Cudowne tu i teraz, Tim Tharp

O filmie Cudowne tu i teraz dowiedziałam się kilka miesięcy temu, gdy poleciła mi go moja Przyjaciółka. Trochę mi było jakoś nie po drodze z nim wciąż i z zaskoczeniem kilka tygodni temu zobaczyłam, że jest książka. Film już czekał nagrany (jest nadawany na HBO obecnie), a ja – zgodnie z zasadą, której staram się trzymać – sięgnęłam najpierw po książkę.

Cudowne_tu_i_terazZnając powieści Johna Greena jestem trochę zaskoczona, że Cudowne minęło właściwie bez echa. To książka o młodzieży, dla młodzieży, poruszająca ich problemy, pisana dość lekkim językiem. Nie wiem – może brakło mocnej reklamy (bo i film chyba nie trafił do kin), może mimo wszystko sama postać głównego bohatera nie do końca zaskoczyła…

No właśnie – u Greena bohaterowie są raczej pozytywni, bez problemu się z nimi identyfikujemy, (a na pewno męscy bohaterowie), natomiast Sutter… Sutter jest raczej specyficzny. Podejrzewam, że niewielu czytelników przyzna się otwarcie, że się z nim identyfikuje. To przystojniak, szkolny błazen, trochę wagarowicz, niewątpliwie imprezowicz. Gość znany także z tego, że łatwo zmienia dziewczyny i nie jest zbyt wstrzemięźliwy w kontaktach z nimi. A to nie koniec – Sutter jest uzależniony od alkoholu (pije od rana, pije w pracy, którą zresztą z tego powodu traci, choć jest stosunkowo dobrym sprzedawcą, pije w domu i w drodze do szkoły i na studniówkę, a także w jej trakcie), choć – jak chyba większość alkoholików – oczywiście się do tego nie przyznaje, nawet sam przed sobą.

Z czasem dowiadujemy się o skomplikowanej sytuacji Suttera (rozbita rodzina, żal o to do matki, do ojczyma, brak bliższego kontaktu z siostrą), co może tłumaczyć jego pozę na bycie wyluzowanym. I chyba ta poza sprawia, że tak naprawdę ta dusza towarzystwa nie do końca jest wszędzie pożądana.

Teoretycznie wszystko się zmienia, gdy Sutter poznaje Aimee. Aimee to drugi biegun – szara myszka, kujonka, która ciężko pracuje i w niemałym stopniu utrzymuje rodzinę, która jej nie szanuje i raczej przyjmuje za normalny stan, w którym Aimee jest wsparciem i służącą. Pozornie nie mają szans, ale w praktyce jestem w stanie uwierzyć, że potoczyłoby się to dokładnie w tę stronę, w którą idzie w książce. Sutter początkowo spotyka się z nią, żeby było miło, potem oboje zaczynają się angażować.

W tym momencie zaczyna się silny rozdźwięk między moimi odczuciami, a kilkoma recenzjami, które dane mi było czytać. Nie uważam, że Aimee jest mocną postacią, że jest narysowana silną kreską, że się wyróżnia. Jestem także przekonana, że Aimee się zakochała w Sutterze i on w niej raczej też, ale trudno tu mówić o głębokiej miłości, o niesamowitej zmianie obojga. To, co łączy tę dwójkę, to nastoletnie zakochanie, przy równoczesnym wypełnieniu braków uczuć ze strony rodziny (zarówno po stronie Suttera, jak i Aimee). Oczywiście każde z nich zyskuje sporo w tym związku (choćby przez wejście w nowe dla siebie środowisko i spojrzenie na świat pod innym kątem), ale i niemało traci (szczególnie Aimee). Trudno mi oceniać czy wychodzi na zero, czy niekoniecznie – myślę, że każdy czytając te książkę, musi zrobić to sam.

Książka ma swoje plusy i swoje minusy. Niewątpliwie do nich należy wcale niełatwy temat alkoholizmu nastolatków, pokazany z punktu widzenia uzależnionego. Muszę przyznać, że wyszło to całkiem nieźle, choć może szkoda, że bardzo szybko zyskujemy pewność, że chłopak już jest alkoholikiem (pije niemal cały czas, więc ciężko mieć wątpliwości – i to akurat jest mocny minus).
Kolejną kwestią na plus jest nieoczywiste zakończenie i raczej nie takie, którego się spodziewacie. Minusem jest to, że jest tak dalece nieoczywiste, że poczułam się bardzo rozczarowana.
Plusem jest język, minusem – rozciągnięcie niektórych aspektów, co sprawia, że stają bardzo przewidywalne.

