Jesień cudów, Jodi Picoult
To chwilowo już ostatnia pozycja tej autorki (choć właśnie zabieram się za kolejną) – w rzeczywistości tak mi się właśnie trafiło, że czytałam je jedną po drugiej…
Z trzech przeczytanych pozycji ta jest moim zdaniem najmniej kontrowersyjna, najmniej wyszukana. Temat ociera się o wiarę – nie tyle nawet w Boga, bo ta właściwie nie jest kwestionowana, co o wiarę w cuda i o to, czy cuda może robić mała dziewczynka, która na dodatek jest Żydówką i to tylko z urodzenia i w dodatku twierdzi, że Bóg jest kobietą?
Książka napisana jest taktownie, a postać Mariah (matki) to świetne studium osoby porzuconej (nie po raz pierwszy) i świadomej swoich problemów, dzięki czemu stara się zapobiec tragedii.
Z mojego – zawodowego – punktu widzenia, ciekawie zostały w tej książce pokazane media – opowiednia interpretacja faktów, w zależności od potrzeb pracodawcy, pokazana jest chłodno, bez emocji, ale też bardzo wiarygodnie (i prawdziwie).
Natomiast w pełni zgadzam się z opiniami o niemal nieczytelnym zakończeniu książki – mam swoją jego intepretację, ale został mi niesmak – pozostałe dwie książki miały słodkie, czy nie, ale czytelne, pasujące do wydarzeń, zakończenie. Jesień cudów kończy się w sposób, który zaburza całość zbudowanego obrazu i sprawia, że zastanawiamy się nie nad tematem, ale nad tym o co chodziło autorce… (a jeśli się mylę – proszę o podpowiedzi – mogą być na maila).
Czarownice z Salem Falls, Jodi Picoult
Po Bez mojej zgody, sięgnęłam po Czarownice. Praktycznie zachwycona poprzednią książką, oczekiwałam czegoś podobnego – rozczarowałam się, niestety…
Tytuł od razu przywodzi na myśl jedno skojarzenie – i choć po ang. brzmi tylko Salem Falls, to skojarzenie jest budowane od początku. I właśnie przez to skojarzenie książka mnie rozczarowała – krok po kroku, strona za stroną jest niezwykle przewidywalna. Choć główny bohater – Jack to naprawdę ciekawa postać, z dużym potencjałem (scena w więzieniu powodowała, że niemal trzymałam za niego kciuki), został włożony między postacie z życiem, ale niemal przeźroczyste w swoim postępowaniu. I tak – widząc już reakcję policjanta na wiadomość,że Jack jest byłym skazańcem z paragrafu “seksualnego”, a także na reakcje niektórych bohaterek, wiemy co wydarzy się za następne 200 stron. I za kolejne 100 także.
Podobnie jak w Bez mojej zgody niemal każdy bohater ma jakieś problemy poważnej natury. Tyle, że w poprzedniej książce były one dla mnie uzasadnione, a w tej – raczej sztucznie spiętrzone, aby wyjaśnić kolejne sceny…
Jedyne co tu zaskakuje, to zakończenie (tak, znów – choć tym razem nie jest hollywoodzkie).
Jak widać – nie podpiszę się pod peanami na cześć Picoult jako autorki ogólnie – cieszę się natomiast, że nie trafiłam na Czarownice jako pierwsze, ponieważ byłaby to pewnie moja ostatnia przygoda z tą autorką. Tymczasem ma ona i świetne i kiepskie książki, więc warto sprawdzać “na własnej skórze” (ew. Biblionetce i blogach), żeby sięgnąć po te warte naszego czasu
Bez mojej zgody, Jodi Picoult
Niezwykła książka – poprzez temat i kontrowersje, jakie musi wywołać.
Po raz pierwszy zobaczyłam opis tej książki u Chiary, a sam temat zafascynował mnie na tyle, że chciałam ją przeczytać. 13-letnia dziewczynka, która została poczęta po to tylko (tak naprawdę), by być lekarstwem dla swojej siostry (świetnie oddaje to starsza okładka książki – ta ze stokrotkami). Początkowo miała tylko oddać jej krew pępowinową i to miało wystarczyć. Ale choroba siostry się nie poddała i nie wystarczyło – wielokrotne oddawanie krwi i szpiku, niekończące się dni spędzane w szpitalu zamiast w domu, na zabawie. Dla Anny jest to normalne, dopóki któregoś dnia rodzice, (a właściwie matka) oczekują od niej oddania siostrze… nerki. Ta sytuacja rozpoczyna lawinę zdarzeń, ponieważ Anna buntuje się i idzie do sądu żądając samostanowienia o własnym ciele.
