Dziewczyna z pociągu, Paula Hawkins

Rewelacyjny debiut bijący rekordy, zachwycony King, czytelnicy nie mogą jej odłożyć! Uwierzyłam – pracując lata w PR, na styku marketingu, dałam się nabrać jak dziecko…

dziewczyna_z_pociaguGdy „Dziewczyna z pociągu” pojawiła mi się w Legimi, od razu ściągnęłam ją na „półkę”. I jak tylko skończyłam dwie inne książki – sięgnęłam po nią, pełna oczekiwań. Pierwsze strony to zarys postaci Rachel, kobiety, która codziennie jeździ podmiejskim pociągiem do Londynu. Koło małego osiedla domków jest semafor, przed którym pociąg często staje. Wtedy Rachel obserwuje pewną parę. Nie wie kim są, więc nadaje im imiona Jess i Jason i jest przekonana, że są bardzo szczęśliwi. Fantazjuje na ich temat, rozpatrując równocześnie swoje, bardzo nieszczęśliwe, nieudane życie, zapijając wszystko alkoholem. Potem odkrywamy, że Rachel mieszkała obok, ale niemożność zajścia w ciążę doprowadziła ją do alkoholizmu i rozpadu małżeństwa. Dziś jest wrakiem człowieka, nie umie poradzić sobie ze sobą, swoim życiem, z niczym.

I wtedy widzi nagle, że kobieta z jej wymarzonej pary zdradza swojego partnera, rozbijając jej wizję… A w kolejnych dniach wszystko się rozpada. I nie chce się skleić w żaden sposób.

Na tym etapie książka już dawno powinna pędzić, nie dając się odłożyć. Tymczasem zamiast zainteresowania, czułam tylko żal (rozumiałam tragedię Rachel) i bez problemu odkładałam książkę. Nie czułam potrzeby zarywania dla niej nocy, a raczej ze zdziwieniem spostrzegałam na liczniku, że jeszcze TYLE mi zostało.

To książka pisana dość prostym językiem, nie ma w niej aluzji, nie ma zgadywanek. OK, pewnie za szybko nie wpadniecie na to kto zabił, aczkolwiek jeśli się skupicie, to kryminalista znajdzie się w gronie podejrzanych. A podczas rozwiązania będziecie mieć silne poczucie deja vu – gwarantuję, że już to widzieliście, albo czytaliście.

Największym zaskoczeniem dla mnie była historia Megan – to jedna z kwestii, na które nie wpadłam i które mnie zaskoczyły, nie są jeszcze sprane. Ale już Scott, Tom, a nawet Anna nie uciekają z szablonów znanych z wielu innych thrillerów. Natomiast ciekawym pomysłem jest Rachel. Mimo, że powinna być nam obrzydliwa (pije w pociągu, nie wie co się z nią dzieje, zdarzyło się jej zwymiotować na korytarzu domu przyjaciółki, która ją przygarnęła po rozwodzie, itd), ale nie jest. Jest nam jej żal – to na pewno. Ale chyba kwestia spoglądania na Rachel jej własnymi oczami sprawia, że jakoś łatwo usprawiedliwiamy kolejny kieliszek wina, kolejne whisky…

Z przykrością stwierdzam, że generalnie do połowa książka po prostu nuży. Mimo to wciąż próbowałam przejść dalej, licząc, że w końcu odnajdę tę magię i zachwyt. Rzeczywiście gdzieś od połowy całość rusza do przodu, acz nie jest to błyskawica, nie czyta się z zapartym tchem. Ale przestałam odliczać strony do końca. Czy warto?… Niestety, nie – jest zbyt wiele naprawdę świetnych thrillerów, które sprawiają, że w chwilach wymuszonych przerw, szukamy w głowie rozwiązania. Thrillerów, które wprawiają nas w drżenie, wzbudzają ciekawość, albo nie dają zasnąć. „Dziewczyna z pociągu” jednak do nich nie należy.

