Dziewczyna z pociągu, Paula Hawkins

Rewelacyjny debiut bijący rekordy, zachwycony King, czytelnicy nie mogą jej odłożyć! Uwierzyłam – pracując lata w PR, na styku marketingu, dałam się nabrać jak dziecko…

dziewczyna_z_pociaguGdy „Dziewczyna z pociągu” pojawiła mi się w Legimi, od razu ściągnęłam ją na „półkę”. I jak tylko skończyłam dwie inne książki – sięgnęłam po nią, pełna oczekiwań. Pierwsze strony to zarys postaci Rachel, kobiety, która codziennie jeździ podmiejskim pociągiem do Londynu. Koło małego osiedla domków jest semafor, przed którym pociąg często staje. Wtedy Rachel obserwuje pewną parę. Nie wie kim są, więc nadaje im imiona Jess i Jason i jest przekonana, że są bardzo szczęśliwi. Fantazjuje na ich temat, rozpatrując równocześnie swoje, bardzo nieszczęśliwe, nieudane życie, zapijając wszystko alkoholem. Potem odkrywamy, że Rachel mieszkała obok, ale niemożność zajścia w ciążę doprowadziła ją do alkoholizmu i rozpadu małżeństwa. Dziś jest wrakiem człowieka, nie umie poradzić sobie ze sobą, swoim życiem, z niczym.

I wtedy widzi nagle, że kobieta z jej wymarzonej pary zdradza swojego partnera, rozbijając jej wizję… A w kolejnych dniach wszystko się rozpada. I nie chce się skleić w żaden sposób.

Na tym etapie książka już dawno powinna pędzić, nie dając się odłożyć. Tymczasem zamiast zainteresowania, czułam tylko żal (rozumiałam tragedię Rachel) i bez problemu odkładałam książkę. Nie czułam potrzeby zarywania dla niej nocy, a raczej ze zdziwieniem spostrzegałam na liczniku, że jeszcze TYLE mi zostało.

To książka pisana dość prostym językiem, nie ma w niej aluzji, nie ma zgadywanek. OK, pewnie za szybko nie wpadniecie na to kto zabił, aczkolwiek jeśli się skupicie, to kryminalista znajdzie się w gronie podejrzanych. A podczas rozwiązania będziecie mieć silne poczucie deja vu – gwarantuję, że już to widzieliście, albo czytaliście.

Największym zaskoczeniem dla mnie była historia Megan – to jedna z kwestii, na które nie wpadłam i które mnie zaskoczyły, nie są jeszcze sprane. Ale już Scott, Tom, a nawet Anna nie uciekają z szablonów znanych z wielu innych thrillerów. Natomiast ciekawym pomysłem jest Rachel. Mimo, że powinna być nam obrzydliwa (pije w pociągu, nie wie co się z nią dzieje, zdarzyło się jej zwymiotować na korytarzu domu przyjaciółki, która ją przygarnęła po rozwodzie, itd), ale nie jest. Jest nam jej żal – to na pewno. Ale chyba kwestia spoglądania na Rachel jej własnymi oczami sprawia, że jakoś łatwo usprawiedliwiamy kolejny kieliszek wina, kolejne whisky…

Z przykrością stwierdzam, że generalnie do połowa książka po prostu nuży. Mimo to wciąż próbowałam przejść dalej, licząc, że w końcu odnajdę tę magię i zachwyt. Rzeczywiście gdzieś od połowy całość rusza do przodu, acz nie jest to błyskawica, nie czyta się z zapartym tchem. Ale przestałam odliczać strony do końca. Czy warto?… Niestety, nie – jest zbyt wiele naprawdę świetnych thrillerów, które sprawiają, że w chwilach wymuszonych przerw, szukamy w głowie rozwiązania. Thrillerów, które wprawiają nas w drżenie, wzbudzają ciekawość, albo nie dają zasnąć. „Dziewczyna z pociągu” jednak do nich nie należy.

