Co się stało z moją siostrą, Elizabeth Flock

Mimo, że od przeczytania książki „Emma i ja” minęło już blisko 6 lat, wciąż mam ją w głowie. Nadal siedzi we mnie scena przykucia dziecka łańcuchem w formie kary przez okrutnego ojczyma przy braku reakcji matki – tego chyba nie da się zapomnieć…

co_sie_stalo_z_moja_siostraJednak zakończenie tamtej książki sprawiło, że nie przyszło mi do głowy, że można napisać do niej ciąg dalszy. Dlatego wypuszczenie na rynek „Co się stało z moją siostrą” z dopiskiem, że jest to kontynuacja, było dla mnie dużym zaskoczeniem.

Mamy wrażenie, że Siostra zaczyna się niemal w tej samej chwili, w której zakończyła się Emma i ja, natomiast po kilku kartkach dojdziemy do tego, że prawdopodobnie minęło kilka tygodni, może miesięcy nawet.

Jeśli na zakończenie Emmy odetchnęliście z ulgą (po otrząśnięciu się z szoku, jaki przyniosło zakończenie), to bardzo się pomyliliście. Szybko okazuje się, że matka Carrie wcale nie była okrutna i nie zaniedbywała dziecka tylko i wyłącznie pod wpływem Richarda (ojczyma). Ona… po prostu taka jest – uzależniona od alkoholu, nie potrafiąca pracować, obwiniająca Carrie o całe zło w jej życiu, a na dodatek chyba chora psychicznie (bo alkohol mimo wszystko nie tłumaczy wszystkich jej działań, szczególnie tych podejmowanych na trzeźwo).

Przeraża już początek – zaznaczenie, że to pamiętnik Carrie i skoro go czytamy, to ona pewnie nie żyje. A potem ponownie wchodzimy w świat dziecka, które wierzy, że ma obowiązek chronić matkę, która je krzywdzi na każdym kroku. Dziecka, które z braku jedzienia (bo dla matki liczy się tylko to, czy ma whisky na wieczór) nurkuje w kontenerach na śmieci, a gdy nie udaje się jej tam nic znaleźć – je papier z katalogów wysyłkowych zabieranych z recepcji obskurnego motelu, w którym mieszka. Aby papier był zjadliwy – doprawia go keczupem kradzionym z pobliskiego baru. Dziecka, które sprząta po matce. Dziecka, które maluje matce markerem buty, by wyglądały na w miarę zadbane, a w zamian najczęściej dostaje ciosy, kopniaki i ciągłą groźbę, że zostanie zamknięta w wariatkowie dla dzieci…

Obok Carrie mamy jeszcze jedną bohaterkę – Honor. To z kolei dorosła osoba, matka, która straciła córkę w wieku Carrie (rak), a teraz – z młodszą – mieszka u swej matki, usiłując spłacić rachunki za leczenie zmarłego dziecka i wyjść na prostą.

Oczywiście w którymś momencie musiało nastąpić spotkanie Honor i Carrie – w barze Wendy’s. Od tego momentu Carrie przynajmniej przez większość dni nie chodzi przeraźliwie głodna, ma przyjaciółkę, poznaje świat normalnych dzieci, choć dla niej to raczej jakaś bajka, której istnienia nie podejrzewała. Wraz z tym zaczynają znikać nieprzekraczalne dotąd granice dostępu do informacji. Cricket (młodsza córka Honor) to dziecko swoich czasów – obyte z komputerem, Google i szukaniem informacji. Dzięki temu powoli na jaw wychodzą kolejne tajemnice. Te, które Carrie znała, te, których istnienie podejrzewała, i te, które nigdy nie przyszły jej na myśl…

„Co się stało z moją siostrą” przeraża i rusza, choć mniej niż Emma. Nadal widzimy jak łatwo jest przymykać oczy na przemoc wobec dzieci, jak łatwo jest zostawiać ich samych sobie. Kierownik motelu co dzień widział, że Carrie grzebie w śmietniku, a jej matka wieczorem, czy nocą nie przynosi zakupów, tylko alkohol. Mimo to nic z tym nie robił, dając tym samym przyzwolenie na taką sytuację. Nawet Honor zadziwiająco łatwo przyjmuje do wiadomości, że to zaniedbane, niedożywione dziecko, z licznymi bliznami, ma śliwkę na oku, bo dostała piłką podczas zabawy z sąsiadem w motelu. Jak łatwo jest odwrócić głowę i samemu sobie tłumaczyć, że to się zdarza, że po co się wtrącać, że to nic nie da.