I załapałam się (chyba po raz pierwszy tak szybko) do Ejotkowego wyzwania pod hasłem – Debiut 🙂

Reklamy

W sieci umysłów, James Dashner

„W sieci umysłów” to pierwsza część kolejnej trylogii Jamesa Dashnera (Doktryna śmiertelności). Postawiłam tej książce wysoką poprzeczkę – podobał mi się „Więzień labiryntu” i oczekiwałam czegoś na podobnym poziomie, czegoś w miarę nowego, świata, który nie został opisany jeszcze w 20 innych książkach.

w-sieci-umyslowI, niestety, chyba ta poprzeczka powędrowała zbyt wysoko. Książkę czyta się nieźle, to prawda, napisana jest dość sprawnie, nie nudzi. Z jednej strony wierzymy, że główny bohater powinien przeżyć (wszak to początek trylogii), z drugiej – było kilka momentów, w których zastanawiałam się, czy na pewno w następnej książce nie dostaniemy nowej grupy dzieciaków… Ale równocześnie mam problem ze stworzonym światem. Wynika on z tego, że niemal nic o nim nie wiem o wykreowanej rzeczywistości. Informacje, jakie dostaje czytelnik ograniczają się do takich wiadomości jak:
– gry video stały się niezwykle popularne (acz w dużej mierze grają w nie młodzi, czyli pod tym względem niewiele się zmieniło),
– weszły na znacznie wyższy poziom – gra się leżąc w czymś w rodzaju trumny, z przypiętymi rurkami, które z jednej strony dbają, by wszystko, co dzieje się w grze, było realnie odczuwalne (ból, przyjemność), ale i dostarczają składników odżywczych,
– jedna z najpopularniejszych gier – VirtNet – ma wiele poziomów, a pewnego rodzaju świętym graalem jest Głębia życia, do której dostać się jest bardzo ciężko (gracze muszą najpierw zebrać wiele punktów i wykazać się wysokiej klasy umiejętnościami, także w zakresach społecznych),
– gracze mogą hackować grę po prostu myślami wchodząc w kod i zmieniając go (wiemy tylko, że do tego siadają i zamykają oczy i… po prostu zmieniają kod).

I na dobrą sprawę to wszystko. Michael, główny bohater, chodzi do szkoły i nawet chyba ją lubi, choć nie ma tam żadnych przyjaciół i nawet przez 2 strony nie dowiadujemy się o szkole nic, kompletnie. Poznajemy jego dwóch przyjaciół, których nawet on sam zna tylko w grze. Ale o nich także nie wiemy za wiele, poza tym, że prawdopodobnie mają ok. 16 lat i są niezłymi programistami… (Standardowo, jak chyba w niemal każdej YA ostatnich lat jest trójka nastolatków, dwóch chłopców i dziewczyna; natomiast podobnie jak w Więźniu – w pierwszej części wątek romansowy jest tak słabiutki, że możemy przyjąć, że go nie ma).

„W sieci umysłów” ze zwykłej gry szybko staje się misją śledczo-wojenną. W VirtNecie zaczął rządzić gracz o imieniu Kaine (myślę, że skojarzenie z biblijnym bratem jest zamierzone), który więzi i niszczy innych graczy. Co więcej – niszczy ich nie tylko w grze, ale także w realnej rzeczywistości, co dotąd nigdy nie miało miejsca i wydawało się niemożliwe… Zadaniem nastolatków jest znalezienie drogi do kryjówki Kaine’a, co nie jest ani łatwe, ani bezpieczne. Na dodatek dość szybko dowiadują się, że mogą zginąć zarówno w grze, jak i w realu…

W trakcie czytania książki stawiałam sobie pytanie dlaczego instytucja zarządzająca grą zleca tak niebezpieczne zadanie nastolatkom? (plus dla Dashnera – bohaterowie też stawiają sobie to pytanie) Dlaczego mogą ich śledzić, ale nie zamierzają ingerować do samego końca? Dlaczego – mając władzę nad kodem – nie mogą sami sobie poradzić? I kiedy Dashner czytał/oglądał ostatnio Igrzyska? 😉 (Zimowa arena, a potem arena w formie zegara sprawiły, że nie mogłam sobie odmówić tego pytania ;))

Na pewno wiem jedno – warto dotrwać do zakończenia. Wreszcie poczułam się jak podczas czytania „Prób ognia”, gdzie co kilkadziesiąt stron miałam opad szczęki przez zwroty akcji. Po drodze rozpatrywałam co najmniej kilka rozwiązań, ale to ostateczne mnie zaskoczyło. I przyznaję – odpowiedziało na kilka pytań, które pojawiły mi się w trakcie książki, ale na pewno nie na wszystkie. Natomiast zakończenie sprawia, że wpisuję sobie następną część na listę, wierząc mocno, że to powrót do formy Dashnera 🙂