I załapałam się (chyba po raz pierwszy tak szybko) do Ejotkowego wyzwania pod hasłem – Debiut 🙂

Reklamy

Girl online, Zoe Sugg

Ona jest taka słodka… Nie, to nie o bohaterce, ani nawet o książce, ale rzeczywiście tak pomyślałam o okładce. Miałam skojarzenie z babeczkami, jakie czasem widuje się w amerykańskich programach, albo na zdjęciach w Pinterest 😉 Te pastele, lampki, zdjęcia. Co prawda przyznaję się – widziałam ją na ekranie komórki, więc nie wszystko było wyraźne, niemniej jednak 😉

girl_online_okladkaOd razu zaznaczę, jeśli szukacie ambitnej literatury, to nie ten adres. To książka dla nastolatek, o nastolatce. Młodej, naiwnej, szukającej księcia z bajki. Ale to też opowieść o tym jak wygląda świat, w którym internet sprawia, że świat się kurczy, a stanie się pośmiewiskiem nie oznacza już bycia ofiarą w klasie. Ani nawet w szkole. Bo filmik na Facebooku szybko trafia do kolejnych osób. A potem na You Tube, na Tumblr i w kolejne miejsca, rozprzestrzeniając się bardzo szybko.

Zaczynając od początku – poznajemy Penny. Jest Brytyjką, ale przyznaję, że równie dobrze mogłaby być Amerykanką, Francuzką, może Szwedką, choć nie wiem, czy Polką. Ale w sumie – czemu nie. Penny podkochuje się w szkolnej gwieździe (Mr Selfie :D), ma za przyjaciółkę laskę, która najchętniej wydłubałaby jej oczy, bo też podkochuje się w szkolnej gwieździe. Do tego ma przyjaciela-geja (od pierwszego momentu Eliot kojarzy mi się z jakimś nastoletnim bohaterem chyba z serialu, albo z jakiegoś filmu w stylu Disney’a… Może High School Musical? Taki, który założyłby spodnie w brązową kratę i kapelusz, a przy tym ma przyjemny, ale niezbyt niski głos…) i cudownych rodziców (naprawdę, pozazdrościć). Oprócz tego robi zdjęcia, ma napady paniki i wciąż się potyka. Pewnie nie czujecie, że ona to wy, ale może częściowo jednak tak. Jest po prostu zwyczajna – ja chyba częściowo taka byłam, wielu moich znajomych też…

Wszystko się zmienia, gdy Penny zalicza wpadkę nad wpadkami. Pamiętacie majtki Bridget Jones? Zoe Sugg też 😉 I bardzo ją zainspirowały. Tylko teraz zamknijcie oczy i przenieście to do szkoły średniej w dobie internetu. Tak, wszystko, co najgorszego możecie wymyśleć, właśnie się dzieje. I tak naprawdę to jest taki moment, w którym zaczyna też rozwijać się książka.

Jest przewidywalna. Bardzo. Jest książę, jest romans z bajki, są nieporozumienia. I dojrzewanie wewnętrzne Penny. Ale nie oczekujmy za wiele – to książka pisana (no dobra, przygotowana, bo pisał ponoć ghostwriter, z czego zresztą zrobiła się ponoć nieziemska afera – jakby było o co) przez młodą dziewczynę (choć już nie nastolatkę) w formacie nowoczesnego Kopciuszka. Ja widziałam i czytałam już tak wiele wersji Kopciuszka, że ciężko mnie zaskoczyć, ale nie zmienia to faktu, że mimo to – jeśli masz nastolatkę w domu, to warto przejrzeć. Niekoniecznie wczytywać się, ale przejrzeć.

