Sekret Genezis, Tom Knox
Sama nie wiem jak powinnam zacząć tę recenzję. Z jednej strony wartka akcja, z drugiej opisy uśmiercania ludzi – makabra. Więc niby dobra, ale zła…
Tak, nie należy oceniać książki po okładce, a poniekąd to właśnie zrobiłam. Grafika w stylu Indiany Jonesa, opis w stylu Kodu da Vinci – czego chcieć więcej? (podobał mi się Kod
). I choć już na początku jest trochę sztampy (on po przejściach, ona śliczna, oczywiście wpadają sobie dość szybko w ramiona), to jakoś nie psuje to konwencji.
W założeniach rzeczywiście powieść ma sporo z Kodu – podobnie jak tam, tu też mamy sekrety mogące zniszczyć już nie tylko religię, ale wręcz podejście ludzkości do siebie samej i do władzy, do religii, tradycji – do wszystkiego. I podobnie jak u Dana Browna należy to niewątpliwie potraktować jako wymysł autora (zresztą ten straszny sekret nie jest taki straszny, a teoria mówiąca, że inteligencja często jest tak podstawą charyzmy, jak i zapędów w okrucieństwo jest znana od dawna).
Akcja jest prowadzona równolegle w dwóch miejscach – w Wielkiej Brytanii i w Turcji, a z czasem – także w wielu innych krajach. Na pewnym etapie pogubiłam się w nich, więc nie podejmę się wymienić – zresztą to raczej niepotrzebne, nie wnosi specjalnie niczego do książki. Natomiast oczywiście w pewnym momencie losy tych dwóch akcji muszą się spleść, aby wspólnie dojść do zakończenia…
Podobał mi się główny bohater – Rob. Jest stworzony wprawną kreską, bardzo wiarygodny – jakby bliski autorowi. Niestety, większość pozostałych postaci już jest bardziej płaskich, przewidywalnych. Na pewnym etapie nawet czarny charakter książki taki się staje, co w sumie mnie zaskoczyło, bo początkowo był bardzo wiarygodny, a na końcu zamiast diablo inteligentnego sadysty mamy chorego psychicznie maniaka, który chyba nie do końca ogarnia sytuację.
Książka jest dobrze napisana – ciekawym językiem, ze sprawną narracją. Opisy się nie dłużą, momentami całość przypomina wręcz sprawny reportaż. Jednak opisy tortur są stanowczo przesadzone. Rozumiem kwestie wyjaśnienia mordów rytualnych, kwestie pokazania czytelnikowi rozmiarów zbrodni. Tylko w pewnym momencie nagromadzenie krwi i krzywdy sprawia, że zaczyna się odczuwać fizyczny ból – doszłam do takiego momentu, że widząc eskalację opisów, nie odważyłam się na przeczytanie kolejnych barwnych zdań – przewróciłam kartki, szukając końca… A po zakończeniu stwierdziłam, że potrzebuję jakiejś głupiutkie powiastki, żeby odpocząć – mój mózg zbuntował przeciw kolejnej książce z ofiarami, przemocą, a nawet z zagadką kryminalną.
Zapach cedru, Ann-Marie MacDonald
Patrząc na okładkę, a nawet na opis do głowy mi nie przyszło co znajdę w środku…
To książka o złu – powszechnym, ale i specyficznym. Na kartach jest pedofilia, kazirodztwo, przemoc, szaleństwo, wojna. Obok tego – zwykłe życie – szkoła, praca, dom, utalentowane dziecko, miłość.
Zapach cedru to książka o tym, że każda decyzja wpływa na nasze życie, że nic, co zrobimy nie pozwala się wymazać – zostaje w nas i nas buduje lub doszczętnie rujnuje. To także studium stosunków międzyludzkich – poprawnych, namiętnych, ale i rozchwianych. To opisy niezwykłych emocji, z którymi bohaterowie nie potrafią sobie poradzić (dziś pewnie wylądowaliby u psychiatry lub na kozetce psychoanalityka). Trzeba także przyznać autorce, że bardzo konsekwentnie buduje swoje postacie – nie tworzy cudów i dzieci z zachwianej rodziny nie stają się nagle idealnymi żonami – każda z nich jest w jakiś sposób skrzywiona, choć każda szuka swojego miejsca na świecie i próbuje zbudować swój dom – choćby na piasku.