Ponieważ sama nieraz bywałam “adwokatem diabła”, w pełni rozumiem adwokata, który bez wahania wziął sprawę. Tak samo jak rozumiem Annę, która świetnie definiuje w pewnym momencie siebie (zwróćcie uwagę na fragment z rozwiązywaniem krzyżówki – moim zdaniem to najmocniejszy fragment w całej książce), matkę dziewczynek, choć poniekąd budzi równocześnie we mnie odrazę, brata, który zagubił się całkowicie w takim otoczeniu (trudno nazwać je zdrowym – nawet przez przypadek). Najnormalniejszy w tym środowisku jest Brian – ojciec dziewczynek, choć przy tym wszystkim jego postawa też mui budzić mieszane odczucia. Rację ma Libro w swoim opisie książki, zauważając, że każdy z bohaterów ma spore problemy i trudno znaleźć kogoś kto ich nie ma – ale też w takiej sytuacji, jaką nakreśliła Picoult chyba nie ma innej możliwości…
Całość warto przeczytać – Picoult przedstawiła temat z różnych perspektyw (kolejne rozdziały pokazywane są z punktu widzenia innej osoby) i chyba trudno opowiedzieć się jednoznacznie po którejkolwiek ze stron. Sama nie wiem co zrobiłabym na miejscu Anny, bądź jej matki. Może też nie byłabym nigdy w stanie przerwać tego połączenia? Bo sama jestem przekonana, że gdyby lekarze mi powiedzieli, że kolejne dziecko jest ratunkiem dla już istniejącego, to nie zawahałabym się.
Książka napisana jest sprawnie, dość lekkim językiem. Zakończenie… jest hollywoodzkie, ale chyba najbezpieczniejsze dla amerykańskich czytelników… (a filmu jeszcze nie widziałam, więc się nie wypowiem).
Emma i ja, Elisabeth Flock
Świat widziany oczami dziecka często nas zaskakuje. Rzadko jest tak szczęśliwy i różowy, jakiego życzylibyśmy sobie.
Carrie, główna bohaterka książki, ma 8 lat i bardzo trudne życie. Jej ojciec, którego kochała i wciąż wspomina, został zastrzelony – we własnym domu, na oczach córki. Matka nie potrafiła poradzić sobie z sytuacją i wpadła w bardzo głęboką depresję. Potem związała się z mężczyzną, który bije i seksualnie wykorzystuje Carrie.
Jedyną odskocznią i jasnym promieniem w życiu dziewczynki jest jej młodsza siostra. Rezolutna, w opinii Carrie znacznie od niej ładniejsza, bardziej lubiana, ale też waleczna. To ona broni ją w szkole, nawet wdając się w bójki z kolegami, ona też stara się ją chronić przed ojczymem.
W książce nie brak szokujących momentów. Wykorzystywanie seksualne małej dziewczynki to tylko jeden z nich. Dla mnie niezwykle mocne były dwie sceny – przykucie dziecka łańcuchem jako kara za ucieczkę i dawanie mu do jedzenia psiej karmy przez ojczyma, przy równoczesnym zupełnym braku reakcji matki (czyli w praktyce – przy jej przyzwoleniu) oraz wizyta babki i ciotki, które widząc co się dzieje, nie umiejąc przekonać matki Carrie do działania, po prostu wyjeżdżają, zostawiając dzieci same sobie. To bardzo silne zobrazowanie tego, co często się dzieje – nawet jeśli widzimy, że jest źle, że dziecko ma siniaki, że się boi, często wolimy przymknąć oczy i uwierzyć, że spadło z huśtawki, schodów, a nie w to, że jest ofiarą przemocy. Nie umiemy reagować na to – przez całe życie nikt nas nie przygotowuje na takie sytuacje, więc wolimy się wycofać niż narazić na ból, śmieszność, czy etykietkę “tej co się wtrąca”…
Książka kończy się bardzo mocnym akcentem, ale nie sprawdzajcie jak. Całość należy zobaczyć w takim świetle, w jakim szkicowała to autorka. Miała rację stopniując odkrywane fakty i przestrzenie.