Miałam wobec tej książki bardzo wysokie oczekiwania i troszkę się zawiodłam. Szczególnie zakończeniem – ostatnie 2-3 rozdziały są pisane na szybko – jakby już trzeba było zrobić finał. Finał, który właściwie jest przewidywalny – i tego mi chyba właśnie brakło. Emma na koniec zapewniła mi opad szczęki, a Siostra jest taka wygładzona. Ale mimo to – warto sięgnąć. Choćby po to, by dowiedzieć się ile informacji, które znaliśmy z Emmy wcale nie znalazły potwierdzenia w rzeczywistości…

PS Chwała wydawnictwu (Świat Książki) za zmianę okładki. Amerykańskie miały zdjęcie dziewczynki z długimi włosami, na dodatek blondynki, podczas gdy w książce Carrie wyraźnie mówi w pewnym momencie, że jej włosy są popielate i że chciałaby mieć długie, jak Cricket. Niby drobiazg, ale robi wielką różnicę, gdy widać, że komuś chciało się przyłożyć 🙂

Kieszenie przeszłości, Aneta Rzepka

Z książkami Anety Rzepki jakoś wcześniej się nie zetknęłam, Kieszenie przeszłości były pierwsze, ale lubię poznawać nowych autorów, więc czemu nie 🙂

kieszenie_przeszlosciOpowieść jest splątanymi losami dwóch kobiet – Oli i Kornelii. Pierwsza to dość bogata dziewczyna, która studiuje ekonomię i… jest prezesem rodzinnej firmy, (w tej roli odnajduje się raczej umiarkowanie, co widać już w początkowych rozdziałach). Kornelia jest maturzystką, sierotą mieszkającą z dziadkami, uwikłaną w związek z chłopakiem, który myśli tylko o sobie, a swoją dziewczynę traktuje raczej jak ozdobę, którą w razie nieposłuszeństwa należy pięścią przywrócić do pionu.

Przyznaję, że początek mnie nie wciągał. Ale postanowiłam poczekać jeszcze chwilę i jeszcze kilka stron przeczytać, a z czasem akcja zaczęła się rozwijać, a ja dotarłam do końca. Założenie jest całkiem ciekawe – obie dziewczyny, choć na zewnątrz nie rzuca się to w oczy, są mocno skrzywdzone przez los. I to akurat stało się mocnym atutem książki – szczególnie historia Oli jest odkrywana dość stopniowo, co sprawia, że nasza ocena tej osoby też ma szansę dojrzewać i zmieniać się, przy okazji tworząc złudzenie, jakbyśmy bohaterkę realnie poznawali. Z Kornelią ten zabieg nie zadziałał (o ile był w planie), ponieważ od początku jest nam jej po prostu żal.

Trochę żałuję, że w książce brakuje normalnych postaci – takich, które nie mają totalnie splątanej przeszłości, nie niosą bagażu rodziców, itd. Kolejne, które pojawiają się w różnych momentach opowieści, wcześniej lub później zaczynają opowiadać o swoich traumach z dzieciństwa, przeżyciach, obciążeniach. Był taki moment, że poczułam się tym zmęczona i szukałam tam choć jednego człowieka, który miał szczęśliwe, albo choć normalne dzieciństwo. Ale ciężko w Kieszeniach przeszłości o niego lub nią, niestety.

Niestety, autorka nie ustrzegła się nielogiczności i braków. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to działanie Kornelii po stracie torebki – siadła do komputera, by zarobić na… nową kartę miejską. Jako osoba jeżdżąca od lat na kartach, wiem, że nie miała takiej potrzeby – wystarczyło iść do odpowiedniego punktu i za niewielką opłatą (pewnie 5-10 zł) wyrobić nową (oczywiście rozumiem, że w torebce mogły być wszystkie jej pieniądze, ale nadal raczej myślałaby o tym, na co potrzebuje większą kwotę).