Najciekawszą postacią jest Franciszka – młoda dziewczyna, pełna nadziei, choć już od dziecka zdradzająca dziwne rysy. Obciążona winą, choć nie pamięta dlaczego, ani co się stało, odczuwa znacznie więcej emocji, niż jest w stanie udźwignąć. Mimo, że kwintesencją miała chyba być Lila – to dla mnie podsumowaniem książki stała się właśnie Franciszka, która żyjąc w normalnej rodzinie pewno wyrosłaby na stabilną, pełną uroku, choć w sumie nieładną dziewczynę, wyszłaby za mąż, miała dzieci. Ale nie żyła w normalnej rodzinie…
Okładka książki myli – nie jest to ani słodki romans, ani melodramat. To dramat wysokiej klasy, który warto przeczytać, choćby dla zobaczenia studium zła, które epatuje, ale – w jakiś dziwny sposób – nie odraża, nie nakazuje odrzucić książki, tylko wciąga, pokazując więcej i więcej.
Rok w Prowansji, Peter Mayle
Jak już wiecie, kocham Francję – Prowansja nie jest tu żadnym wyjątkiem
Dlatego Rok w Prowansji szybko trafił na moją listę.
To książka, która przypomina wiele innych – Jeżdżąc po cytrynach, czy nawet Pod słońcem Toskani (choć Rok jest znacznie lepszy). To opowieść o Angliku, który decyduje się na przeprowadzkę do uroczej Prowansji, w której nieraz bywał na wakacjach. Jednak dopiero mieszkając tam, odkrywa jej tajemnice. Odkrywa podejście Francuzów do czasu, do pracy, wreszcie do ich największej miłości, jaką jest oczywiście kuchnia.
Cała książka jest podzielona na rozdziały – każdy rozdział to jeden miesiąc. W każdym z nich, obok opisów ludzi i kuchni, znajdziemy opis remontu domu Maley’ów, a także ich drobne, codzienne “odkrycia” – wino z własnej piwnicy, oliwa z lokalnych oliwek, pieczywo specjalnie dobierane do potraw. To odkrywanie innego życia, spokojniejszego, pozwalającego na smakowanie i rozkoszowanie się drobnymi przyjemnościami codziennego dnia.
Mimo upływu wielu lat Prowansja wcale się nie zmieniła – nadal można w niej odnaleźć to, co z dużym poczuciem humoru opisywał Mayle.
Rok w Prowansji nie jest książką wysokiej klasy. Ale to bardzo przyjemna opowieść – świetna po ciężkim dniu, dla relaksu po stresie, dla zwykłej przyjemności czytania.
Córka Nomadów, Waris Dirie
Tak się jakoś złożyło, że przeczytałam po sobie dwie książki “afrykańskie”. Drugim zbiegiem okoliczności Córkę Nomadów czytałam niemal idealnie 6 lat (zgadza się miesiąc, nie pamiętam, czy dzień też) po Kwiecie pustyni (pierwszej części opowieści)…
Podczas, gdy Kwiat pustyni był o drodze somalijskiej dziewczynki na szczyty gwiazd (została światowej sławy modelką) i o okrucieństwie obrzezania kobiet w Somalii, to Córka Nomadów jest o tęsknocie – za ojczyzną (choćby źle się tam działo), za rodziną, za znaną kulturą i zwyczajami.
Waris od 20 lat żyje w USA, ale bardzo tęskni, choć kiedyś uciekała, choć wie, że toczą się wojny. Tęsknotę pogłębiają nieporozumienia z mężem, brak akceptacji dla jej postępowania ze strony teściowej. Tu także, podobnie jak w Białej Masajce, widać problemy kulturowe i różnice w zwyczajach, choć Waris stara się dostosować do panujących warunków i niewiele kwestii forsuje. Nie potrafi jednak zrozumieć, dlaczego teściowa burzy się gdy jej dziecko biega nago, lub gdy nosi je tak, jak nauczyła się w Somalii, choć dziecko nie płacze i jest zadowolone.
W końcu, pokonując różne przeszkody, Waris “wraca” (właściwie przyjeżdża w odwiedziny) do swojej rodziny, opisując kolejne dni z pozycji osoby ze środka, która jednak ma poczucie, że zmieniła się, że nie zawsze pasuje do otoczenia.