Łza, Lauren Kate

Łza jest moim pierwszym spotkaniem z Lauren Kate. I nie ukrywam, że nie wiem, czy nie ostatnim.

lzaMożliwe, że miałam zbyt duże oczekiwania wobec tej książki. Słyszałam o niej wiele dobrego i oczekiwałam kawałka dobrej literatury YA. Nie wybitnej, ale dobrej. A dostałam… No właśnie – dostałam powolną opowieść o dziewczynie w niemałym stopniu skupionej na sobie, nie do końca logicznej, nie do końca ogarniętej. Z jednej strony trudno tego nie zrozumieć – w końcu niedawno straciła matkę i wciąż nie może się pozbierać (mam wątpliwości czy chce, choć nisamowicie kocha rodzeństwo). Po pewnym czasie dostaje spadek i znów obserwujemy jakby dwie nastolatki – jedna zapamiętale próbuje rozszyfrować księgę, druga zajmuje się medalionem – czyli nosi go, ale nawet nie próbuje naprawić i otworzyć.

Generalnie całość życia Eureki jest stosunkowo niespójna. Ukochana matka, która była cudem w życiu dziewczynki, była równocześnie osobą, która zabroniła jej płakać, a za uronioną łzę – policzkowała dziecko. Jakoś kłóci mi się to mocno ze sobą. Niby córkę chroniła, ale nigdy nie opowiedziała jej o noszonym dziedzictwie, czym wprost naraziła ją na śmierć. I nie tylko ją…

W moim odczuciu to niestety kolejna książka ze zmarnowanym potencjałem. Pomysł na Córkę Łez, która może kiedyś wydostać na powierzchnię Atlantydę, był naprawdę ciekawy. Jednak jego rozwinięcie wygląda tak, jakby przerósł samą Autorkę. Najmocniejszym punktem jest chyba Prolog, acz  jest równocześnie jednym z większych spoilerów tej książki. Myślę, że otulenie tajemnicą śmierci matki Eureki, pokazanie Tragarzy Ziarna znacznie później, pozwoliłoby na snucie domysłów, na szukanie kto i dlaczego. Niestety – zamiast domysłów to akurat dostaliśmy na tacy…

Oczywiście standardowo w obecnej fali YA obok nastoletniej Eureki mamy dwóch chłopców – Andera i Brooksa. Ten pierwszy jest nowy w jej życiu, niezwykle tajemniczy, ten drugi – to przyjaciel od lat (to w sumie też znany schemat). Niemal można byłoby zakładać się w jaką stronę całość się potoczy i praktycznie tak się dzieje. Co prawda Brooks szykuje pewną niespodziankę, ale w Łzie mimo wszystko niewiele się o tym dowiadujemy. Podobnie jak i o mocach siostry Eureki, które są mocno zasygnalizowane, ale nie wyjaśnione.

Podejrzewam, że gdyby Łza wpadła mi w ręce 20 lat i 25 książek YA temu, mogłabym ją ocenić wyżej. Ale dziś… Szczerze – jest wiele lepszych, a sama ciekawa koncepcja to dla mnie już za mało 😦

Starter, Lissa Price

StarterStarter Lissy Price od kilku dni reklamował mi się na Facebooku. Bardzo futurystyczna srebrzysto-biała okładka z białą dziewczyną o niezwykle intensywnie niebieskich oczach (potem dopiero zobaczyłam, że jedno oko jest niebieskie, a drugie brązowe, ale to dopiero później). I ta reklama, jakich nie brak – „pokochają ją fani Igrzysk Śmierci” (muszę chyba zrobić podsumowanie wszystkich książek promowanych w ten sposób). Okładka kusiła i Starter trafił na moją listę, a kilka dni temu pojawił się na Legimi i sięgnęłam 🙂