Ola, po przejściach, praktycznie uciekając z domu przed ojcem, bez rzeczy, przemarznięta, myje twarz w domu swojego chłopaka. Jest zmęczona, przerażona, ale… pamięta o nawilżeniu twarzy kremem, który ma w kosmetyczce. Jakoś w tym stanie chyba nawilżanie twarzy byłaby na dość odległym miejscu wśród moich priorytetów…

Kolejna sprawa, to myśli i odczucia męskich przedstawicieli – oczy Kornelii fascynują Marcina, pociągają, magnetyzują (i analizuje to). Jestem w stanie uwierzyć w takie myśli u nastolatki, kobiety, ale raczej nie u dorosłego faceta po przejściach. Takich fragmentów jest wiele – myślę, że dobrze byłoby kolejną książkę oddać w ręce redaktora mężczyzny z prośbą o zaopiniowanie także od takiej strony.

Następne – mieszanka narratorów (miałam takie momenty, że musiałam się cofnąć, by dojść do tego, kto teraz prowadzi narrację (raz trzecia osoba, raz pierwsza, czasem wymiennie). Drażniące też były przeskoki bez wyjaśnień, jak w przypadku wizyty Oli w szpitalu. Przez wiele stron najpierw nie znałam upływu czasu, potem znalałam i wiedziałam tylko, że była w szpitalu, żeby wreszcie – niemal mimochodem – wyjaśniło się dlaczego. Problem w tym, że ta tajemnica (w kontekście krycia tego przed czytelnikiem) nie miała uzasadnienia w akcji.

Zastanawiam się jak ocenić Kieszenie przeszłości. Z jednej strony zamysł jest bardzo ciekawy i dobrze, że kwestię przemocy w domu, braku akceptacji dla niezamężnej matki, czy wreszcie oczekiwanie, że „dzieci zapłacą za grzechy ojców” nie jest zbyt częste i chętnie poruszane. Poza tym osadzenie wydarzeń na zasadzie „tu i teraz” też ma swoje plusy. I gdyby nie braki logiczne i nastoletnie wręcz podejście do uczuć byłaby to prawdopodobnie jedna z mocniejszych pozycji tego roku. Może drugie, albo trzecie wydanie doczeka się poważnych zmian redakcyjnych, stając się bardzo silną pozycją?

Za egzemplarz recenzencki dziękuję oficynie wydawniczej RW2010.

Wielki marsz, Stephen King aka Richard Bachman

Nie przepadam za Kingiem – nie jestem wielbicielką horrorów, więc nie porywa mnie jego główna twórczość, a Dallas zostawiłam po 100 stronach, więc jakoś nie zaskoczyło. Zresztą, przyznaję, że poza Dallas nie miałam świadomości, że King ma więcej nie-horrorów w dorobku. Aż do chwili, gdy od Koleżanki (Sylwia, dzięki) dostałam do przeczytania Wielki Marsz (napisany pierwotnie pod pseudonimem Richard Bachman). Stał chwilę na półce, ale w końcu stwierdziłam, że wypada oddać, więc trzeba dać jej szansę. I wpadłam…

Wielki Marsz
Wielki Marsz

Każdego roku w USA odbywa się Wielki Marsz. Idzie 100 chłopców w wieku poniżej 18 roku życia (chyba najmłodsi mogą mieć 12 lat, jeśli dobrze zrozumiałam). Zasady są proste – iść trzeba stale w tempie minimum 6 km na godzinę. Nie ma postojów na spanie, siku, jedzenie. Jeśli zwolnisz poniżej wyznaczonej prędkości, usiądziesz, upadniesz – dostajesz ostrzeżenie. Po 30 sekundach – 2, potem 3. Czwartego nie ma, jest czerwona kartka – strzał. Meta jest tam, gdzie padnie przedostatni z zawodników…

Książka jest dość krótka, więc oczywiście nie poznamy wszystkich uczestników wydarzenia. Wiemy o nich tyle, co dzieje się w ciągu tych kilku dni (tak, dni) marszu. Początkowa pewność siebie, z czasem przeradzająca się w ból, strach, próby imponowania, utratę wiary w siebie, czasem szaleństwo, czasem chorobę, czasem odrętwienie. W trakcie marszu każdy reaguje inaczej – są zawiązujące się przyjaźnie, są próby wojen psychologicznych i nie tylko.