To bardzo ciepła książka, pokazująca, że mając w miarę zdrowe relacje z rodziną, można znaleźć w bliskich oparcie, że spotkania z nimi dają siłę, a nauczonych w dzieciństwie działań, nie zapomina się. Mniej jest to o obrzezaniu, okaleczaniu, wydawaniu małych dziewczynek za starców. Znacznie więcej jest o miłości, o szczęściu, o poczuciu przynależności. Tak, jakby sama Waris, wracając, widziała znacznie więcej piękna i radości niż w momencie ucieczki.
Córka Nomadów, Waris Dirie
Tytuł oryginalny: Desert Dawn
Gatunek: obyczajowa
Forma: powieść
Język oryginału: angielski
Liczba stron:208
rok wydania: 2002
oprawa: miękka
wydawca: Bertelsmann Media, Grupa Wydawnicza
ISBN:83-7311-816-0
Biała Masajka, Corinne Hofmann
Lubię książki pokazujące inną kulturę, zderzenie, próby zrozumienia, czasem nawet udane. Tym chętniej sięgnęłam po Białą Masajkę.
To historia białej kobiety, Szwajcarki, która przyjeżdża do Kenii na urlop. Tu niemal z miejsca zakochuje – się nie tyle nawet w samym kraju (choć rozpływa się nad nim), co w “pięknym Masaju”. Ma 28 lat i rzuca wszystko, co dotąd miała i co sprawiało jej radość, żeby zamieszkać w Afryce. Całość historii tym ciekawsza, że prawdziwa…
Książkę zaczęłam pełna dobrych chęci i oczekiwań. Kończyłam zmęczona, tylko dlatego, że zastanawiałam się kiedy ta kobieta zmądrzeje? Pamiętacie Bellę ze Zmierzchu? Jej zachwyty nad Edwardem – jaki to piękny i cudowny? Corinne jest Bellą, tyle że 11 lat starszą. I to, co u 17-latki mogę zrozumieć i nawet jeśli mnie irytuje, to nie dziwi, to u 28-letniej kobiety mnie drażni do potęgi. Corinne pisze, że zakochała się – tylko jej “miłość” była raczej pożądaniem, albo marzeniem, bo jak można mówić o miłości do zupełnie obcej osoby, którą zobaczyło się przez chwilę w autobusie i kilka dni później ponownie? Oboje mówią po angielsku bardzo słabo, więc ich porozumiewanie się graniczy niemal z cudem. Mimo to zaślepiona dziewczyna przeprowadza się do Kenii. Nie ma pojęcia o jej kulturze, o panujących zwyczajach, o historii – ogólnie o tym co ją czeka.
Gdyby wykreślić zachwyty nad Lketingą (czyli tym pięknym Masajem), książka zrobiłaby się niewątpliwie chudsza, ale też bardziej sensowna. Bo w tle zawiera całkiem niemałą dawkę opisów o tej Kenii, której turystom nie będzie dane poznać. O stosunkach panujących między ludźmi, o podejściu do życia, współmieszkańców, rodziny. To opowieść o tym, jak bardzo się różnimy i jak ciężko jest zaakceptować te różnice, szczególnie gdy żadna ze stron nie chce ustąpić, bo ich postępowanie jest dla nich naturalne, a obie mają problem z wytłumaczeniem dlaczego dana sprawa jest dla nich ważna.
Corinne napisała później, że w Kenii doświadczyła piekła i nieba. Trudno jednak nie zauważyć, że w niemałym stopniu to piekło zgotowała sobie sama, forsując nierzadko swoje pomysły, zaczerpnięte z dotychczasowego życia, w kulturze, której nie znała i nie chciała zaakceptować. Pomijając chorą zazdrość swego ukochanego, rzadko zastanawiała się, czy zachowując się po europejsku, daje komuś powód do plotek, czy złej oceny. Chciała żyć jak w Szwajcarii, tyle, że w Kenii.