Podobnie – jeśli chcesz się komunikować z nastolatkami – sięgnij po tą książkę, przeczytaj ją i zastanów się dlaczego ją kochają. Co jest w niej takiego, że nie tylko ją kupują, ale jednak chcą kolejnej części. Bo większość z nich boi się (jak każdy człowiek) odrzucenia, boi się wpadki napiętnowanej w internecie, boi się, że wszyscy są od nich lepsi. A Girl pokazuje, że ze strachem można walczyć. Że nawet filmik z majtkami w jednorożce w roli głównej da się przeżyć, choć jest ciężko. Że przyjaciele (ci prawdziwi też) bywają zazdrośni – o czas, o uwagę. Że potrafią wtedy zrobić głupotę, której żałują, choć nie krzywdzą tak mocno, jak ci, którzy nas nie lubią. Dodatkowo mamy też bohatera geja – i tu akurat chwała autorce za jedno – że nie zrobiła z niego „kwiatka”. W wielu książkach widziałam hasło „gej przyjaciel”, ale najczęściej ogranicza się to do opisów faceta, który rozumie swoją przyjaciółkę i świetnie zna się na modzie. Girl online pokazuje problemy Eliota z rodzicami, którzy nie przyjmują do wiadomości orientacji syna (choć im o niej powiedział), ale na siłę próbują go zmienić. A gdy ich wysiłki idą na marne, posuwają się ro zarekwirowania mu komórki i laptopa do czasu aż zmądrzeje.

Zemsta ubiera się u Prady, Lauren Weisberger

Jakimś cudem nie opisałam czytanego wiele lat temu Diabła (Diabeł ubiera się u Prady), czyli części, której Zemsta jest kontynuacją. Diabeł był zabawy i przerażający równocześnie. Z Andy identyfikowałam się mocno, tym bardziej, że mój ówczesny szef miał wiele zagrywek Szefowej z Diabła, włącznie z mocno ograniczonym poczuciem empatii. Andy miała cel, zagryzała zęby, szła do przodu. W końcu nie wytrzymała i odeszła. Książkę czytało się lekko i przyjemnie, a po zakończeniu chciało się więcej. Dlatego bardzo się ucieszyłam, gdy w ręce wpadła mi Zemsta.

zemsta ubiera się u pradyZemsta zaczyna się kilka lat później (bodaj 10). Andy w międzyczasie pracowała m.in. w blogu ślubnym, aż – wspólnie z drugą asystentką Mirandy (szefowej), czyli Emily, zakłada ekskluzywne pismo ślubne Plunge. Oczywiście z pismem układa się rewelacyjnie, bez większych problemów znajdują inwestorów, w ciągu 4 lat ich tytuł staje się jednym z ważniejszych w tej branży na rynku. Bajka po prostu, ale cóż – kochamy bajki, więc czemu nie.

Tylko Zemsta obnaża niestety braki bohaterek Diabła. I to bardzo silnie. Diabła zdominowała despotyczna, wręcz sadystyczna Miranda, zostawiając swoje pracownice w głębokim cieniu. Dzięki temu – obroniły się. Niestety, wysunięcie ich na pierwszy plan pokazało wszystko. Kompletny brak wyrazistości Andy, która po 10 latach nadal żyje strachem przed Mirandą. Strachem bardzo głębokim, który stanowczo powinna leczyć i który jakoś ogranicza ją w życiu, w pracy, ale jakoś nie ogranicza, co jest po prostu niekonsekwencją. Generalnie na 460 stronach przez większość czytamy albo o strachu Andy przed Mirandą, albo o rozterkach związanych z Maxem, obecnym mężem. I to niemal wszystko – na tym zbudowana jest cała książka. Czasem pojawia się nam jeszcze Emily, która wcale nie zmieniła się od czasów pracy u Mirandy i za nic nie umiem zrozumieć podstaw tej „przyjaźni” pomiędzy nią, a Andy. Czyli generalnie Emily jest nadal wyniosła, skoncentrowana na sobie i uwielbiająca swą byłą szefową.