Czy warto przeczytać? Od razu uprzedzam – to nie jest Green, więc trzeba podejść do Cudownego tu i teraz z pełną tego świadomością. Niemniej – zacznijcie. Jeśli w okolicach 50-60 strony dojdziecie do wniosku, że Was nie wciąga, a bohater Was irytuje – to mówię otwarcie, że to się raczej nie zmieni. Jeśli Sutter – mimo swojej pozy i alkoholizmu – sprawi, że będziecie ciekawi jak daleko się posunie (on i autor) – dokończycie niewątpliwie i bez mojej zachęty 😉

 Cudowne tu i teraz wpisało mi się także w wyzwanie „Grunt to okładka” pod hasłem „Ekranizacje”

Reklamy

Kobieta w czerni, Susan Hill

Przerażające zwiastuny filmu sugerowały, że książka jest mocna. Nie poszłam na film, bo najpierw (zgodnie z moją zasadą) chciałam poznać książkę. Ale nie mogłam się zebrać. Jednak w końcu, pełna obaw (nie przepadam za horrorami, acz te w stylu 6 zmysłu, czy Innych mnie pociągają) zaczęłam…

kobietaPoczątek jest wręcz słodki. Cudowna rodzinka zebrana wokół choinki – sielski obrazek. I tylko mała rysa, bo ojciec rodziny nie chce się bawić w opowiadanie strasznych historii, a nawet zachowuje się, jakby opowieści innych go dotknęły. Potem cofamy się w czasie, poznając te właśnie traumatyczne przeżycia…

Susan Hill sięgnęła po większość znanych mi w tym zakresie środków. Czyli mamy niepewność, krzyki, jęki (w tym płacz małego dziecka, przerażenie ciut starszego dziecka), bulgot topielców, skrzypiąca podłoga, rżenie koni we mgle, cmentarz koło domu, wreszcie tytułowa kobieta w czerni i SEKRET, o którym nikt nie chce mówić.

Pierwsze… nie wiem, może 30% książki czekałam – nawet miałam lekko gęsią skórkę. I czekałam na więcej – na to, że zacznę się bać i myślałam o tym, czy wystraszy mnie na tyle, bym odłożyła Kobietę, czy też jednak nie. Ale kolejne strony mijały, a tu nic. Wciąż miałam lekko gęsią skórkę (coraz rzadziej, bo coraz więcej elementów stało się przewidywalnych. Zgadzam się w tym miejscu też z opinią zniesmaczonej na lubimyczytac.pl, która napisała, że jaśniejszym punktem książki jest suczka Fryga. Rzeczywiście to ciekawa i zabawna postać i na fragmenty z nią się czeka. Niestety na pewnym etapie już w przeciwieństwie do Arthura, który staje się nieustannie nudno-myślący.

Kobieta w czerni jest książką pozornie wielopoziomową. Jest o samotności, zabobonach, stereotypach, zbiorowym strachu, a także o matce, której dwukrotnie odebrano dziecko. Na pewnym etapie całość się scala i byłoby to świetne, gdyby się nie dublowało. Ale – według zasady, że historia toczy się (jak fortuna) kołem – kolejne wydarzenia pojawiają się tworząc pewnego rodzaju deja vu…

Myślę, że ta książka miała spory potencjał, ale zabiło ją albo niezdecydowanie Autorki, albo kwestia czasów, w jakich powstała Kobieta w czerni. Może gdyby nie otaczało nas tyle opowieści o wampirach i duchach, oraz bardzo ostrych i nieprzyjemnych w odbiorze horrorów, to możliwe, że ta powieść wywołałaby co najmniej problemy z zasięgiem. Ale rzeczywistość i obecna kultura jednak odebrały jej ten poziom strachu, jaki powinna wywoływać.