Czy warto przeczytać Białą Masajkę? Nie wiem. Kolejnych części opowieści nie zamierzam poznawać – pierwsza zbyt mnie drażniła. Tym bardziej, że o podobnym temacie można napisać zupełnie inaczej, jak choćby robi to Katherine Scholes…
Biała Masajka, Corinne Hofmann
Tytuł oryginalny:Die weisse Massai
Gatunek: obyczajowa
Forma: powieść
Język oryginału: niemiecki
Liczba stron:301
rok wydania: 2007
oprawa: miękka
wydawca:Świat Książki
ISBN:978-83-247-0979-3
Córka Nastawiacza Kości, Amy Tan
Córka nastawiacza kości była zupełnym przypadkiem. Weszłam do Taniej Książki na Grodzkiej, a ta książka jakoś przykuła moją uwagę. I na szczęście
Akcja książki dzieje się w pewnym sensie równolegle – w Chinach i w USA, w San Francisco. W pewnym sensie, bo w Chinach widzimy przeszłość, a w USA teraźniejszość. To opowieść o trudnej relacji matki i córki – niezrozumienia wynikającego z różnic kulturowych, z nieznajomości historii własnej rodziny, niechęci do dzielenia się uczuciami. Na tej podstawie rosną animozje między dwiema kobietami, które pozornie mogłyby być sobie najbliższe, a są zupełnie obce.
Ruth, Amerykanka chińskiego pochodzenia, wstydzi się za swoją matkę – za jej pomysły, wierzenia, za “czepianie” się innych ludzi, za kiepski język angielski. Frustracje pogłebia nagła choroba matki – Alzheimer. Ale to właśnie choroba sprawia, że sięga po wciąż odkładany pamiętnik matki. I nagle dotąd rozsypane kawałki, pojedyncze wypowiedzi, dziwne zachowania, zaczynają się układać w spójną całość. Powoli Ruth zaczyna dowiadywać się coraz więcej nie tylko o matce, ale także o sobie samej, o własnym dziedzictwie, rodzinie, ale także o swoim charakterze, o lękach, słabościach i sile.
Córka jest fascynującą książką – zarówno poprzez zestawienie różnych kultur, jak i poprzez swój przekaz – dwoje ludzi może się porozumieć, pod warunkiem, że naprawdę tego chce. A to, czego nie rozumiemy, nie od razu jest złe, błędne, czy wstydliwe…
Córka Nastawiacza Kości, Amy Tan
Tytuł oryginalny: The Bonesetter’s Daughter
Gatunek: współczesna, obyczajowa
Forma: powieść
Język oryginału: angielski
Liczba stron: 364
rok wydania: 2002
oprawa: miękka
wydawca: Prószyński i Sp-ka
ISBN: 83-7337-083-8
Gejsza z Gion, Iwasaki Mineko
Jak wiele innych osób, na Gejszę z Gion trafiłam po Wyznaniach Gejszy. Mimo, że Wyznania czytało mi się bardzo dobrze, to jednak Gejsza jest znacznie lepsza. To książka, która pokazuje życie gejszy w jej własnym środowisku, z równoczesnym tłumaczeniem wielu aspektów niezrozumiałych dla człowieka z zachodu.
Mineko Iwasaki zaczęła swoją karierę jako mała dziewczynka. Od początku była bardzo samodzielna, pewna siebie, choć nie zawsze trafiała ze swoimi zachowaniami i wypowiedziami. Przy tak dużej pewności siebie, byłam zaskoczona jej stosunkową nieporadnością i naiwnością momentami. Ale podejrzewam, że to kwestia perspektywy – osoby żyjącej w zupełnie innym świecie, obcującej z innymi zwyczajami i realiami.
Jeszcze 10 lat temu sama postrzegałam gejsze jako lepsze prostytutki. Damy do towarzystwa, wykształcone, ale jednak służące swoim klientom także ciałem. Czytając gejszę wiedziałam już, że wygląda to inaczej, ale mimo to nie zdawałam sobie sprawy z większości aspektów pracy gejszy. Z rodzajów tańca, teatru, z tego jak przygotowują się do spotkania z klientem (robiąc prasówkę z jego osiągnięć, oglądając filmy z jego udziałem, czy czytając fragmenty książek). Nie zdawałam sobie sprawy, że są jak gwiazdy na zachodzie – że klienci są gotowi słono płacić za 20 minut obecności znanej gejszy na przyjęciu. Podobnie jak byłam zaskoczona, że gejsze są czasem wynajmowane również na kobiece przyjęcia.