Co jakiś czas w tle pojawia się ciekawsza postać (m.in. aktorki wychodzącej za mąż), ale to raczej migawka, która gaśnie równie szybko, jak się pojawia. Całej książce brakuje pomysłu na rozwój – treści, postaci, jakiegokolwiek ciągu dalszego. Gdyby to zamknąć w 200 stronach, może byłoby strawniej, ale przy blisko 500 jest nuda, którą skończyłam tylko dlatego, żeby nie odkładać, a zobaczyć jak daleko Andy stoczy się w swoim strachu (nie, nie ma samobójstw, ani nic takiego, to po prostu przerażona dziewczynka, która boi się wezwania do dyrektorki szkoły, a każdego, kto przechodzi to samo, co ona, chce przytulać i pocieszać. Tak cały czas)…

Pisząc krótko – niestety, nie warto. To najsłabsza książka Lauren Weisberger, jaką miałam okazję przeczytać i jedna ze słabszych czytanych przez ostatnie 2-3 lata.

Rywalki, Elita, Jedyna, Kiera Cass

Sięgnęłam, bo… W sumie sama nie pamiętam. Chyba Dziewczyny na grupie PoIgrzyskach zachwycały się i wpadła mi w ręce na promocji w Empiku. Potem przeleżała kilka dni, aż – w przerwie Zaginionej dziewczyny, która trochę mnie męczy – po nią sięgnęłam.

rywalkiZałożenie jest właściwie całkiem realne, choć chore. USA jest po III wojnie światowej, w której wyswobodziło się z okupacji Chin. Powstało nowe państwo, które jest podzielone na klasy – od Jedynek – rodziny królewskiej, aż do Ósemek, bezdomnych żebraków. W zależności od tego, w której się urodzisz, masz narzucony zawód (coś tam zależy od talentu, ale nie za wiele – będąc Piątką z talentem muzycznym, grasz i śpiewasz na domowych imprezach, a będąc Trójką – uczysz muzyki), a co za tym idzie – poziom życia. Bo zarobki też bardziej są uzależnione od klas, przypisując je do zawodów i… zamożności innych klas. Co ciekawe – kobieta przechodzi do takiej klasy, w jakiej jest jej mąż (czyli jeśli zakocha się i uprze wyjść za kogoś z niższej, to także do niej spada, co oznacza także niemożność wykonywania dotychczasowego zawodu).

W tym królestwie jest młody książę – zamiast samemu szukać żony, organizuje selekcję (jest to niby tradycja, ale z opisu wynika, że królestwo istnieje lat 90 bodaj, więc niezbyt długa ta tradycja). Najpierw każda dziewczyna w wieku 16-19 lat jest zapraszana do zgłoszenia się i wypełnienia dokumentów. Te, które odpowiedzą na zaproszenie (nie ma obowiązku, ale dla wielu to wyróżnienie, szansa na wyrwanie się z dotychczasowej biedy i ograniczeń) biorą udział w losowaniu (takim pseudo, ale nikt tego nie wie). 35 z nich staje się rywalkami, które jadą do pałacu i biorą udział w walce o serce księcia i koronę. Z automatu stają się „damami” i zostają zakwalifikowane do klasy Trzeciej (o ile nie były Dwójką), co dla wielu bywa olbrzymim awansem.

Wtrącając… Tak, jestem zboczona na punkcie Igrzysk, ale naprawdę trudno nie widzieć podobieństw. Człowiek prowadzący wywiady to niemal brat Ceasara, a Aspen jest zaskakująco podobny do Gale’a. I ten głos Americi, która tak cudownie śpiewa, choć sama w to za bardzo nie wierzy… A selekcja ma podtrzymać wiarę w jedność ludu (skoro królowa może pochodzić z niższej klasy)…