Miasto slepcow, Jose Saramago

Nie wiem jak podsumować tę książkę. Jest równocześnie fascynująca i wkurzająca, wciągająca i obrzydliwa, wzruszająca i zobojętniająca…

To co najmocniej na początku rzuca się w oczy, to przedziwna konstrukcja książki. Brak dialogów (właściwie są, ale specyficzne – wplatane w zdania, czasem ciurkiem pisane, czasem jako mowa zależna), brak imion (wszystkie osoby są opisywane – dziewczyna w ciemnych okularach, żona lekarza, pierwszy ślepiec, itd.), nienazwane miasto, ani kraj. Do tego mieszane momentami czasy (nawet w jednej frazie) i baaardzo długie zdania – to wszystko sprawia, że książka wymaga skupienia, żeby całość ogarnąć. Po pewnym czasie czytelnik się przyzwyczaja, ale początek jest niełatwy.

Kolejna kwestia to naturalistyczne opisy. Choć… mówiąc szczerze – spodziewałam się czegoś znacznie gorszego. Mimo kloacznych opisów, odchodów zalegających korytarze i ulice, nawet opisy gwałtów są dość delikatne. Możliwe, że dla naszych dziadków byłyby szokujące, ale w obecnej dobie bywają gorsze w książkach, których tematyka zupełnie nie usprawiedliwia użycia takich środków. I właściwie ten brak mocnego uderzenia jest moim zdaniem minusem tej książki. Bo trudno mi uwierzyć, że ludzie upodleni, odarci z podstawowego dla wielu zmysłu (wzroku), ale też głodni i przerażeni nie posuną się znacznie dalej niż jedzenie surowego mięsa (zresztą jak niewidomy, wśród ślepców i bez prądu i gazu miałby je przygotować??)

Jest w tej książce kilka scen, których kompletnie nie rozumiem. Niezależnie od tego, czy widzę, czy nie, zazdrość o ukochaną osobę jest czymś zupełnie naturalnym. A jeśli jeszcze jej brak jest właściwie zbędny, to już całkiem tego nie rozumiem… Niestety – takich nieścisłości, a raczej niekonsekwencji jest więcej w powieści. Nie wiem czy to przypadek, czy autor miał coś na celu, a potem o tym zapomniał.

Mimo to Miasto ślepców wciąga – gdy przebrnie się początek i przyzwyczai do konstrukcji, ciężko się oderwać. Oczywiście zapewne dla osób często czytających książki katastroficzne, pewnie nic nie bedzie zaskoczeniem. Dla tych znających naturę ludzką – też nie. Ale mimo to sprawdzamy co będzie za chwilę i jak daleko autor każe się posunąć zdesperowanym bohaterom.

Jeden dzień, David Nicholls

Tę książkę przeczytałam dzięki Złotej Zakładce. Była kilka razy w nominacjach, więc pomyślałam – musi w sobie coś mieć. I… ma.

Przede wszystkim ma ciekawy koncept. „Jeden dzień”, to książka, której akcja toczy się przez 20 lat, ale zawsze widzimy jeden, konkretny dzień – co roku 15 lipca. I ich dwoje – Emmę i Dexa, czyli jedną z pozornie bardziej niedobranych par, jakie można sobie wyobrazić. Ona – niezbyt pewna siebie, przekonana, że nie jest atrakcyjna, zaczęła karierę od pracy w podrzędnym barze, by po paru latach dojść do wniosku, że właściwie jest w punkcie wyjścia. On – przystojniak, pewny siebie do bólu, robiący karierę w telewizji, któremu właściwie wszystko przychodzi łatwo. I zapewne dlatego, mimo wielu prób, pozostają przyjaciółmi, ale jakoś się nie schodzą. A nawet jak próbują, to w nieodpowiednim czasie. Jak w tej bajce o czapli i bocianie…

Z jednej strony to opowieść o dwójce ludzi, parze przyjaciół, z drugiej jednak to także historia szukania siebie i swoich dróg do szczęścia. Przez pracę, alkohol, sex. Przez nieustanne zmiany, próby. Przez odrzucanie związków, albo rzucanie się z jednego w drugi. To także opowieść o ludziach zagubionych we własnym, trochę wymyślonym, świecie. Wreszcie – o dojrzewaniu.

