Mroczne umysły. Nigdy nie gasną – Aleksandra Bracken

Wracam (znów :)).

mroczne umysły nigdyniegasna

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na Mroczne umysły trafiłam widząc zachwyty nad tą książką na większości for, gdzie była tematyka powieści „w typie Igrzysk”, czyli fantastyka YA. I przyznam, że mam zagwozdkę. Książka w założeniu ma w sobie „coś” – świat nie do końca postapokaliptyczny, bo tak naprawdę ta tragedia właśnie trwa – choroba, która dotyka najczęściej 10-latki… Zmieniając ich mózg. Część umiera, a ci, którzy mają szczęście i przeżywają, otrzymują moce. Chciałoby się powiedzieć – szczęściarze przez duże S. I tu chwała Autorce, bo odwraca całość rozumowania – te moce są tragedią. Dzieci stają się mutantami – nie mają pojęcia dlaczego ich to spotkało, większość trafia do obozów, które są komunikowane jako „rehabilitacyjne”, a w praktyce są więzieniami. Część można nazwać nawet obozami koncentracyjnymi – nastolatki (od 10 lat, a czasem i młodsze) zmuszane są do pracy ponad ich siły, karmione są kiepsko, nieleczone, śpią w barakach, często nieogrzewanych, a ciepła woda to luksus, o którym nie marzą nawet. Za karę (np. za wyimaginowaną niedokładność w pracy, albo bunt przeciw molestowani) są przywiązywane do słupa i tak zostawiane na dzień lub dwa (nieważne na mrozie, czyli kilkudziesięciostopniowym upale), albo bite do nieprzytomności.

Oczywiście nietrudno domyślić się przyczyny – strach. Dzieci (pokolenie PSI) stały się mutantami, które np. potrafią władać ogniem (Czerwoni), manipulować umysłami (Pomarańczowi), czy sterować elektrycznością (Żółci) .

Plusami książki (oprócz podejścia) są na pewno różne postaci. I nie mam wcale na myśli tylko tych głównych, ale przede wszystkim te poboczne – dzięki nim dowiadujemy się, że podejście „jestem potworem” nie jest wcale jednorodne, że są dzieciaki, które są dumne ze swoich mocy, które nie boją się ich używać, ale też niemało jest takich (szczególnie wśród Czerwonych oraz Pomarańczowych), które krzywdzą wszystkich wokół zarówno po to, by się uwolnić, ale też dla zabawy.
Co ciekawe – to postacie drugoplanowe (lub nie do końca pierwszoplanowe;)) są znacznie ciekawsze niż główna bohaterka. Liam – aż za dobry, szczery i otwarty, na szczęście całkiem nieźle zrównoważony przez Charlesa (Pulpeta), który z kolei jest burkliwy, zamknięty w sobie i bardzo nieufny. Do tego Uciekinier – postać zbudowana niemal do bólu wedle bardzo określonego schematu, a mimo to zaskakująco akceptowalna (z reguły taka schematyczność wkurza – tu się jakimś cudem, na tle innych postaci, broni).
Plusem jest też konsekwencja opisów – jeśli któreś dziecko „usmaży” elektrykę, to nie okazuje się, że jeden jedyny generator, który jest im potrzebny – ocalał. Jest tylko jeden szkopuł w całości, niewyjaśniony do końca, ale nie zdradzę, bo musiałabym zbyt wiele odkryć, a nie jest tak problemowy, by podważać resztę – to raczej brak jakiegoś zdania.

A teraz minusy… Minusem jest niestety sama Ruby, czyli główna bohaterka.
Można ją polubić, można zrozumieć jej zachowanie, poznając historię, ale nie zmienia to faktu, że po początkowym współczuciu, w pewnym momencie zaczyna wkurzać. Druga część tylko to wzmacnia, niestety. Ma 16 lat i oczywiste jest, że na pewnym etapie wiele rzeczy ją przerasta. Ale po kilku miesiącach powinno przestać, ale to się nie dzieje. I tu jest najpoważniejsza niekonsekwencja – bo Ruby staje się heroiną wcale nią nie będąc. I gdyby to był przypadek (miłość, poczucie odpowiedzialności, itp.), to byłoby to jasne. Ale ona akceptuje tę rolę, ale w nią nie wchodzi. Na dodatek nie uczy się na własnych błędach (nie mówiąc o czyichś).
Minusem jest też początek Mrocznych umysłów, przez który się brnie. Rozumiem, że myśli Ruby (mamy niezwykle modną obecnie w tym gatunku narrację bohaterki) są właśnie takie – jakieś jakby poszarpane, ciężkie, ale przyznaję, że nie ułatwia to czytania i wejścia w środek. Potem się poprawia i całość zaczyna się czytać znacznie lepiej.

Wspomniana druga część „Nigdy nie gasną” (czy ktoś może mi wyjaśnić o co chodzi z tym tytułem???) jest słabsza od pierwszej. Znów ciągną ją drugoplanowe postacie (szczególnie genialny Judy), ale całość rozeszła się pod palcami Autorki chyba. Liam… Jakoś dziwnie się zmienia, przestaje być odpowiedzialnym, otwartym facetem, za to wciąż myśli o tym jak on ją kocha i ojej, jakie to dziwne (uzasadnienie, ale staje się taki rozmamłany), Pulpet przeszedł też przemianę niesamowitą wręcz i znów – brakuje zupełnie jego dystansu, nieufności – tego, na czym opierała się postać. Chyba najwięcej z I tomu zostało w Uciekinierze – został nadal tym samym przekonanym o własnej wartości i realizującym własny projekt, niezależnie od wszystkich innych ludzi.
Końcówka przywiodła mi na myśl końcówkę Zbuntowanej – II tomu Niezgodnej. I aż się boję sięgnąć po kontynuację „Mrocznych umysłów”, aby nie okazały się być kolejną Wierną – rozsypaną, oderwaną od postaci i poniekąd rzeczywistości…

Czy warto sięgnąć po Mroczne? Tak, choćby ze względu na inny świat i inne spojrzenie na bohaterów i rzeczywistość. Ale nie jest to trylogia, która porywa, która sprawia, że nie sposób się oderwać, że kradnie się dla niej każdą chwilę.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s