A obok – są ludzie. Stawiają zakłady typując zwycięzcę, dopingują, witają w kolejnych miastach. Maszerujący to bohaterowie – mocno pokazuje to jedna ze scen, gdy uczestnik podchodzi do stojącej dziewczyny, całuje ją w usta i łapie za pośladek. A ona pozwala mu na to, a nawet zaryzykuję stwierdzenie, że jest szczęśliwa z tego powodu. Bo to ON, chwilowe bożyszcze. W drugiej połowie książki jest jeszcze mocniejsza scena tego typu (nie, nie chodzi o seks), ale nie będę zdradzać, przeczytajcie sami.

Wielki marsz można traktować jako alegorię… wszystkiego. Ale najprościej popatrzeć na to jako na krzywe zwierciadło mediów i tłumu. Czy zastanawiamy się czemu uczestnicy reality show dla głównej wygranej (jedynej, reszta odpada) decydują się na jedzenie obrzydlistw, na robienie z siebie pośmiewiska, na publiczny seks, albo wyczyny stawiające ich na granicy śmierci? Wątpię – zamiast tego, dajemy im jakąś etykietkę i kibicujemy. A zwycięzca wychodzi w świetle fleszy, stając się kolejnym idolem czekającego tłumu.

Ciekawostką jest to, że King w swojej książce zrobił manewr dokładnie pokazujący ten mechanizm. To odróżnia Wielki Marsz od Igrzysk Śmierci – tam wiedzieliśmy po co Igrzyska są robione i jak reagują poszczególni uczestnicy. W Wielkim Marszu nasza wiedza jest znacznie bliższa wiedzy zwykłego oglądacza. Nie liczcie na to, że dowiecie, że impreza jest czymś więcej ponad rozrywkę dla tłumu, że odkryjecie jakieś tajemnice. Nawet o samych testach (uczestnicy przechodzą je kilka miesięcy wcześniej) niewiele wiadomo. Ot, jakieś są – trzeba m.in. napisać dlaczego chcesz wziąć udział w Marszu, ale odpowiedź chyba nie do końca ma znaczenie. Albo jej ocena jest mocno subiektywna. Tak samo jak niewiele wiadomo o niemal mitycznym Majorze, (który stoi za tym wszystkim). W końcu – kogo to obchodzi? Liczy się walka, liczą się emocje. I ten, co wygra na mecie, o reszcie nikt nie pamięta.

Trochę rozczarowuje zakończenie, ale po kilku godzinach doszłam do wniosku, że takie powinno być – bo tak samo, jak nie mamy pojęcia co naprawdę gra w duszy zwycięzcy reality show, tak samo nie jest nam dane poznać myśli zwycięzcy. I niezależnie od tego jak bardzo chcielibyśmy, by było inaczej, to organiztorzy nam na to nie pozwolą. Ryzyko jest zbyt duże…

Na zakończenie – lubię przeglądać okładki innych wydań, co niezwykle ułatwia mi Goodreads i Google. Czasem cały świat wydaje dany tekst z jedną, max dwoma okładkami, ale Wielki marsz ma już 36 lat, więc jest ich znacznie więcej. Polska nowa jest akceptowalna, acz przyznam, że IMO są lepsze, jak ta poniższa (nie wiem, z którego roku, ale ten but i łuski robią swoje):

wielki_marsz(2)

bądź ta (gdyby była ze zdjęciami, nie rysunkowa, robiłaby spore wrażenie):

6593988

Szukałam jeszcze czegoś takiego, jak ta, tylko z rozmytym na bokach tłumem. Takim, gdzie wydaje nam się, że on tam jest, ale nie widzimy twarzy, wszystko się zlewa

8719554

A tu te i jeszcze inne, jeśli macie ochotę obejrzeć:

A przy okazji wyszło tak, że Wielki Marsz wpasował mi się w wyzwanie „Grunt to okładka”, gdzie w marcu hasłem stała się „Droga”.