Dobra, pominę dalszą wyliczankę. Generalnie Rywalki czyta się dobrze – akcja może nie jest super szybko prowadzona, ale całkiem sprawnie. America, główna bohaterka jest dość naiwnym dziewczątkiem, które nie do końca wie, czego chce, ale w swej naiwności jest nawet wiarygodna. Gdzieś na poziomie 130 strony książka zaczyna bawić i wzruszać, co znacznie dodaje jej atrakcyjności. Przyznaję, że drugoplanowe postaci Celeste i Marlee (z grupy rywalek) oraz służących Americi są całkiem ciekawie zbudowane, aż szkoda, że wszystkie im nie dorównują 😉

elitaGdy kończą się Rywalki, zostaje Elita. To stanowczo najsłabsza część serii. Po pierwsze America, która w pierwszej części bywała irytująca, tu jest mega irytująca. Nawet nie naiwna – ona jest po prostu jakaś niestabilna emocjonalnie i nie umie sobie radzić ze sobą. I to wkurza do potęgi ntej. Szczerze – całość uratowała jedna scena, w której autorka dała całkiem niemała dawkę emocji. I głównie dla tej sceny oraz pary nowych bohaterów zdecydowałam się dać szansę Jedynej.

To z kolei najlepsza część serii. Jakby Autorka wreszcie doszła do tej części, którą chciała pisać. jedynaNagle całość dostała kopa – znów czyta się to nieźle i nawet America jakby wreszcie zaczęła dorastać i stała się mniej wkurzająca, jakby dotarło do niej, że nie jest pępkiem świata (taaa, ona to wiedziała od początku, przecież zawsze była skromna, tylko jakoś się nie ogarnęła ;))

Przyznam, że zakończenie mnie trochę rozczarowało – jakoś… Za łatwo to poszło. A był materiał na jeszcze jedną książkę, jak nic. Słabością tej części stają się wspomniane służące. Tu chyba Autorce brakło pomysłu na nie. Jeszcze Lucy dostaje jakiś los, a pozostałe dwie gdzieś nam się rozmazują w tle 😦

Na dodatek mamy jeszcze „dodatkowy epilog”‚, który jest typowo na siłę. „Bo wszyscy czekają na tę scenę”. Jakoś bez niej spokojnie bym się obeszła, szczególnie, że jest taka doklejona – bez opisu tego, co stało się przez dwa lata, tak trochę bez pomysłu. Jak skończycie Jedyną – zostańcie na tym, co jest w druku, epilog nie wart szukania 🙂

Anna we krwi, Kendare Black

To książka z jedną z najładniejszych okładek, jakie ostatnio widziałam. Mroczna, z czerwonymi akcentami, z włosami dziewczyny porywanymi przez wiatr przyciąga uwagę, narzucając pewne skojarzenia. Niektóre wydawnictwa zmieniały Annie sukienkę na czerwoną, ale wówczas szbyt duża ilość czerwieni zabija moim zdaniem efekt (choć nic nie przebije włoskiej wersji, gdzie grafik nałożył na sporą część okładki czerwoną ramkę zdobioną jakimiś złotymi szlaczkami niszcząc kompletnie wyraz grafiki).
Anna_we_krwi

Okładka sprawiła, że nawet nie czytałam opisu – chciałam poznać treść, skrywaną przez nią. A kryje się tam kolejna książka dla młodzieży stojąca pomiędzy opowieścią o poszukiwaniu i walce z duchami (porównanie głównego bohatera do Buffy z serialu Buffy – postrach wampirów, pojawia się szybko, choć sam Cas się na nie oburza szybko), a romansem paranormalnym.

Główny bohater to nastolatek – Cas, którego ojciec zabijał niebezpieczne duchy, aż sam zginął w szponach (albo raczej szczękach) jednego z nich. Wówczas syn przejął jego profesję, mając jednak na celu złapanie kiedyś zabójcy ojca. Skojarzenie z Buffy to jedno, ale książka silnie przypominała mi również serię Akta Harry’ego Dresdena. Czytałam je już wiele lat temu (5? Może więcej nawet), więc liczę się z tym, że wielu rzeczy nie pamiętam, ale jednak pewne wrażenie zostało. Matki obu są czarownicami, ojcowie obu zmarli, gdy oni sami byli dziećmi, obaj na „wojnę” zabierają swoje talizmany, w których moc wierzą. I obaj ścigają duchy i potwory…

