekend) zakochałam się w “4 Blondynkach”. Nie mogłam się od nich oderwać – wybuchałam salwami śmiechu i toczyłam wewnętrzną walkę między dwiema kusicielkami – południową Francją i Blondynkami.
Po znacznym rozczarowaniu, jakie zafundował mi “Sex w wielkim mieście”, postanowiłam sprawdzić Szminkę (po polsku – takoż w wielkim mieście)

- szminka w wielkim mieście
Nie są to, niestety, “4Blondynki”- przede wszystkim brak mi tej niesamowitej dawki humoru, którą wspominam w tamtej książce. Niemniej, jest to całkiem niezła powieść o kobietach. Co prawda żyjących w trochę innym świecie niż ja (nie tylko dlatego, że ja w Krakowie, a one w Nowym Jorku, ale także dlatego, że jestem młodsza, nie mam takich pieniędzy, ani takiej władzy), ale tak naprawdę borykających się z podobnymi (jak większość kobiet) problemami. Facet, który zawodzi, problemy z dziećmi, nie mam się w co ubrać i brak czasu. A do tego kropla przyjaźni i trochę blichtru.
Na szczęście Szminka nie jest całkiem wyprana z poczucia humoru – jak choćby tu:
“Z przodu liceum, z tyłu muzeum.
Po namyśle musiała jednak przyznać, że muzeum było znacznie bardziej interesujące niż liceum, ze względu na mnogość doświadczeń.”
Dla kobiety w wielu miejscach książka jest przewidywalna. Ale zrobiłam mały eksperyment podsuwając ją nastolatce i dorosłemu facetowi. Ścieżki, które dla mnie były jasne, ich (w różnych miejscach) momentami zaskakiwały. Inne podejście do życia, ludzi, inne doświadczenia.
Gdzieś (może podświadomie) Bushnell już tu robiła “podgotówkę” pod “Piątą Aleję”. Kobiety ze Szminki nie są jakoś do końca szczęśliwe i spełnione. Nawet gdy osiągają wymarzone stanowisko, widzą, że właściwie nie o to im chodziło. Nie do końca chcą i mają ochotę stać się mężczyznami, a chcąc z nimi rywalizować – muszą. I chyba to jest największym atutem tej książki – pokazanie, że choć każda z nas może stać się panią świata, to warto się zatrzymać i zastanowić, czy na pewno o to nam chodzi. Czy mamy ochotę na rezygnację z siebie, czy na pewno naszym marzeniem jest spędzanie poza domem 20 dni w miesiącu – bo trzeba gasić pożary, trzymać rękę na pulsie polityki biurowej i kontrolować – siebie i innych? Jeśli tak – super. Wówczas jest o co walczyć. A jeśli nie – mamy do wyboru inną drogę. Nie gorszą, ani mniej poważaną – po prostu inną. Tylko czasem… Brakuje nam czasu, by się zastanowić nad tym, czego naprawdę chcemy. I umiejętności zatrzymania się – choć na jeden dzień.
Na koniec – książkę lepiej przeczytać w oryginale. Ja zaczęłam ją po polsku, skończyłam po angielsku i drugą część czytało mi się jednak lepiej. Już tytuł pokazuje, że ktoś przekombinował, a choć książka przetłumaczona jest raczej poprawnie, to brak jej lekkości stylu, który charakteryzuje Bushnell.
Szminka w wielkim mieście, Candance Bushnell
Tytuł oryginalny: Lipstick Jungle
Gatunek: obyczajowa
Forma: powieść
Język oryginału:angielski
Liczba stron: 488
rok wydania: 2006
oprawa: miękka
wydawca: Znak
ISBN: 83-240-0715-6
-
Archiwa
- Kwiecień 2012 (2)
- Marzec 2012 (3)
- Luty 2012 (6)
- Styczeń 2012 (4)
- Styczeń 2010 (4)
- Listopad 2009 (5)
- Październik 2009 (2)
- Sierpień 2009 (6)
- Lipiec 2009 (4)
- Czerwiec 2009 (1)
- Maj 2009 (6)
- Kwiecień 2009 (1)
-
Kategorie
-
RSS
Wpisy RSS
Komentarze RSS