Dziewiętnaście minut, Jodi Picoult

Dziewiętnaście minut wystarczy, by przygotować i zjeść śniadanie, by poplotkować z przyjaciółką, przeczytać artykuł, albo dwa i na wiele innych spraw. Siedemnastoletni Peter tyle potrzebował, by dopełnić zemsty zabijając i posyłając do szpitala wiele osób. Pierwsze skojarzenie – młody potwór, może opętany przez gry, albo chory psychicznie. A prawda jest całkiem inna…

19_minutDziewiętnaście minut to opowieść o prześladowaniu i zaniedbaniu. O tym jak dzień po dniu wrażliwe dziecko jest pozostawione samo sobie, stając się coraz mocniej ofiarą prześladowań, śmiechu, drwin. Jak jest upewniane, że „elita” ma prawo do wszystkiego, bo ma… siłę. A skoro tak, to zakończyć tę makabryczną serię można również tylko siłą. Nauczyciele przymykają oko, a każde zgłoszenie do nich kończy się tylko wzmocnieniem prześladowań. Niezwykle mocno pokazuje to zresztą scena rozmowy matki Petera z wychowawczynią (bodaj z przedszkola jeszcze), która wprost matce mówi, że ona jest bezsilna, że to Peter musi się postawić, że to… jego zadanie poniekąd. Ta scena uderzyła mnie chyba najmocniej, wraz z zakończeniem.

Oczywiście osób, które w różny sposób wpłynęły na Petera jest bardzo wiele. To oboje rodzice – choć w zupełnie inny sposób. Przez przymykanie oczu, uwielbienie dla starszego syna, próby zarażania określonymi postawami i hobby. Brat… Przyjaciółka, dla której w pewnym momencie Peter staje się symbolem tego, czym nie chce nigdy się stać. Jej matka, która z powodu jednego wydarzenia, rozdziela ich (znacznie wcześniej). Kolejni nauczyciele – w swojej bezradności, akceptacji dla stanu rzeczy (jakże wygodnej). Poszczególni uczniowie. Internauci.

Bardzo ciekawa jest także analiza reakcji poszczególnych osób na to, co się wydarzyło. Rodziców Petera, którzy próbują sobie jakoś poradzić z tragedią, która ich przerosła. Josie i jej matki. Adwokata, którzy przyjmuje sprawę. Rodziców poszczególnych uczniów – tych, którzy ucierpieli i tych, którzy uniknęli tragedii. Nauczycieli i dyrektora. Policjantów, strażników więziennych. Ludzi z zewnątrz.

Czytając tę książkę zastanawiałam się ile jest takich dzieciaków. Przeszłam 3 podstawówki i liceum. Mając zawsze trochę kilogramów za dużo, też stawałam się ofiarą. Tylko mając inny charakter niż Peter, stawiałam się. Chyba dzięki temu udawało mi się czasem powstrzymać „elitę” i nie doszło u mnie do takiego nagromadzenia agresji, jaka rosła w Peterze. I było mi łatwiej – on mieszkał w małym miasteczku, gdzie zaczynał przedszkole z określonymi osobami, z tymi samymi przechodził podstawówkę i trafiał do liceum. Nie było czystej karty, nowego otoczenia, jakie dostawało się mnie…

Ta książka powinna być lekturą obowiązkową – nie tylko dla uczniów, ale także dla rodziców i nauczycieli. Autorka pokazuje kolejne etapy, jakie zachodzą nie tylko w Peterze, ale także w Josie, jego początkowej przyjaciółce, która z czasem przechodzi do „elity”. Dzięki temu widzimy jak dwie słabe osoby, potencjalne ofiary, reagują, jak się bronią. I jak – oboje (wbrew pozorom Jodie znacznie szybciej) stają się agresorami, kierując swoją działanie w różne strony, na różne sposoby. Przeciw poszczególnym osobom, grupom, a nawet sobie.

Ciekawostka – zwróćcie uwagę na czas, gdy Peter siedzi w areszcie. I na postępowanie dziennikarki.

A także na to, że „co rzucisz za siebie, znajdziesz przed sobą” znajduje tu znacznie szerszy kontekst, niz wydaje się na samym początku. Bo wraca wszystko, tylko w różnym czasie, czasem w zupełnie zaskakujący sposób…

Dziewiętnaście minut zostało wydane w 2009 roku, wpisując się w wyzwanie pod hasłem Dekady na maksa.

Krucha jak lód, Jodi Picoult

Niezwykła książka… Kto śledzi mój blog, wie, że lubię czytać powieści Jodi Picoult. Ale też nie podchodzę do nich bezkrytycznie – nie każda trafia w mój gust. Ale „Krucha jak lód” jest niezwykła…

krucha_jak_lodGłówną bohaterką (tytułową) jest Willow – od poczęcia (tak, nie od urodzenia) chora na wrodzoną łamliwość kości. Jej kości są tak kruche, że już w brzuchu mamy miała kilka złamań nóżek, rączek – prawdopodobnie wystarczyło pochylenie się matki, by ją uszkodzić. Gdy się rodzi, trzeba nauczyć się ją przewijać, karmić, a nawet przytulać. Inaczej – najmniejsza nieostrożność złamie jej kolejne kości.