Niezależnie od tego, czy Emma i Dex się komuś podobają, czy nie (ona bywa drażniąca, a on irytujący, ale kto nie jest ;)), to książka kipiąca od emocji. Praktycznie każda z 20 odsłon niesie coś zupełnie innego ze sobą i co innego odkrywamy. Nie jest to co prawda karuzela emocji (i chyba dobrze), ale raczej stopniowanie. Kolejne sceny przygotowują na kolejne. Choć na ostatnią nie będziemy przygotowani… Niewątpliwym plusem jest też zapewne to, że książka nie jest słodka. Możemy lubić Dexa, ale jego zachowanie będzie poniżej krytyki, a Emą chciałoby się potrząsnąć i zapytać w jakim świecie żyje. Ale w życiu też tak jest…

Na pewno nam – pokoleniu, które trafiło do szkoły i na studia pod koniec XX wieku, łatwo się odnaleźć w opisanych postaciach. Bliska jest nam opisywana muzyka, popularne książki, tamto życie. Pewno dlatego książka osiągnęła taki sukces.

Jeden dzień warto przeczytać – choćby po to, by zobaczyć, że choć „wszystko już widziano”, to nadal można czymś zaskoczyć. A także po to, by odkryć jak wiele to jest te 20 lat i jak zmieniają się w tym czasie ludzie – my też…

Trylogia Igrzysk Śmierci, Suzanne Collins

Przyznaję się – jak ponoć był boom na tę książkę, jakoś mnie ominęła. Przemknęła niezauważona. Ze dwa miesiące temu, w kinie, pojawił się zwiastun filmu Igrzyska śmierci. I było w nim coś, co mnie przyciągnęło. A Google powiedział o książce i o następnych częściach… I tak przez tydzień – przeczytałam całość – Igrzyska śmierci, W pierścieniu ognia i Kosogłos.

Podobno to książka młodzieżowa. No w sumie – jest nastolatka, są rozterki (który z chłopaków to Ten), jest naiwność i nieumiejętność panowania nad emocjami. Ale z drugiej strony to znacznie głębsza książka – pełna okrucieństwa, polityki, siły mediów i naszego stosunku do tego, co widzimy na ekranie. I chyba dlatego wciąga, ale gdy popatrzy się na nią przez pryzmat medialny, sprawia, że wraca się do niej silnie myślami.

Główna bohaterka to Katniss Everdeen. Poznajemy ją jako 16-letnią dziewczynę. Nastolatkę, ale już doświadczoną przez życie. Żyje w biednym dystrykcie, gdzie głód wielu zagląda w oczy. Jej ojciec zginął w kopalni, co matka przypłaciła olbrzymim załamaniem nerwowym i zamiast zająć się dwójką dzieci, zamknęła się w sobie. Na dodatek ma młodszą siostrę, więc próbowała przy życiu utrzymać nie tylko siebie, ale i ją.

Dystrykt 12, w którym mieszka rodzina Everdeen to najdalszy i jeden z najbiedniejszych dystrykt (górniczy) w państwie Panem, powstałym na gruzach Ameryki Północnej (a może USA?). Całe Panem rządzone jest z Kapitolu (stolica), który stanowi coś w rodzaju odrębnego dystryktu. Generalnie mieszkańcy poszczególnych dystryktów nie podróżują ani do innych dystryktów ani do stolicy. Poza jednym wypadkiem – Igrzysk śmierci (a właściwie – Głodowych Igrzysk). Co roku, na pamiątkę buntu Dystryktów przeciw Kapitolowi, rozgrywana jest okrutna walka 24 osób z 12 dysktryktów (po 1 mężczyźnie i 1 kobiecie z każdego), walka na śmierć i życie. Już to samo jest okrutne w sobie – ale najbardziej uderza wiek zawodników (trybutów) – 12-16 lat…

Początek pierwszej książki to właśnie losowanie trybutów do 74 Igrzysk. Wylosowana jest Prim Everdeen (siostra Katniss), za którą nasza bohaterka zgłasza się jako ochotniczka (pierwsza w historii z tego dystryktu).