Kartki z białego zeszytu, Sonia Raduńska
Nie pamiętam czego się spodziewałam po tej książce. Ale na pewno nie tego, co znalazłam między okładkami…
Po raz pierwszy opisuję książkę, której jeszcze nie skończyłam. Ale nie chcę dać ulecieć emocjom, które wzbudza, a równocześnie chcę od niej odpocząć. Chcę ją czytać, ale wszystko we mnie buzuje.
Po kilku latach przerwy w intensywnym czytaniu, rok temu wróciło to do mnie. Znów, jak za “młodych” lat czytam w każdej wolnej chwili, szczególnie w autobusach i tramwajach. Oczywiście kartki też któregoś dnia wzięłam ze sobą – na jazdę do pracy i z niej. Nie miałam pojęcia, że w autobusie będę śmiać się do siebie, momentami cicho, ale jednak na głos. Nie miałam też świadomości, że w pewnym momencie nie uda mi się powstrzymać łez wzruszenia. Popłynęły po policzkach. A kobieta siedząca w pobliżu uśmiechnęła się ze zrozumieniem i usłyszałam – znam to, też tak mam.
Kartki z białego zeszytu to przemyślenia. Opis rzeczywistości przepuszczonej przez sito własnych doświadczeń – raczej niekoniecznie wesołych – autorki. Ale też przez spojrzenie osoby pogodzonej ze sobą, życiem i kochającej innych ludzi. To spojrzenie osoby, jaką wielu z nas chciałoby być, choć wielu nie uda się to nigdy. Równocześnie w poszczególnych rozdziałach autorka nie narzuca swojego pola widzenia – ona o nim mówi, ale nie stara się go forsować. Działa raczej na zasadzie – to moje życie, jeśli ci odpowiada – chodź, jeśli nie – żyj po swojemu.
Kartki warto przeczytać choćby po to, by zauważyć wiele rzeczy, których w codziennym biegu nie widzimy. By dowiedzieć się, przypomnieć sobie, odkryć ponownie, lub całkiem po raz pierwszy otaczającą nas rzeczywistość i spojrzeć na nią nie tylko swoimi oczami, ale także np. ks. Twardowskiego, albo po prostu Soni. Książkę warto rozłożyć sobie na części, na porcje – przy emocjach jakie budzi, nie powinno się jej czytać w jeden wieczór…
Dziewczyna grająca w go, Shan Sa
Go to stara chińska gra. Niewiele o niej wiedziałam ponad to zdanie. W książce Dziewczyna grając w go, sama gra jest tłem, ale na tyle ciekawie przedstawionym, że dziś już wiem co to pionek w atari, KO i dwoje oczu (acz gracz ze mnie marny).
Dziewczyna, która na Placu Tysiąca Wiatrów niemal codziennie gra w go, to tak naprawdę nastolatka. Obdarzona niezwykłym talentem do gry (talentem strategicznego myślenia!), ale zbyt młoda jeszcze – potrzebująca opieki i uwagi, której jednak nie ma. Jej życie toczy się pozornie jak wielu innych nastolatek – zakochuje się, podejmuje niekoniecznie mądre decyzje, buntuje się. Gra w go jest jej odskocznią, jej prywatną przestrzenią, w której robi co chce.
Któregoś dnia narzeciw niej siada inny gracz – w rzeczywistości japoński żołnierz (okupant). Oboje wzajemnie się fascynują, oboje szukają w sobie wzajemnie ukrytych wskazówek, pragnień. Gdzieś w głębi zakochują się w sobie, choć jedyne co ich łączy, to ta gra… Spotkałam się ze zdaniem, że to romans. W moim odbiorze jednak nie – choć wątki romansowe w tej książce są niewątpliwie, choć – jak to w nastoletnim życiu bywa, miłość i zakochania są ważne.
To niezwykła książka przez uczucia jakie pokazuje. Całość opowiadana jest z dwóch perspektyw – Dziewczyny i Japończyka. Zaczyna się znacznie przed ich spotkaniem, pokazując ich wcześniejsze emocje i wpływ na nich. (W moim odbiorze to książka w tym typie, jakiego nigdy nie powinno się filmować – ekranizacja ją spłaszczy i zabije pokazując zaledwie część warstwy.) Oboje są młodzi, oboje dojrzewają. I oboje zmierzają ku zagładzie…
Zakończenie szokuje. Nie wiem, może powinnam się go spodziewać, ale dla mnie było zaskoczeniem. Gdybym mogła – zmieniłabym je. Ale z drugiej strony – chyba lepiej, że nie mogę.