Mam wrażenie, że gdzieś w odległej historii zetknęłam się z tą chorobą (opisem), ale nigdy nie zdawałam sobie sprawy z tego, że jest aż tak okrutna, że dziecko łamie się już w łonie matki, że potem wiele pielęgnacyjnych zabiegów niemowlęcia może się skończyć śmiercią (połamane kości uszkadzają wewnętrzne organy). Mimo to opisana Willow jest pogodnym dzieckiem, które niemożliwość aktywności fizycznej przekłada na pochłanianie wiedzy. Ciekawostki i nowinki to dla niej największa zabawa i rozrywka. A niewielki wzrost jeszcze potęguje szok obcych gdy zestawiają wygląd 3-latki z wiedzą 10-12-latki…

Picoult lubi salę sądową, więc i tu jej nie brakuje. Matka dziewczynki pozywa swojego ginekologa, twierdząc, że gdyby wiedziała o chorobie córeczki, usunęłaby ciążę. Jednak w „Kruchej jak lód” sprawa sądowa nie robi aż takiego wrażenia (choć słowa „złe urodzenie” muszą wielu ruszać), jak poszczególne sceny. Dla mnie pierwszą z nich była kwestia odebrania Willow rodzicom (jest stosunkowo na początku książki, więc nie zdradzę aż tak wiele). Podczas wyjazdu do Disneylandu, rodzice przez nieuwagę nie zabierają zaświadczenia od lekarza. I trudno się dziwić, że gdy Mała trafia ze złamaną nogą na dyżur, a w prześwietleniach widać masę innych złamań – w leczeniu i wyleczonych – podejrzenie jest jedno. Dziecko jest maltretowane, prawdopodobnie przez ojca. A wyjaśnienia trwają niemało czasu… Opieka społeczna miała rację, ale pomyślałam jak często tego typu rodzice muszą przechodzić przez takie piekło…

Inną sceną, która zrobiła na mnie niesamowite wrażenie, było spotkanie Willow – na wózku – z dziewczynką chorą na raka (podczas leczenia chemioterapią). I to jak obie po prostu się na siebie „gapiły”. Bo choć obie wiedziały, że są inne, to nagle trafił się ktoś – w ich oczach – bardziej inny, kto przykuwał uwagę i pozwalał czuć się (chyba) lepszym.

Willow to jedna z najciekawszych postaci stworzonych przez Picoult. Dziewczynka nad wiek rozwinięta i mądra, ale jednak wciąż dziecko. Dziecko, które ma świadomość swoich ułomności, ale też obwinia siebie i swoje ułomności za decyzje podejmowane przez dorosłych. I jak wiele dzieci – to ona próbuje ich chronić przed kolejnymi złymi nowinami.

To książka, przy której się płacze, albo przynajmniej wzrusza. Nie da się inaczej.

Na koniec – okładki – większość autorów poszła w schemat i dziewczynkę jeżdżącą na łyżwach (marzenie Willow) lub dziewczynkę i łyżwy. Polski ilustrator – umieścił zbliżenie twarzy dziewczynki. Ale jedna z najciekawszych nie pokazuje dziewczynki, ani łyżew. A mimo to oddaje całość aspektu kruchości i delikatności…

jodi picoult_handle with care

Grand Avenue, Joy Fielding

Cztery przyjaciółki. Przypadkowe spotkanie przy piaskownicy, deszcz i niekończąca się rozmowa… Cztery różne kobiety, różne charaktery, kilkoro dzieci i zupełnie różne historie życia. Nierzadko dramatyczne…

grand_avenue

Chris, Barbara, Susan i Vicky. Pierwsza – szczęśliwa matka i mężatka. W rzeczywistości kobieta maltretowana fizycznie i psychicznie przez męża, z dziećmi wciąż nastawianymi przeciw niej. Barbara – szczęśliwa mężatka, była Miss, która nieodmiennie wierzy w swoją urodę i puszcza mimo uszu plotki o ciągłych zdradach męża. Susan – ambitna matka, która wraca na studia, choć nie ma jeszcze planów na później. Na koniec Vicki – ambitna i zdolna pani adwokat, która z kolei dość luźno traktuje wierność i uczciwość wobec męża.  Mimo drastycznie różnych charakterów – znalazły wspólny język i następne lata spędzały wspólnie.