To kolejna postapokaliptyczna książka dla młodzieży (YA). Wojna bakteriologiczna wyniszczyła Stany bardzo mocno. Ponieważ z badań wynikało, że najmniej odporne na rozsiewane zarazki są dzieci i nastolatki oraz osoby starsze, te pokolenia zaszczepiono. Skutkiem tego oni przeżyli, a a wszyscy pomiędzy 20, a 60 rokiem życia – zmarli. Mamy w ten sposób świat starców (ludzie dożywają bardzo sędziwego wieku, nawet 120-150, a nawet 200 lat) i grupę młodych. Biorąc pod uwagę rozpiętość wiekową seniorów, łatwo się domyślić, że zdominowali oni świat zupełnie, a obawiając się, że młodzi odbiorą im pracę, pozbawili ich wszelkich praw. Osoby poniżej 19 roku życia – jeśli nie mają dziadków – są banitami. Wyjęci spod prawa nie mają najczęściej gdzie mieszkać (zajmują kolejne pustostany), żywią się resztkami z kubłów (bo nie mają pieniędzy), nie mają nawet za bardzo prawa do leczenia. Są jakby gatunkiem podludzi. Co prawda państwo zapewnia im opiekę w specjalnych ośrodkach, ale ich sława szybko sprawia, że dzieciaki robią wszystko, by tam nie trafić. Bo ośrodki to zamknięte zakłady, w których istnieje przymus ciężkiej darmowej pracy za odrobinę kiepskiego jedzenia. Niewielu dożywa 19 lat, by wyjść na wolność…

Dzieckiem bez domu jest też 16-letnia (ten wiek ma w sobie jakąś magię, prawie każdy autor postapokaliptycznych powieści daje swoim bohaterom 16 lat, z czego większość to biedne dziewczyny…). Wojna zabrała jej wszystko – dom, rodziców, normalne życie. Teraz próbuje na powierzchni utrzymać siebie i swojego młodszego chorego brata. W tej sytuacji wszystko wydaje się beznadziejne do momentu, gdy współspacz mówi jej o Prime Destinations, o… banku ciał. Seniorzy (Endersi) żyją długo, często ich umysły są sprawne, ale ciała już nie pozwalają im na większą aktywność. Technologia pozwoliła na proceder, który już sam w sobie jest nieetyczny – na wypożyczanie im ciał młodych, nastolatków. Za sumę, jaką Callie dostała w kontrakcie będzie mogła utrzymać bez problemu siebie i brata przez wiele miesięcy, może lat. A po negocjacjach – nawet będzie mogła kupić dom… Miały jej to zapewnić trzy wypożyczenia ciała. Pierwsze dwa przebiegły bez problemu, choć po drugim na jej ciele pojawiła się rana. Ale trzecie, miesięczne, okazało się być znacznie bardziej skomplikowane.

Startera czyta się bardzo szybko (400 stron mignęło mi w 1 dzień) i od pewnego momentu jest prawie przewidywalna. Prawie, bo nagle, gdy pozornie wszystko jest rozwiązane, Autorka wprowadziła zwrot, na który nie wpadłam. Rozważałam kilka opcji, ale nie tę 😉 (to oczywiście na plus). Callie, o której wiemy najwięcej, jest zwykłą dziewczyną, którą da się lubić. Jest moim zdaniem mniej wyrazista od Katniss z Igrzysk, Tris z Niezgodnej, czy June z Legendy. Tamte miały od początku rys bohaterek, Callie ma tylko determinację zarobienia pieniędzy i decyduje się na taki zarobek, jaki jest w jej zasięgu. Nie ma możliwości przewidzieć w jaką stronę popchnie ją ta decyzja. A później – musi ratować życie swoje i brata. Brak mi trochę mocniejszych rysów pozostałych bohaterów – są różni, co bardzo mnie cieszy, bo wiele książek skupia się w tym wypadku na schemacie ona jedna, ich dwóch, a reszta to tło bez znaczenia. Tu postaci jest więcej, bo oprócz Michaela (który właściwie nie do końca jest nawet w trójkącie – niby jest, ale nie do końca) i Blake’a (który w praktyce też nie zaistniał w związku) są także m.in. Helen i Lauren (szczególnie chętnie dowiedziałabym się o Helen, czyli renterce Callie), pracownicy PD, inni renterzy, dzieciaki i są one naprawdę zróżnicowane. Czytając dialogi można wyłapać pewne zmiany w sposobach mówienia, opisane są także przyzwyczajenia niektórych osób, co wpływa na dynamikę całości.