Gejsza z Gion to książka niezwykła pod wieloma względami – ale chyba jej największym atutem (poza opisem zwyczajów japońskich i arkan zawodu gejszy) jest zdystansowane podejście do siebie samej Iwasaki. Mimo, że ma świadomość, że jest jedną z najbardziej znanych gejsz i schlebia jej to, to widzi także wiele błędów, jakie popełniała w młodości i z humorem opisuje swoje wpadki, nie kryjąc ich. Dzięki temu całość jest barwna i czyta się właściwie sama
Gejsza z Gion, Iwasaki Mineko
Tytuł oryginalny: Geisha of Gion. The Memoir of Mineko Iwasaki
Gatunek: autobiografia/pamiętnik
Forma: powieść
Język oryginału: angielski
Liczba stron: 320
rok wydania: 2006
oprawa: miękka
wydawca: Albatros, seriaLiterka
ISBN: 83-7359-380-2
Jeżdżąc po cytrynach, Chris Steward
Uwielbiam takie książki – nieważne, czy opisują uroki mojej ukochanej Francji, Włoch, czy Hiszpanii, mająw sobie nieodparty urok – ciepło, jakiś spokój ducha, a równocześnie optymizm i uśmiech. Wypatrzywszy Jeżdżąc po cytrynach na Kolejkowie, nie mogłam sobie odmówić (mysio – bardzo dziękuję za udostępnienie)
Jeżdżąc po cytrynach to opowieść o wyborze swojego miejsca na ziemi. Nie o przypadku – los mnie tu rzucił, to tu jestem, tylko o wyborze. Nie do końca przemyślanym może, bo Chris przyjechał do Andaluzji “rozejrzeć się”, a jakoś tak od razu kupił farmę, ale za to o wyborze wypływającym z intuicji człowieka, który pragnie spokojnego życia, wśród ludzi akceptujących prawa natury.
Zaczęłam tę książkę czytać rano, w autobusie. Towarzyszyła mi do końca dnia, kiedy to niemal ją skończyłam
Opisy dojrzałych pomarańczy, cytryn, winogron, sprawiły, że zamarzyła mi się znów taka chatka, z której tarasu mogłabym sięgać po te owoce prosto z krzewu (tylko do fig nie mogę się przekonać po przeczytaniu pewnej książki)… Zatęskniłam do południa Francji, gdzie życie biegnie wolniej, choć nie zawsze dla mnie “normalnie”.
Całość opowieści snuta jest powoli, bez wielkich zwrotów akcji, z pełną świadomością otoczenia. Równocześnie jednak nie jest to opowieść człowieka, który całkowicie poddaje się temu, co przynosi mu los. Wraz z przyjaciółmi stara się zmienić te części życia, które może – dom, doprowadzenie wody, czy też zbudowanie mostku na rzece. Nie szarpie się jednak i nie usiłuje zmienić otoczenia, ani siebie samego w nim – jeśli czegoś nie da się zmienić, stara się to zaakceptować. Warto też zwrócić uwagę, że Steward nie koloryzuje – świniobicie może przyprawić delikatniejszych czytelników o odruch zwrotny, podobnie jak wizja skorpionów w łóżku (i innych insektów we wcale niemałej ilości). Nie pokazuje Andaluzji jako krainy idealnej – raczej tylko dobrej, ale wystarczająco dobrej.
To świetna książka na zwykły dzień – delikatne poczucie humoru wywołuje uśmiech, całość daje jakiś promień radości, z jakiegoś, nie do końca nazwanego powodu, zachwyca i bawi. Może to dzięki temu, że w każdym słowie widać, że autor czuje, że to miejsce, w którym jest, to jego miejsce na ziemi?
Dodatkową zaletą książki są zdjęcia – każdy rozdział zaczyna się od prawdziwych zdjęć ze zbiorów Chrisa Stewarda, podejrzewam, że dopasowywanych do treści przez niego samego, co nadaje całości jeszcze bardziej osobistego rysu.
Jeżdżąc po cytrynach, Chris Steward
Tytuł oryginalny: Driving over Lemons
Gatunek: autobiografia/pamiętnik
Forma: powieść
Język oryginału: angielski
Liczba stron: 260
rok wydania: 2008
oprawa: miękka
wydawca: AA Wydawnictwo
ISBN: 978-83-89368-94-2
Królowa deszczu, Katherine Scholes
To jedna z piękniejszych książek, jakie ostatnio przeczytałam.