Początkowo sądziłam, że Grand Avenue będzie pisana z punktu widzenia Susan, ale nie do końca tak jest. Widzimy też sceny z punktu widzenia innych przyjaciółek. Nie ukrywam, że szczególnie bolesne są te widziane oczami Chris. Bicie i poniżanie już samo w sobie jest straszne, ale nie ukrywam, że najgorsze były reakcje dzieci, przejmujących podejście ojca.

Niewiele można napisać nie zdradzając szczegółów. Ale już od początku książki wiemy, że dwie przyjaciółki umrą nie doczekawszy sędziwego wieku. I choć łatwo jest obstawiać, która z nich będzie jedną z nich, to rozwiązanie jest zaskakujące (i dobrze).

To nie jest typowa książka – większość książek z kobiecymi bohaterkami przyjaciółkami jest ciepłych, z uśmiechem, a wszystkie problemy w końcu znajdują pozytywne rozwiązanie. Tu od początku wiemy, że tak nie będzie. Ukazane problemy są mroczne, a wybierane rozwiązania niekoniecznie prowadzą do szczęśliwego końca. I choćby dlatego warto sięgnąć po Grand Avenue – by zobaczyć życie, w którym na końcu jednak nie ma tęczy, a miłość nie wszystko zwycięża…

Niezgodna, Zbuntowana, Veronica Roth

W Igrzyskach śmierci zakochałam się. Uwiódł mnie zbudowany świat, przemyślani i konsekwentnie prowadzeni bohaterowie, wreszcie świetne pokazanie mediów i PRu. Mimo, że druga i trzecia część była słabsza niż pierwsza, to i tak całość bardzo lubię. I dlatego chodziła za mną Niezgodna. Choć na Goodreads Magdalena napisała mi, że nie warto i odłożyłam, to okładkowe porównanie do Igrzysk przyciągało jak magnes… A skoro już sięgnęłam po  Niezgodną, to od razu zarezerwowałam czas na Zbuntowaną, czyli drugą część.

niezgodna zbuntowana

Rzeczywiście , od początku książki trudno nie zwrócić uwagi na nawiązania do Igrzysk. 16-latkowie dokonujący wyboru decydującego o ich dalszym życiu (wiek Katniss), wraz z Inauguracją (łagodniejsze wydanie Dożynek), frakcje (dystrykty), zrujnowane Chicago vs zrujnowane USA. Jednak stanowczo (od początku) nie zgodzę się, że ta książka jest lepsza (ale o tym dalej). Za to sama główna bohaterka przypominała mi inną, z antyutopijnych serii – Mary z Lasu zębów i rąk – roztrzepana, wycofana, ale nagle bardzo odważna, dość niekonsekwentnie zbudowana i w wielu miejscach irytująca.

Niezgodna zaczyna się testem predyspozycji – przechodzą go 16-latkowie, którzy w ten sposób zdobywają podpowiedź jaką frakcję (Altruizm, Nieustraszoność, Erudycję, Serdeczność, czy Prawość) powinni wybrać. Niezależnie od jego wyniku (w sumie to się nie dziwię, bo test – według opisu – trwa jakieś 5 minut i osoba dostaje 2 – 3 sceny, a na podstawie jej prostych zachowań wyciągane są najprostsze wnioski), ostateczną decyzję mogą podjąć sami – w kolejnym dniu, na uroczystości inauguracji. Tu zobaczymy pierwszą krew – nie ukrywam, że kompletnie nie rozumiem, dlaczego podczas wyboru, nastolatki nacinają sobie dłonie nożem i wlewają swoją krew do odpowiedniej miski; niezależnie od wybranej frakcji. Beatrice, nasza główna bohaterka, przechodzi test z dziwnym wynikiem. Okazuje się, że może być Altruistką, Erudytką albo Nieustraszoną. Najwyraźniej jest to niebezpieczne, choć nie wie dlaczego… Niezależnie od tego – porzuca swoją frakcję wyjściową i wybiera Nieustraszonych. Jest w szoku, gdy podobną decyzję podejmuje jej brat – on jednak odchodzi do Erudytów…

Ciąg dalszy oglądamy już w całości z punktu widzenia Tris (takie imię przybrała w Nieustraszoności). Poznajemy sposób treningów, eliminacji (ci, którzy nie odnajdą się w wybranej frakcji, zostaną bezfrakcyjnymi, co kojarzy się z najgorszym życiem – najgorsza, niechciana praca, zawsze za mało jedzenia i ubrań, brak perspektyw i wyboru). Oczywiście mamy też wątek miłosny – pomiędzy Tris, a Cztery (instruktorem, dwa lata od niej starszym).

