Córka zjadaczki grzechów, Melinda Salisbury

Nie do końca wiem, czego spodziewałam się po tej książce. Ciekawa okładka, wiele sugerujący opis przykuwały uwagę. Ale chyba jednak moja wyobraźnia podsunęła mi coś całkiem innego…

corkaZałożenie jest ciekawe. Społeczeństwo rządzone przez królową, której posunięć nie powstydziłaby się ta ze Śnieżki. Lordowie i dwórki mają myśleć jak ona lub giną, np. rozszarpywani przez psy. A ukaraną można być za rozmowę podczas śpiewu w trakcie uczty, za zbyt samodzielne zdanie, dopuszczenie do tego, by w królewskim ogrodzie pojawiły się dmuchawce, a nawet za… zajście w ciążę (królowa miała dwójkę dzieci, ale po stracie córki nie może zajść w kolejną). Państwo jest małe, a szalona (szybko dojdziecie do takiego wniosku) i okrutna królowa marzy o  powrocie Złotego Wieku, jaki jej królestwu wiele lat temu zapewnili jej dziadkowie.

Kolejny aspekt to wiara w wielu bogów i w materializację córki Pani Śmierci i Pana Życia. Stąd mamy główną bohaterkę, Daunen Wcieloną (czyli tę właśnie córkę – niezwykle tajemniczą, bo nawet legendy i podania niewiele o niej mówią). Tak naprawdę nie jest to jej prawdziwne imię (to realne to Twylla), ale jako uosobienie bogini w ten sposób jest nazywana. Straszne uosobienie,  bo jej dotyk rozdaje śmierć – szybką, ale nie bezbolesną.  17-letnia dziewczyna w ciągu kilku miesięcy z naiwnej nastolatki stała się katem,  który zabija gołymi rękami, poprzez lekki dotyk dłonią. Dokładnie – każdy kontakt z jej skórą przynosi śmierć w cìągu minuty. Odporni są tylko wybrani przez bogów, czyli król, królowa i ich syn, którego zaręczono z Daunen. Strach i wyrzuty sumienia towarzyszą jej na codzień i choć wie, że służy krajowi i królowej, trudno jej godzić się z samotnością, brakiem dotyku ludzi i zabijaniem.

Nie mam pojęcia po co w tym wszystkim tytułowa zjadaczka grzechów. Owszem, pobieżnie jest opisany rytuał pogrzebowy, na którym zjadaczka zasiada do uczty, a każdy pokarm symbolizuje grzechy zmarłego, aby je odkupić. Ale… poza wspomnieniem, że córka była przeznaczona, by iść w ślady matki (od dzieciństwa towarzyszyła jej w ceremonii, obserwując całość, by kiedyś przejąć tę zawód, a może raczej misję, która ociera się niemal o kapłaństwo) i że ciężko jej tknąć niektórych potraw, bo wie, że np. symbolizują grzech zdrady, nie ma to żadnego znaczenia, niczego nie wnosi. Czekałam nawet, że może będzie to jakoś powiązane z młodszą siostrą Twylli, (która musiała przejąć jej rolę spadkobiercy misji, gdy siostra odeszła do zamku), ale to także nie nastąpiło.

Całość jest – niestety – dość nudna. Piękna uciśniona nastolatka, szarpana wyrzutami sumienia (nie tylko ze względu na popełniane morderstwa, ale także względem swoich marzeń – chciała odejść z domu, chciała mieszkać w zamku, chciała stać się królową, ale nigdy nie przyszło jej do głowy, że będzie to wyglądać w taki sposób), zła królowa, która w imię dobra kraju i czystości krwi jest skłonna zrobić i poświęcić wszystko, wreszcie jej syn, który powoli przegląda na oczy. Problem w tym, że poza zabijaniem samym dotykiem – to wszystko już znamy, a autorce nie udało się wnieść nic nowego. Bohaterka jest skupiona na sobie do tego stopnia, że nawet dwa lata życia na pełnym intryg i niebezpieczeństw dworze, kompletnie niczego jej nie nauczyły. Intrygi zauważa czasem po kilku dniach, czasem po wielu tygodniach. Wie, że wszyscy się jej boją, że nie powinna nikomu ufać, a mimo to, gdy tylko pojawia się ktoś, kto obdarza ją uśmiechem, niemal wpada mu w ramiona (ok, rozumiem, że ma 17 lat, ale bez przesady – skoro nikomu nie ufam, to nikomu). Generalnie jest postacią, która myśli albo o sobie (o ja biedna, moja matka/inna zjadaczka będzie musiała zjeść wiele wron, bo jestem morderczynią, książę, który ma zostać moim mężem, nie zwraca na mnie uwagi, o, ja biedna, każą mi jeździć na polowania, itd.), albo zachowuje się kompletnie nieracjonalnie (ojej, królowa każe zabijać wszystkich, którzy jej nie słuchają, mnie wolno poruszać się tylko na linii zamek-wieża-świątynia, ale co tam – nowy strażnik, o którym nic nie wiem, wyciąga mnie gdzieś indziej, to idę – jak cielątko na rzeź).

Co więcej – kolejne legendy, które się pojawiają, są interpretacją znanych podań i baśni dla dzieci, brakuje czegoś nowego, co przynajmniej nie będzie tak powszechnie znane… Wciąż miałam wrażenie, że gdzieś tlił się jakiś nowy pomysł (stąd zjadaczka), ale został unicestwiony, albo nie pasował do reszty. Skutkiem tego powstała kolejna schematyczna bajka, która co prawda na samym końcu ma pewien, lekko zaskakujący zwrot, ale to za mało.

Samo zakończenie otwiera możliwość napisania kolejnego tomu. Acz ja na pewno go sobie daruję…

PS Właśnie na Goodreads znalazłam, że nie  kolejny, ale aż dwa kolejne. Kolejna trylogia…

PS2 Nie do końca zaplanowanie, ale Córka wpisała mi się idealnie w czerwcowe wyzwanie u Ejotka 🙂

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s