Nie zgodzę się z porównaniem do Igrzysk – to kompletnie inna książka. Natomiast nasunęło mi się porównanie z dwiema innymi – Intruzem (zajmowanie ciał) i Betą (klonowanie osób, które zmarły, choć ostatecznie okazuje się, że sytuacja jest troszkę bardziej zaskakująca). I chyba wielbicielom Bety podsunęłabym jako pierwszym Startera – zbliżona atmosfera, choć koncept trochę inny.

Czy przeczytam Enderów? Myślę, że tak – mimo, że nie jest to seria, która powala na kolana i na pewno nie jest to fanastyka na bardzo wysokim poziomie, to dobrze się ją czyta i jestem ciekawa co wymyślił Stary Człowiek, a także jak daleko będzie musiała się posunąć Callie, żeby uratować siebie, Michaela, Trevora, a może nawet Blake’a.

Zastanawiam się też jaką okładkę dobierze Wydawnictwo Albatros do Enderów (Google pokazuje kilkanaście różnych i mówiąc szczerze ta amerykańska nie bardzo mi się podoba). Mam nadzieję, że też białą, dobraną do Startera 🙂

I kolejna „cegiełka” do Wyzwania Pod Hasłem „Cegła 400+” (jak patrzę, to większość chyba mi ostatnio dobija do 400, 450, 500 ;))

Wielki marsz, Stephen King aka Richard Bachman

Nie przepadam za Kingiem – nie jestem wielbicielką horrorów, więc nie porywa mnie jego główna twórczość, a Dallas zostawiłam po 100 stronach, więc jakoś nie zaskoczyło. Zresztą, przyznaję, że poza Dallas nie miałam świadomości, że King ma więcej nie-horrorów w dorobku. Aż do chwili, gdy od Koleżanki (Sylwia, dzięki) dostałam do przeczytania Wielki Marsz (napisany pierwotnie pod pseudonimem Richard Bachman). Stał chwilę na półce, ale w końcu stwierdziłam, że wypada oddać, więc trzeba dać jej szansę. I wpadłam…

Wielki Marsz
Wielki Marsz

Każdego roku w USA odbywa się Wielki Marsz. Idzie 100 chłopców w wieku poniżej 18 roku życia (chyba najmłodsi mogą mieć 12 lat, jeśli dobrze zrozumiałam). Zasady są proste – iść trzeba stale w tempie minimum 6 km na godzinę. Nie ma postojów na spanie, siku, jedzenie. Jeśli zwolnisz poniżej wyznaczonej prędkości, usiądziesz, upadniesz – dostajesz ostrzeżenie. Po 30 sekundach – 2, potem 3. Czwartego nie ma, jest czerwona kartka – strzał. Meta jest tam, gdzie padnie przedostatni z zawodników…

Książka jest dość krótka, więc oczywiście nie poznamy wszystkich uczestników wydarzenia. Wiemy o nich tyle, co dzieje się w ciągu tych kilku dni (tak, dni) marszu. Początkowa pewność siebie, z czasem przeradzająca się w ból, strach, próby imponowania, utratę wiary w siebie, czasem szaleństwo, czasem chorobę, czasem odrętwienie. W trakcie marszu każdy reaguje inaczej – są zawiązujące się przyjaźnie, są próby wojen psychologicznych i nie tylko.

A obok – są ludzie. Stawiają zakłady typując zwycięzcę, dopingują, witają w kolejnych miastach. Maszerujący to bohaterowie – mocno pokazuje to jedna ze scen, gdy uczestnik podchodzi do stojącej dziewczyny, całuje ją w usta i łapie za pośladek. A ona pozwala mu na to, a nawet zaryzykuję stwierdzenie, że jest szczęśliwa z tego powodu. Bo to ON, chwilowe bożyszcze. W drugiej połowie książki jest jeszcze mocniejsza scena tego typu (nie, nie chodzi o seks), ale nie będę zdradzać, przeczytajcie sami.

Wielki marsz można traktować jako alegorię… wszystkiego. Ale najprościej popatrzeć na to jako na krzywe zwierciadło mediów i tłumu. Czy zastanawiamy się czemu uczestnicy reality show dla głównej wygranej (jedynej, reszta odpada) decydują się na jedzenie obrzydlistw, na robienie z siebie pośmiewiska, na publiczny seks, albo wyczyny stawiające ich na granicy śmierci? Wątpię – zamiast tego, dajemy im jakąś etykietkę i kibicujemy. A zwycięzca wychodzi w świetle fleszy, stając się kolejnym idolem czekającego tłumu.