Dziewczynę powinno się przeczytać za jednym posiedzeniem, (a już na pewno drugą połowę) – z jednej strony nadmiar emocji może być duży, z drugiej jednak można ją wchłonąć, każda kolejna scena jest uzupełnieniem – budową całości, kamień po kamieniu…
Dobre intencje, Joy Fielding
Do Dobrych intencji zachęciła mnie Kalio, na swoim blogu. Przyznaję, że zapadł mi w pamięć tytuł i to, że chcę książkę przeczytać, mniej jej opis. Dlatego – podobnie jak Kalio – poczułam się lekko zaskoczona tym, że właściwie główną bohaterką powinna być inna osoba niż wskazana na okładce (albo co najmniej równorzędną).
Lynn – wskazana na okładce to kobieta, którą rzuca mąż. Dlaczego? Bo dla niego jest zbyt samodzielna, a on czuje się niepotrzebny (biedaczek
). Ona – z sobie nie uświadomiego powodu, zgadza się na spotkanie z mężem kobiety, która została nową miłością jej męża.
Renee to druga kobieta w tej książce (to ta równorzędna) – prawniczka, która prowadzi rozwód Lynn. Kobieta sukcesu, z niezwykle przystojnym mężem, lubiana i doceniana. Oczywiście – jak to bywa, pozory mylą…
W tej książce jest wiele kobiet o zaplątanym życiu, zbyt ulegających mężczyznom, w pewnym momencie zaczynających żyć bardziej po to, by ich zadowolić, niż dla siebie. Najpierw kochają, potem wydaje im się, że nadal ich kochają, że tak powinno być. Że jeśli są kłótnie, albo problemy, to jest to ich (kobiet) wina. I dlatego warto ją przeczytać – po to, by czasem zerknąć innymi oczami także na siebie. Po to, by uświadomić sobie, że przemoc to nie tylko agresja fizyczna.
Dziś zeznawałam na sprawie rozwodowej Koleżanki. Od znajomych została odcięta jeszcze przed ślubem. Ale była zakochana, więc to było nieważne. Teraz wydostaje się ze związku, dla którego poświęciła 8 lat swojego życia. Była dokładnie jak Renee – nieważna była ona, nieważny był świat – byle on był zadowolony…
Przemoc psychiczna to ciężka sprawa – boli często równie bardzo jak cios pięścią, ale znacznie trudniej jest ją udowodnić. I znacznie trudniej jest się uwolnić z takiego związku – bo najczęściej ofiara słyszy, że przesadza, że on jest cudowny, taki miły, taki sympatyczny, każdemu pomaga… Dobrze, że są takie książki jak Dobre intencje – które da się przeczytać w miarę łatwo (może szkoda, że nie ma tu więcej opisów myśli Renee, jej walki ze sobą), ale jednak dają trochę do myślenia.
Mistrzyni przypraw, Chitra Banerjee Divakaruni
Mistrzynię Przypraw poznałam dzięki Kolejkowie (dziękuję
). Przyznam, że dopisałam się do książki nie mając pojęcia ani o niej, ani o autorce – po prostu zaintrygował mnie tytuł (sama uwielbiam przyprawy – ich zapach, smak, podkreślenie innych smaków, to jak proporcje zmieniają je same, choć ja dopiero je odkrywam
).
To opowieść o magii – trochę baśń, trochę powieść. O umiejętności wczucia się w innych ludzi i pomocy im. Także o własnych uczuciach i o tym, że czasem dobre chęci nie wystarczą ale nadal należy się starać i próbować, nigdy nie poddawać.
Główną bohaterką jest Tilo, która w kanadyjskim Oakland prowadzi sklep z przyprawami. Pozornie stara kobieta ma jednak dar, o którym wie niewielu, choć niektórzy pamiętają opowieści o mocy przypraw i kobietach, przez które pomagają. Widzi ona problemy innych ludzi i poprzez magię przypraw (ta rozwiązuje język, ta daje cierpliwość, ta wzmacnia pewność siebie i pozwala na asertywność, a ta pozwala patrzeć sercem) pomaga im. Musi jednak pamiętać, że nie wolno jej pomóc sobie samej, a każdy bunt sprawi, że miast pomagać, będzie niszczyć wszystko wokół, niezależnie od chęci. Niestety, Tilo nie jest “zwykłą” Mistrzynią – to kobieta o bardzo bujnej przeszłości, kobieta, która przeżyła czczenie niemal jako boginię, przeżyła porwanie przez piratów, a także (poniekąd) własny upadek. To niezwykle silny charakter, który niełatwo poddaje się woli innych, nie mówiąc o własnej…
Książka jest świetnie prowadzona – czyta się ją lekko, choć daje wiele do myślenia. Mieszając baśń z rzeczywistością pozwala na odniesienia do nas samych, do sytuacji, które znamy, do świata, w którym żyjemy. I po cichu marzymy, że gdzieś jest taka Mistrzyni Przypraw, która pomaga osiągać te cele, które jesteśmy w stanie osiągnąć, pod warunkiem, że sami w to uwierzymy.