Nieustraszoność to bardzo brutalna frakcja – adepci walczą ze sobą nie treningowo, a naprawdę – nie do pierwszej krwi, czy poddania się, ale do momentu utraty przytomności. Walczą prawdziwą bronią i często są wystawiani poza swoje granice odwagi i wytrzymałości. Ludzie tu są z natury i wytrenowania okrutni. I tu zaczyna się pierwszy mocny zgrzyt. To okrucieństwo – choć uzasadniane strachem, odrzuceniem, chorą ambicją – w całości nie do końca jest uzasadnione. Często lejąca się krew (na Lubieczytać ktoś napisał, że przypomina to kiepską grę komputerową – dokładnie takie poczucie miałam momentami, choć nie umiałam tego tak celnie nazwać :)) wygląda jakby Autorce brakło pomysłu na mocny opis, jakby brakło słów, bądź wyobraźni jak przekazać tamte emocje bez hektolitrów czerwonego płynu…

Niezgodna kończy się… nieoznaczono 😉 Czyli (tego każdy łatwo się domyśli, więc nie zdradzam tu nic) Tris zostaje w swojej frakcji, choć jej życie i otoczenie się zmienia – zaczyna się wojna (to z kolei jest w opisie okładkowym – nie będę zdradzać jak wojna wygląda, by nie odebrać Wam przyjemności czytania).

Druga część, Zbuntowana, to już czas wojny. I ona toczy się całą książkę. Tu jednak (mimo, że nadal obserwujemy wszystko z punktu widzenia Tris), poznajemy życie w innych frakcjach. Dowiadujemy się jak wyglądały treningi i inicjacje u Erudytów, czy Prawości, jak wygląda życie w Serdeczności (Altruistów i Nieustraszonych już znamy), a także jak wyglądają układy wśród Bezfrakcyjnych. Okazuje, że niektórzy pochowani jednak żyją, że inni (źli) mają swój honor i zawsze spłacają długi (powiem szczerze, że ta scena było jedną z bardziej niewiarygodnych…). Zbuntowana wciągnęła mnie po 70% książki (tak, ostatnie 30%  jest przyzwoite). I… byłam pewna, że nie będzie rozwiązania tajemnicy (po to, żebym sięgnęła po trzecią, niewydaną jeszcze część). Ale p. Roth jednak rozwiązała tajemnicę. Nie znam pomysłu na trzecią część, więc nie wiem, czy to dobrze, czy źle – może sprawdzę na koniec roku. A może nie – nie jestem pewna…

Odrębną kwestią jest wątek romansowy. Wiem, obie strony to nastolatki (16 i 18 lat), choć ten mający 18 to w tamtym świecie nierzadko przywódca swojej frakcji, człowiek już mocno doświadczony i po przejściach. Jednak całość jest bardzo nastolatkowa w wydaniu naszego świata. Fascynacja młodej adeptki instruktorem, który „nikomu nie ufa”, ale o niej „od razu wiedział, że jest inna” to typowe podejście naszych nastolatków – niedoświadczonych, młodych, żyjących pod opieką rodziców, których problemem jest klasówka, a nie to, czy przeżyją następny dzień…

Czy warto przeczytać Zbuntowaną? Nie wiem… Wielbicieli jest wielu. Sam pomysł nie jest już świeży, postacie niekonsekwentne. Ale sama książka czyta się dość łatwo i szybko, acz trudno nie zauważyć błędów (przecinki, literówki). Niemniej wiem, że wiele osób ich nie zauważa, więc nie będzie im przeszkadzać. To, czego bardzo żałuję, to niewykorzystany potencjał. Igrzyska siedziały we mnie chwilę po zakończeniu czytania, prowokowały do analizy. Niezgodna tego nie robi. Książkę się zamyka i… tyle.