Ciekawostką jest to, że King w swojej książce zrobił manewr dokładnie pokazujący ten mechanizm. To odróżnia Wielki Marsz od Igrzysk Śmierci – tam wiedzieliśmy po co Igrzyska są robione i jak reagują poszczególni uczestnicy. W Wielkim Marszu nasza wiedza jest znacznie bliższa wiedzy zwykłego oglądacza. Nie liczcie na to, że dowiecie, że impreza jest czymś więcej ponad rozrywkę dla tłumu, że odkryjecie jakieś tajemnice. Nawet o samych testach (uczestnicy przechodzą je kilka miesięcy wcześniej) niewiele wiadomo. Ot, jakieś są – trzeba m.in. napisać dlaczego chcesz wziąć udział w Marszu, ale odpowiedź chyba nie do końca ma znaczenie. Albo jej ocena jest mocno subiektywna. Tak samo jak niewiele wiadomo o niemal mitycznym Majorze, (który stoi za tym wszystkim). W końcu – kogo to obchodzi? Liczy się walka, liczą się emocje. I ten, co wygra na mecie, o reszcie nikt nie pamięta.

Trochę rozczarowuje zakończenie, ale po kilku godzinach doszłam do wniosku, że takie powinno być – bo tak samo, jak nie mamy pojęcia co naprawdę gra w duszy zwycięzcy reality show, tak samo nie jest nam dane poznać myśli zwycięzcy. I niezależnie od tego jak bardzo chcielibyśmy, by było inaczej, to organiztorzy nam na to nie pozwolą. Ryzyko jest zbyt duże…

Na zakończenie – lubię przeglądać okładki innych wydań, co niezwykle ułatwia mi Goodreads i Google. Czasem cały świat wydaje dany tekst z jedną, max dwoma okładkami, ale Wielki marsz ma już 36 lat, więc jest ich znacznie więcej. Polska nowa jest akceptowalna, acz przyznam, że IMO są lepsze, jak ta poniższa (nie wiem, z którego roku, ale ten but i łuski robią swoje):

wielki_marsz(2)

bądź ta (gdyby była ze zdjęciami, nie rysunkowa, robiłaby spore wrażenie):

6593988

Szukałam jeszcze czegoś takiego, jak ta, tylko z rozmytym na bokach tłumem. Takim, gdzie wydaje nam się, że on tam jest, ale nie widzimy twarzy, wszystko się zlewa

8719554

A tu te i jeszcze inne, jeśli macie ochotę obejrzeć:

A przy okazji wyszło tak, że Wielki Marsz wpasował mi się w wyzwanie „Grunt to okładka”, gdzie w marcu hasłem stała się „Droga”.

Legenda – Rebeliant, Wybraniec, Patriota, Marie Lu

Trylogia „Legenda” to kolejna z powstałych w ostatnich latach serii typu YA, postapokaliptyczny świat i rewolucja wszczynana przez dwójkę nastolatków. Znamy to choćby z Igrzysk, Niezgodnej i dziesiątków kolejnych (nawet Rywalki poniekąd się w to wpisują). Legenda też, ale na szczęście ciut inaczej.

rebeliantwybraniecpatriota

Znów znajdujemy się na zgliszczach USA (to się nie zmienia ;)), które mocno się zmieniły – nie ma już silnego kraju, mamy zniszczoną, targaną konfliktami Republikę, w ciągłej walce z Koloniami. Byłym USA rządzi Elektor – człowiek okrutny i przebiegły, typowy dyktator, którego portrety widać wszędzie, a każdy ma obowiązek kilka razy dziennie składać przysięgę wierności mu. Z kolei każdy z nastolatków musi przejść Próby, które determinują jego dalsze życie (i tu niespodzianka – nie, nikt nie wystąpi z buntem na Próbach).

Na początku poznajemy Daya, czyli Daniela. Żyje w bardzo ubogiej rodzinie, w slumsach. A właściwie nie żyje, bo jest jednym z najbardziej poszukiwanych przestępców w kraju (a ma zaledwie 15 lat). Na Próbach uzyskał niezwykle niski wynik (teoretycznie powinien być niemal upośledzony umysłowo), ale udaje mu się uciekać policji, a nawet pomagać czasem rodzinie.
Po drugiej stronie życia znajduje się June – genialne dziecko Republiki, jedyna, która otrzymała 100% punktów na Próbach, najmłodsza kadetka, dziewczyna, która już jest w planach jedną z najważniejszych postaci Republiki.