Niestety, nie spisałam sobie mocy przypraw, dlatego pozwalam sobie skopiować listę od Pheobe:
- Tumerik – korzeń powodzenia, przyprawa odrodzenia;
- Shalparni – ziele pamięci i przekonywania;
- Chandan – proszek z drzewa sandałowego, który koi ból pamiętania;
- Kalo jire – przyprawa ciemnej planety Ketu, chroniąca przed złym okiem;
- Lanka – ususzone chilli, oczyszcza ze zła;
- Lavang (goździk) – przyprawa współczucie;
- Dalchini (cynamon) – dający przyjaciół, niszczący wrogów;
- Garam masala – na cierpliwość i nadzieję;
- Dhania (kolendra) – na oczyszczenie wzroku, zmywa stare winy;
- Amchur – przywraca miłość do życia;
- Asafetyda – lekarstwo na miłość;
- Tulsi (bazylia) – roślina pokory, naginająca ego. Bazylia poświęcona Sri Ramowi, która gasi pragnienie władzy, która odwraca myśli do wnętrza, z dala od spraw tego świata;
- Hartuki – pomaga matkom znieść ból, który zaczyna się wraz z porodem i trwa na zawsze;
- Brahmi – olej na ostudzenie gniewu;
- Fenkuł – przyprawa pachnąca zmianami, które muszą nadejść; daje siłę na to, co musi zostać dokonane;
- Pieprz – na zdolność wymuszania tajemnic;
- Makaradwaj – król przypraw, pogromca czasu;
- Korzeń lotosu – ziele długiego kochania.
Córka Nomadów, Waris Dirie
Tak się jakoś złożyło, że przeczytałam po sobie dwie książki “afrykańskie”. Drugim zbiegiem okoliczności Córkę Nomadów czytałam niemal idealnie 6 lat (zgadza się miesiąc, nie pamiętam, czy dzień też) po Kwiecie pustyni (pierwszej części opowieści)…
Podczas, gdy Kwiat pustyni był o drodze somalijskiej dziewczynki na szczyty gwiazd (została światowej sławy modelką) i o okrucieństwie obrzezania kobiet w Somalii, to Córka Nomadów jest o tęsknocie – za ojczyzną (choćby źle się tam działo), za rodziną, za znaną kulturą i zwyczajami.
Waris od 20 lat żyje w USA, ale bardzo tęskni, choć kiedyś uciekała, choć wie, że toczą się wojny. Tęsknotę pogłębiają nieporozumienia z mężem, brak akceptacji dla jej postępowania ze strony teściowej. Tu także, podobnie jak w Białej Masajce, widać problemy kulturowe i różnice w zwyczajach, choć Waris stara się dostosować do panujących warunków i niewiele kwestii forsuje. Nie potrafi jednak zrozumieć, dlaczego teściowa burzy się gdy jej dziecko biega nago, lub gdy nosi je tak, jak nauczyła się w Somalii, choć dziecko nie płacze i jest zadowolone.
W końcu, pokonując różne przeszkody, Waris “wraca” (właściwie przyjeżdża w odwiedziny) do swojej rodziny, opisując kolejne dni z pozycji osoby ze środka, która jednak ma poczucie, że zmieniła się, że nie zawsze pasuje do otoczenia.
To bardzo ciepła książka, pokazująca, że mając w miarę zdrowe relacje z rodziną, można znaleźć w bliskich oparcie, że spotkania z nimi dają siłę, a nauczonych w dzieciństwie działań, nie zapomina się. Mniej jest to o obrzezaniu, okaleczaniu, wydawaniu małych dziewczynek za starców. Znacznie więcej jest o miłości, o szczęściu, o poczuciu przynależności. Tak, jakby sama Waris, wracając, widziała znacznie więcej piękna i radości niż w momencie ucieczki.
