Cztery, Veronica Roth

Niezgodną i Zbuntowaną przeczytałam już trochę czasu temu. Potem, w ub. roku pojawiła się Wierna. I jak N. i Z. były całkiem przyjemne w czytaniu, tak Wierna okazała się jakąś niezrozumiałą dla mnie porażką. I nie chodzi mi wcale o kwestie związane z rozwiązaniem całości, ale o język, porwane zdania, wreszcie zaskakujące zmiany bohaterów (jak Cztery, który nagle oświadcza, że lubi bić ludzi. Cztery – naprawdę????). Byłam tak mocno rozczarowana (chyba tylko jakiś niewydarzony ghost writer to tłumaczy), że nie chciało mi się jej opisywać na blogu. I nie zamierzałam sięgać po Cztery, czyli prequel trylogii. Ale pojawiły się głosy tych, którym Wierna równie jak mnie podpadła, że prequel jest powrotem do dobrej formy, więc poszukałam i dzięki Ewie – przeczytałam.

CzteryI zgadzam się – Cztery jest znacznie lepszy od Wiernej. Choć poniekąd wszystko już to znamy – na dobrą sprawę nie dowiadujemy się prawie (prawie) niczego nowego. Już Niezgodna powiedziała nam o lękach Cztery, o jego stosunkach z ojcem, z Ericiem, o poznaniu Tris, itd. Oczywiście – to punkt widzenia Tobiasa, ale jak mam być szczera, to w podstawowej trylogii to też był punkt widzenia Cztery, bo przecież Tris poznaje te sprawy (poza spotkaniem z nią) z jego ust. Nie zna ich sama, więc siłą rzeczy jest to ten sam punkt widzenia…

Aspekt, który poznajemy od zera to poniekąd historia dlaczego Cztery nie zdecydował się zostać przywódcą, (a dokładnie liderem) Niezgodnych. Z trylogii wiemy tylko, że tak zdecydował i że dwukrotnie odrzucił propozycję. Cztery pokazuje motywy i ich otoczkę.

Sięgając po książkę nie miałam świadomości, że to właściwie zbiór czterech opowiadań (nowel). Pierwsza (Transfer) to opowieść niemal identyczna do początku Niezgodnej – test Tobiasa, ceremonia, przejście do Nieustraszonych, I… to wszystko. Druga część (Nowicjusz) to po prostu kilka kolejnych tygodni treningu (bodaj dwa), nadanie imienia i przełamanie przez Amara izolacji Cztery. Poza tym treningi, treningi, krajobrazy strachu. Syn (trzecia) to ta, która realnie wnosi coś nowego. I ta, która jednak rozczarowuje, bo wierzyłam mocno, że Tobias naprawdę miał powód do odrzucenia pozycji i że to była jakaś część jego planu. Chyba nie do końca było… I docieramy do końca, czyli do Zdrajcy, do części, którą już znamy z Niezgodnej (ten rozdział, to nakładka na moment od skoku Tris, gdy się poznają i szybki bieg przez istotne punkty, jak walki Tris, atak na nią, itd.)

To książka dla fanów – pewnie gdyby wyszedł taki zbiór opowiadań „z punktu widzenia Peety Mellarka” pokazujący część wydarzeń z Igrzysk z innej perspektywy, to nie zastanawiałabym się, tylko w pierwszy dzień dostępności na Amazonie miałabym ang wersję na Kindle, a w pierwszy dzień dostępności tłumaczenia, byłaby na mojej półce. Tak działają fani. Ja lubię Niezgodną, ale jednak nie jestem fanką, więc kupno Cztery sobie podaruję (szczególnie po tak wyśrubowanej cenie, jaką dało jej wydawnictwo).

Reklamy

Kobieta w czerni, Susan Hill

Przerażające zwiastuny filmu sugerowały, że książka jest mocna. Nie poszłam na film, bo najpierw (zgodnie z moją zasadą) chciałam poznać książkę. Ale nie mogłam się zebrać. Jednak w końcu, pełna obaw (nie przepadam za horrorami, acz te w stylu 6 zmysłu, czy Innych mnie pociągają) zaczęłam…

kobietaPoczątek jest wręcz słodki. Cudowna rodzinka zebrana wokół choinki – sielski obrazek. I tylko mała rysa, bo ojciec rodziny nie chce się bawić w opowiadanie strasznych historii, a nawet zachowuje się, jakby opowieści innych go dotknęły. Potem cofamy się w czasie, poznając te właśnie traumatyczne przeżycia…

Susan Hill sięgnęła po większość znanych mi w tym zakresie środków. Czyli mamy niepewność, krzyki, jęki (w tym płacz małego dziecka, przerażenie ciut starszego dziecka), bulgot topielców, skrzypiąca podłoga, rżenie koni we mgle, cmentarz koło domu, wreszcie tytułowa kobieta w czerni i SEKRET, o którym nikt nie chce mówić.

Pierwsze… nie wiem, może 30% książki czekałam – nawet miałam lekko gęsią skórkę. I czekałam na więcej – na to, że zacznę się bać i myślałam o tym, czy wystraszy mnie na tyle, bym odłożyła Kobietę, czy też jednak nie. Ale kolejne strony mijały, a tu nic. Wciąż miałam lekko gęsią skórkę (coraz rzadziej, bo coraz więcej elementów stało się przewidywalnych. Zgadzam się w tym miejscu też z opinią zniesmaczonej na lubimyczytac.pl, która napisała, że jaśniejszym punktem książki jest suczka Fryga. Rzeczywiście to ciekawa i zabawna postać i na fragmenty z nią się czeka. Niestety na pewnym etapie już w przeciwieństwie do Arthura, który staje się nieustannie nudno-myślący.

Kobieta w czerni jest książką pozornie wielopoziomową. Jest o samotności, zabobonach, stereotypach, zbiorowym strachu, a także o matce, której dwukrotnie odebrano dziecko. Na pewnym etapie całość się scala i byłoby to świetne, gdyby się nie dublowało. Ale – według zasady, że historia toczy się (jak fortuna) kołem – kolejne wydarzenia pojawiają się tworząc pewnego rodzaju deja vu…

Myślę, że ta książka miała spory potencjał, ale zabiło ją albo niezdecydowanie Autorki, albo kwestia czasów, w jakich powstała Kobieta w czerni. Może gdyby nie otaczało nas tyle opowieści o wampirach i duchach, oraz bardzo ostrych i nieprzyjemnych w odbiorze horrorów, to możliwe, że ta powieść wywołałaby co najmniej problemy z zasięgiem. Ale rzeczywistość i obecna kultura jednak odebrały jej ten poziom strachu, jaki powinna wywoływać.