Anna, kolejne „zlecenie” Casa, nie jest typowym duchem. Jest niezwykle silna, poza zabija w nietypowy sposób – nie w sposób, bądź w miejscu, w jakim zginęła, ale w swoim domu. Jej siła sprawia, że Cas musi szukać innych metod na jej osłabienie, na możliwość jej obezwładnienia… Co ciekawe – choć Anna zabija wszystkich, którzy wejdą na jej teren, Casa oszczędziła…

Już opis zdradza, że Anna to dziewczyna, na której ciąży klątwa. I przyznam, że rozwiązanie tej zagadki jest zaskakujące. Jestem przekonana, że większość czytelników będzie już mieć swoje rozwiązanie nim przeczyta scenę. I dostaną kubeł zimnej wody (:D) – i dobrze moim zdaniem, bo niezależnie od wszystkiego, całość pozostaje logiczna i spójna.

Opowieść czyta się łatwo, choć oczywiście można rozważać naiwność języka i niektórych dialogów, dość dużą przewidywalność i wreszcie ten paranormalny prawie romans (ale – tu duży plus dla autorki – ona sama potrafi się z tego śmiać – Cas w pewnym momencie myśli „Byłoby prawie normalnie. Tylko ja, moi przyjaciele i moja martwa dziewczyna. Pomysł jest tak niedorzeczny, że aż prycham na głos”). Można także czepić się pisania w pierwszej osobie, ale nie przeszkadzało mi to w czytaniu (choć wiem, że niektórych czytelników to drażni).

Zaskoczyła mnie liczba nagród przyznana tej książce. Jednak należy pamiętać, że to książka dla nastolatków. I patrząc na to tło – wyróżnia się. To nie jest kolejny klon Zmierzchu, ani Igrzysk, a poczucie humoru niewątpliwie mocno ją wyróżnia.

Książka przeczytana m.in. w ramach wyzwania Pod hasłem 🙂 oraz wyzwania Trójka e-Pik

Bardzo słodka Sosnówka…

Napaliłam się na tę książkę. Zamówiłam w bilbliotece i cała szczęśliwa odebrałam… dwa w jednym, bo okazało się, że oprócz Sosnowe dziedzictwo w ręce wpadła mi jeszcze Pensjonat Sosnówka Marii Ulatowskiej. Jeszcze tego samego wieczoru zaczęłam czytać. A potem następną…

dziedzictwo pensjonat

Nie do końca wiem jak je ocenić. Dlaczego? Dlatego, że Sosnowe dziedzictwo czyta się nieźle. Książka jest wzruszająca i stanowczo może się podobać. Anna Towiańska (główna bohaterka) co prawda już tu zaczyna odsłaniać swoją prawdziwą naturę, ale odnośnik do wojny, dziadków, odkrytej po latach tajemnicy i całej masie wątków i postaci sprawia, że (mimo lekkiego bałaganu w całości) Dziedzictwo jest książką, w którą można się wciągnąć i czuje się jakieś ciepło w całości. Tak jakby autorka przelała jakieś swoje uczucia w całość.

Widocznym już w pierwszej części problemem jest ten bałagan w powieści. Wątki są co chwilę zmieniane, mało jest głębszych przemyśleń, poza Anną ciężko z kimkolwiek się związać, przyzwyczaić, bo postacie też zmieniają się jak na karuzeli. Może jeszcze pan Dyzio zapada w pamięć, ale chyba też dlatego, że jest bohaterem wyrazistym (chyba najbardziej w całej książce). Pozostali – pojawiają się i znikają, podobnie jak wydarzenia, w których uczestniczą…