Córka Nomadów, Waris Dirie
Tytuł oryginalny: Desert Dawn
Gatunek: obyczajowa
Forma: powieść
Język oryginału: angielski
Liczba stron:208
rok wydania: 2002
oprawa: miękka
wydawca: Bertelsmann Media, Grupa Wydawnicza
ISBN:83-7311-816-0
Biała Masajka, Corinne Hofmann
Lubię książki pokazujące inną kulturę, zderzenie, próby zrozumienia, czasem nawet udane. Tym chętniej sięgnęłam po Białą Masajkę.
To historia białej kobiety, Szwajcarki, która przyjeżdża do Kenii na urlop. Tu niemal z miejsca zakochuje – się nie tyle nawet w samym kraju (choć rozpływa się nad nim), co w “pięknym Masaju”. Ma 28 lat i rzuca wszystko, co dotąd miała i co sprawiało jej radość, żeby zamieszkać w Afryce. Całość historii tym ciekawsza, że prawdziwa…
Książkę zaczęłam pełna dobrych chęci i oczekiwań. Kończyłam zmęczona, tylko dlatego, że zastanawiałam się kiedy ta kobieta zmądrzeje? Pamiętacie Bellę ze Zmierzchu? Jej zachwyty nad Edwardem – jaki to piękny i cudowny? Corinne jest Bellą, tyle że 11 lat starszą. I to, co u 17-latki mogę zrozumieć i nawet jeśli mnie irytuje, to nie dziwi, to u 28-letniej kobiety mnie drażni do potęgi. Corinne pisze, że zakochała się – tylko jej “miłość” była raczej pożądaniem, albo marzeniem, bo jak można mówić o miłości do zupełnie obcej osoby, którą zobaczyło się przez chwilę w autobusie i kilka dni później ponownie? Oboje mówią po angielsku bardzo słabo, więc ich porozumiewanie się graniczy niemal z cudem. Mimo to zaślepiona dziewczyna przeprowadza się do Kenii. Nie ma pojęcia o jej kulturze, o panujących zwyczajach, o historii – ogólnie o tym co ją czeka.
Gdyby wykreślić zachwyty nad Lketingą (czyli tym pięknym Masajem), książka zrobiłaby się niewątpliwie chudsza, ale też bardziej sensowna. Bo w tle zawiera całkiem niemałą dawkę opisów o tej Kenii, której turystom nie będzie dane poznać. O stosunkach panujących między ludźmi, o podejściu do życia, współmieszkańców, rodziny. To opowieść o tym, jak bardzo się różnimy i jak ciężko jest zaakceptować te różnice, szczególnie gdy żadna ze stron nie chce ustąpić, bo ich postępowanie jest dla nich naturalne, a obie mają problem z wytłumaczeniem dlaczego dana sprawa jest dla nich ważna.
Corinne napisała później, że w Kenii doświadczyła piekła i nieba. Trudno jednak nie zauważyć, że w niemałym stopniu to piekło zgotowała sobie sama, forsując nierzadko swoje pomysły, zaczerpnięte z dotychczasowego życia, w kulturze, której nie znała i nie chciała zaakceptować. Pomijając chorą zazdrość swego ukochanego, rzadko zastanawiała się, czy zachowując się po europejsku, daje komuś powód do plotek, czy złej oceny. Chciała żyć jak w Szwajcarii, tyle, że w Kenii.
Czy warto przeczytać Białą Masajkę? Nie wiem. Kolejnych części opowieści nie zamierzam poznawać – pierwsza zbyt mnie drażniła. Tym bardziej, że o podobnym temacie można napisać zupełnie inaczej, jak choćby robi to Katherine Scholes…
Biała Masajka, Corinne Hofmann
Tytuł oryginalny:Die weisse Massai
Gatunek: obyczajowa
Forma: powieść
Język oryginału: niemiecki
Liczba stron:301
rok wydania: 2007
oprawa: miękka
wydawca:Świat Książki
ISBN:978-83-247-0979-3
-
Archiwa
- Kwiecień 2012 (2)
- Marzec 2012 (3)
- Luty 2012 (6)
- Styczeń 2012 (4)
- Styczeń 2010 (4)
- Listopad 2009 (5)
- Październik 2009 (2)
- Sierpień 2009 (6)
- Lipiec 2009 (4)
- Czerwiec 2009 (1)
- Maj 2009 (6)
- Kwiecień 2009 (1)
-
Kategorie
-
RSS
Wpisy RSS
Komentarze RSS