Teoretycznie nic ich nie powinno połączyć, a jednak łączy – jeden przypadek, który sprawia, że Day staje się największym wrogiem June. Ale ten sam przypadek sprawia też, że po pewnym czasie oboje zaczynają się zastanawiać nad tym, czy Republika mówi prawdę, a dokładnie – jak wiele rzeczy ukrywa i tuszuje. Śmierć rodziców June, źródło epidemii, jaka szerzy się w Republice, wyniszczając wszystkich w krótkim czasie, śmierć Mathiasa.

Legenda jest pisana z punktu widzenia obu osób – zarówno Daya, jak i June. Dzięki temu wiele kwestii poznajemy znacznie lepiej niż w przypadku pojedynczego POV. Oboje mają różne charaktery, więc(na szczęście) ich przemyślenia, emocje, podejścia też są różne.

Marie Lu ma lekkie pióro i całość bardzo dobrze się czyta. Podejrzewam, że jak skończycie Rebelianta, zaraz sięgnięcie po Wybrańca, czyli ciąg dalszy. A potem po Patriotę. Chwała autorce też za to, że nie poszła kolejną modną ścieżką i nie sprawiła, że młodzi stają się od razu przywódcami narodu, jak to w niejednej obecnej serii bywa. Kolejne wątki, nawet jeśli sugerują takie rozwiązania, bywają dynamicznie zmieniane i ewoluują bardzo rozsądnie i prawdopodobnie. Bardzo ciekawie poprowadzona jest także postać Andena, młodego Elektora – początkowo będziecie pewni, że wiecie jakim jest człowiekiem. Ale… możecie się rozczarować 😉

Grupa Patriotów to też dość ciekawe postaci i chyba jedyną postacią, w której czegoś mi zabrakło jest Tess. Dziewczyna, co do której nikt nie ma wątpliwości, że jest w Dayu zakochana, ale jakoś dość szybko staje się bezbarwna i gdzieś ginie. Niemniej jednak to dość mała wada naprawdę świetnej książki.

I choć rzadko to piszę – jeśli podobały się Wam Igrzyska Śmierci, to trylogia Legendy powinna też się Wam spodobać 🙂

PS Bardzo mi się podoba oryginalna okładka ostatniej części, choć tytuł przemawia do mnie bardziej polski 🙂Champion

 

 

 

 

 

 

 

 

Legenda. Rebeliant – tyt. oryg. – Legend
tłumaczenie – Marcin Mortka
wydawnictwo – Zielona Sowa
data wydania – 15 października 2012
ISBN – 9788326504662
liczba stron – 304

Wybraniec – tyt. oryg. – Prodigy
tłumaczenie – Marcin Mortka
wydawnictwo – Zielona Sowa
data wydania – 5 marca 2013
ISBN – 9788378950998
liczba stron – 368

Patriota – tyt. oryg. – Champion
tłumaczenie – Marcin Mortka
wydawnictwo – Zielona Sowa
data wydania – 21 lutego 2014
ISBN – 9788378957393
liczba stron – 352

Rywalki, Elita, Jedyna, Kiera Cass

Sięgnęłam, bo… W sumie sama nie pamiętam. Chyba Dziewczyny na grupie PoIgrzyskach zachwycały się i wpadła mi w ręce na promocji w Empiku. Potem przeleżała kilka dni, aż – w przerwie Zaginionej dziewczyny, która trochę mnie męczy – po nią sięgnęłam.

rywalkiZałożenie jest właściwie całkiem realne, choć chore. USA jest po III wojnie światowej, w której wyswobodziło się z okupacji Chin. Powstało nowe państwo, które jest podzielone na klasy – od Jedynek – rodziny królewskiej, aż do Ósemek, bezdomnych żebraków. W zależności od tego, w której się urodzisz, masz narzucony zawód (coś tam zależy od talentu, ale nie za wiele – będąc Piątką z talentem muzycznym, grasz i śpiewasz na domowych imprezach, a będąc Trójką – uczysz muzyki), a co za tym idzie – poziom życia. Bo zarobki też bardziej są uzależnione od klas, przypisując je do zawodów i… zamożności innych klas. Co ciekawe – kobieta przechodzi do takiej klasy, w jakiej jest jej mąż (czyli jeśli zakocha się i uprze wyjść za kogoś z niższej, to także do niej spada, co oznacza także niemożność wykonywania dotychczasowego zawodu).