I z przykrością stwierdzam, że na pierwszej części cyklu Autorka tym powinna była zakończyć 😦 Nawet jeśli Sosnowe dziedzictwo spodoba Wam się bardzo, nie sięgajcie po Pensjonat Sosnówka. 10 kilo cukru w cukrze… Anna Towiańska z osoby słodkiej robi się nie istniejącym ideałem, który zawsze jest ciepły, opanowany, uśmiechnięty, nie ma żalu ani złości nawet na chuliganów, a problem wracającej byłej żony partnera nie budzi w niej zazdrości, tylko obawę, że zabierze jej potencjalnego pasierba, do którego już się przywiązała. Na dodatek ta dziewczyna właściwie nie ma żadnych problemów – skończyły się jej oszczędności – ojej, zaraz pojawia się wyciągnięta pomocna dłoń z odpowiednią kwotą nie chcąca nic w zamian niemal. Pojawia się jakikolwiek inny problem – natychmiast niebo otwiera swe podwoje, by Ania go nie miała… Przyznam, że już samo to było nierealne, ale kiedy ukochany Jacek zbiera braci i jedzie rozprawić się z Maliniakami poprzez (tak, poważnie) uszkodzenie ich ciała, to już weszliśmy na wysoki poziom abstrakcji…

Wiem, że obie części mogą się podobać – są miłe, słodkie, opowiadają cudowną historyjkę. Ale może ja już jestem na to za stara, a może po prostu to nie dla mnie – w każdym razie, jeśli Ktoś z czytających zgadza się (mniej więcej) z moimi odczuciami, to może sobie darować obie książki, a na pewno Pensjonat.

Ostatni chirurg, Michael Palmer

Ostatni chirurg miał być thrillerem medycznym. Wskazywał na to tytuł, okładka, profesje bohaterów. Lekko przeczył temu opis – i słusznie…

ostatni_chirurgKsiążka zaczyna się morderstwem, inscenizowanym na samobójstwo. Widać okrucieństwo mordercy, który nie tylko zabija, ale także wymusza posłuszeństwo ofiary szantażując ją śmiercią w męczarniach bliskiej osoby, jeśli nie będzie mu posłuszna. Dodatkowo szybko dowiadujemy się kim jest zabójca, co z reguły w tego typu książkach jest tajemnicą (gorzej lub lepiej krytą) do końca. Kilka stron później mamy kolejne morderstwo, a w międzyczasie dywagacje mordercy, który pracuje na zastępstwo w… szkole.

Oczywiście tajemnica musi być, więc choć znamy kryminalistę, nie mamy pojęcia czemu zabija (wiemy, że robi to na zlecenie, ale nie wiemy kto jest zleceniodawcą, ani co nim kieruje), szczególnie, że ofiary pozostają w tej samej medycznej branży, ale są zupełnie różne od siebie – pielęgniarka, kardiolog, anestezjolog…

Równolegle toczy się inny wątek – militarny. Były żołnierz, obecnie lekarz w mobilnym ambulatorium, walczy ze swoimi demonami z Afganistanu, szukając przyjaciela, który uratował mu życie. I ten aspekt sprawia, że książka robi się chaotyczna. Mamy wiele postaci, wiele wydarzeń, część z przeszłości, część z obecnego czasu. Całość sprawia, że choć skupiłam się na śledzeniu głównych postaci (na pewnym etapie jest ich pięcioro), to rozmywało mi się, czy p. F. występował już wcześniej, a pan X jest nowy, czy niekoniecznie. Tym bardziej, że obok mnogości postaci, pojawiają się powiązania pomiędzy firmami, co jeszcze mgli obraz.

Mimo tego zamieszania, książkę czyta się… dobrze. Skupienie na głównych postaciach sprawia, że jakimś cudem da się śledzić akcję, a mimo pojawiających się czasem dłużyzn i powtórzeń w zakresie wspomnień z Afganistanu, całość jest akceptowalna. Natomiast rozczarowuje zakończenie. Jest zbyt słabe napięcie, dość krótkie i okazuje się stosunkowo banalne, (a szkoda, bo Ostatni chirurg zaczął już obiecywać więcej). Niemniej jest to całkiem przyzwoite czytadło (mimo swoich wad), nie wymagające dużych analiz, ani znacznej ilości czasu – niezłe np. do podróży.

Dodatkowo na forach czytam, że to jedna ze słabszych książek tego autora, więc dam mu jeszcze jedną szansę 🙂