Królowa deszczu to opowieść o Afryce, miłości, dojrzewaniu, dorastaniu. I pięknie, które przyciąga jak magnes, które fascynuje, nawet gdy go nie rozumiemy.
W każdym zdaniu Scholes widać jej miłość do Afryki, widać, że ją zna i że tam właśnie jest szczęśliwa… Widać także, że stara się ona realizować to, co pochwala w swojej książce – sięganie do różnych kultur po to, co w nich najlepsze. Łączenie ich tam, gdzie warto i rozdzielanie, tam, gdzie są zbyt odległe.
Główna bohaterka to Annah – gdzieś w głębi rozpuszczona, bogata dziewczyna, którą zafascynowała Afryka wyłaniająca się z listów jej ciotki. Postanawia zostać misjonarką i służyć tam, gdzie kiedyś pracowała jej ciotka. Ale los nie ułatwia jej tego, rzucając ją w coraz to inne miejsca i wciąż zabierając to, co kocha.
“Królowa deszczu” to książka napisana z pasji i miłości. Książka, którą czyta się niemal jednym tchem, która odłożona na półkę, woła i przyciąga, nie pozwala o sobie zapomnieć. I żałowałam, że to już koniec, gdy między palcami zostawały mi ostatnie kartki.
Żałuję, że nie mam jej na półce, a z księgarń dawno zniknęła. Ale może upoluję na Allegro, by kiedyś znów wrócić…
Bogowie, groby i uczeni; C.W. Ceram
Moje pierwsze spotkanie z tą książką było… dawno. Miałam wówczas chyba 9, może 10 lat i wygrzebałam tę książkę na półce rodziców. Mam zepsuty skaner, dlatego pozwolę sobie wstawić zdjęcie okładki mojego wydania wygrzebanej w antykwariacie Atticus.

- Bogowie, groby i uczeni
To pierwsze spotkanie wspominam niemal magicznie. Siedziałam godzinami zwinięta na fotelu, w dużym pokoju i czytałam, czytałam, czytałam… Z wypiekami na twarzy, z wyobraźnią pracującą niemal z szybkością filmu akcji w kinie, chłonęłam opisy i wizje.
Dziś nie było już takiej magii, ale to nadal książka, którą rewelacyjnie się czyta – raczej jak powieść sensacyjną niż jak poważne wydanie historyczne (nie ujmując niczego tej książce – po prostu jest świetna).
Całość podzielona jest na cztery części, które rysują przed nami starożytność Grecji, Rzymu, Egiptu, Sumerów, Babilonii, Azteków, Majów i wielu innych ludów.
Prastare pisma, języki, technika, której nie powstydziliby się ich potomkowie wiele tysięcy lat później. A pomiędzy tym – archeolodzy. Zwykli, czasem znani z nazwiska (np.Schliemann), czasem bezimienni, ale zawsze działający z pasją. Przy skromnych możliwościach, jakie mieli odkrywający kolejne budowle, rysunki i zapisy, analizujący języki i szukający wskazówek bardziej jak detektywi niż jak naukowcy.
Plusem tej książki jest jej niewątpliwa plastyczność – wybuch Wezuwiusza, który zniszczył Pompeje i Herculaneum daje poczuć strach ludzi, zapach siarki, bezsilność… Już po tym opisie nie da się książki odłożyć na półkę. A dalej jest już tylko lepiej.
Po Cerama warto sięgnąć wówczas, gdy macie więcej czasu – inaczej zarwiecie noc
Bogowie, Groby i uczeni, C.W. Ceram
Tytuł oryginalny: Goetter, Graeber und Gelehrte
Gatunek: literatura popularnonaukowa
Forma: zbiór esejów
Język oryginału:niemiecki
Liczba stron: 469/467
rok wydania: 1974/2002
oprawa: miękka
wydawca: PIW
ISBN: 83-06-02398-6
-
Archiwa
- Kwiecień 2012 (2)
- Marzec 2012 (3)
- Luty 2012 (6)
- Styczeń 2012 (4)
- Styczeń 2010 (4)
- Listopad 2009 (5)
- Październik 2009 (2)
- Sierpień 2009 (6)
- Lipiec 2009 (4)
- Czerwiec 2009 (1)
- Maj 2009 (6)
- Kwiecień 2009 (1)
-
Kategorie
-
RSS
Wpisy RSS
Komentarze RSS