W tym królestwie jest młody książę – zamiast samemu szukać żony, organizuje selekcję (jest to niby tradycja, ale z opisu wynika, że królestwo istnieje lat 90 bodaj, więc niezbyt długa ta tradycja). Najpierw każda dziewczyna w wieku 16-19 lat jest zapraszana do zgłoszenia się i wypełnienia dokumentów. Te, które odpowiedzą na zaproszenie (nie ma obowiązku, ale dla wielu to wyróżnienie, szansa na wyrwanie się z dotychczasowej biedy i ograniczeń) biorą udział w losowaniu (takim pseudo, ale nikt tego nie wie). 35 z nich staje się rywalkami, które jadą do pałacu i biorą udział w walce o serce księcia i koronę. Z automatu stają się „damami” i zostają zakwalifikowane do klasy Trzeciej (o ile nie były Dwójką), co dla wielu bywa olbrzymim awansem.

Wtrącając… Tak, jestem zboczona na punkcie Igrzysk, ale naprawdę trudno nie widzieć podobieństw. Człowiek prowadzący wywiady to niemal brat Ceasara, a Aspen jest zaskakująco podobny do Gale’a. I ten głos Americi, która tak cudownie śpiewa, choć sama w to za bardzo nie wierzy… A selekcja ma podtrzymać wiarę w jedność ludu (skoro królowa może pochodzić z niższej klasy)…

Dobra, pominę dalszą wyliczankę. Generalnie Rywalki czyta się dobrze – akcja może nie jest super szybko prowadzona, ale całkiem sprawnie. America, główna bohaterka jest dość naiwnym dziewczątkiem, które nie do końca wie, czego chce, ale w swej naiwności jest nawet wiarygodna. Gdzieś na poziomie 130 strony książka zaczyna bawić i wzruszać, co znacznie dodaje jej atrakcyjności. Przyznaję, że drugoplanowe postaci Celeste i Marlee (z grupy rywalek) oraz służących Americi są całkiem ciekawie zbudowane, aż szkoda, że wszystkie im nie dorównują 😉

elitaGdy kończą się Rywalki, zostaje Elita. To stanowczo najsłabsza część serii. Po pierwsze America, która w pierwszej części bywała irytująca, tu jest mega irytująca. Nawet nie naiwna – ona jest po prostu jakaś niestabilna emocjonalnie i nie umie sobie radzić ze sobą. I to wkurza do potęgi ntej. Szczerze – całość uratowała jedna scena, w której autorka dała całkiem niemała dawkę emocji. I głównie dla tej sceny oraz pary nowych bohaterów zdecydowałam się dać szansę Jedynej.

To z kolei najlepsza część serii. Jakby Autorka wreszcie doszła do tej części, którą chciała pisać. jedynaNagle całość dostała kopa – znów czyta się to nieźle i nawet America jakby wreszcie zaczęła dorastać i stała się mniej wkurzająca, jakby dotarło do niej, że nie jest pępkiem świata (taaa, ona to wiedziała od początku, przecież zawsze była skromna, tylko jakoś się nie ogarnęła ;))

Przyznam, że zakończenie mnie trochę rozczarowało – jakoś… Za łatwo to poszło. A był materiał na jeszcze jedną książkę, jak nic. Słabością tej części stają się wspomniane służące. Tu chyba Autorce brakło pomysłu na nie. Jeszcze Lucy dostaje jakiś los, a pozostałe dwie gdzieś nam się rozmazują w tle 😦

Na dodatek mamy jeszcze „dodatkowy epilog”‚, który jest typowo na siłę. „Bo wszyscy czekają na tę scenę”. Jakoś bez niej spokojnie bym się obeszła, szczególnie, że jest taka doklejona – bez opisu tego, co stało się przez dwa lata, tak trochę bez pomysłu. Jak skończycie Jedyną – zostańcie na tym, co jest w druku, epilog nie wart szukania 🙂