Ciąg dalszy to opisy przygotowań – ale nie tyle są to warsztaty walki (to też, ale ile można się nauczyć przez kilka dni?), co przygotowań wizualnych. Trybuci mają specjalnie projektowane stroje, przeprowadza się z nimi wywiady, mają zrobić wszystko, by zostali zapamiętani. Bo to da im przychylność sponsorów i widzów. A bez pieniędzy sponsorów mają niewielkie szanse na przeżycie…

Zastanawiam się jak opisać pozostałe książki, nie zdradzając zakończenia tej pierwszej 😉 Z drugiej strony, skoro są kolejne, to wiecie, że Katniss przeżyła. Nie zdradzę jednak jak…

Muszę przyznać, że Suzanne Collins potrafi świetnie budować postacie, szczególnie te drugoplanowe. Chyba każdy, kto czytał Igrzyska, pamięta Cinnę. I nie dlatego, że pojawia się także w drugiej części i jest obecny na kartach trzeciej. To postać niezwykle ciepła, choć lekko wycofana. Ktoś, kto potrafi zrozumieć i uspokoić emocje innych – nie tylko Katniss, ale też swojego zespołu. Szef – ideał, choć zupełnie nie o to tu chodzi.

I tu muszę przyznać, że Lenny Kravitz świetnie odtworzył Cinnę w filmie. Choć chyba byłby ostatnią osobą, którą sama bym wybrała do tej roli – jest naprawdę dobry. Emanuje spokojem, sympatią i taką nieuchwytną nutą, która mówi, że spokojnie można mu zaufać 🙂

Kolejna postać to Haymitch – zwycięzca sprzed wielu lat i mentor Katniss i Peety (towarzysz niedoli w Igrzyskach). To postać, która w pierwszej części bywa niezwykle zabawna, choć przy tym także bardzo inteligentna (zwłaszcza wtedy, gdy nie jest całkiem zamroczony alkoholem). Podejście do niego (u czytelnika) zmienia się z kolejnymi tomami, gdy poznajemy urywki jego historii, gdy zaczynamy się dowiadywać jak wygrał swoje igrzyska i czemu nie ma nikogo bliskiego…

Wreszcie Prezydent Snow – przywódca Panem. Nie do końca poznajemy go w pierwszej części – raczej dopiero w drugiej, ale rys jest silny – czytając miałam przed oczami Donalda Sutherlanda. I bardzo się cieszę, że to on został umieszczony w obsadzie. Pozornie można powiedzieć, że to okrutnik, sadysta, morderca nawet, itd. Ale z drugiej strony to wytrawny polityk, który świetnie wyczuwa nastroje w państwie i robi wszystko, by zachować status-quo.

Mogłabym dalej opisywać poszczególnych bohaterów – Peeta (akurat jego postać w filmie została IMO strasznie spłaszczona i źle pokazana) – syn piekarza z talentem do porywania ludzi słowami; talentem, z którego nie zdaje sobie zupełnie sprawy; Gale – twardy wychowanek Dwunastki, którego pewne cechy odkrywane są dopiero w trzecim tomie. I nagle orientujemy się, że przesłanki były już w Igrzyskach, a Kosogłos to naturalny rozwój postaci… Rue, Cato, Finnick, dziesiątki innych… Chyba jedną z naprawdę niewielu postaci, którym czegoś brakło była Prim – nawet w ostatniej części pozostała jakaś lekko bezbarwna, choć „wszyscy ją kochali”.

W całej trylogii nie brak okrucieństwa. Krew leje się często (najpierw na arenie, w Kosogłosie – już wszędzie), ale bardziej okrutne jest łamanie postaci psychicznie. I tu należy się olbrzymi szacunek Autorce – jest niezwykle konsekwentna w swoich działaniach. Bohaterowie nie zdrowieją nagle i z powodu np. miłości – raczej długo się zbierają i często tortury i przeżycia zostają w nich do końca życia. Poza tym cieszę się, że Katniss nie okazała się być super-bohaterką, która mimo zadawanych ran fizycznych i psychicznych bez problemu sobie radzi. W Kosogłosie nieraz widzimy zagubioną nastolatkę, która wewnątrz raz jest twardym wojownikiem, a za chwilę zrozpaczoną, przerażoną dziewczyną, która najchętniej uciekłaby jak najdalej od tego, co się wokół niej dzieje.

Na koniec – nie liczcie na holywoodzkie zakończenie… I tym mocniej polecam całość. A później przyjrzyjcie się obecnym reality-show i polityce…

Jedyne czego mi brak, to naszkicowania (kilku zdań) o sytuacji politycznej w Panem po wszystkich wydarzeniach. Co prawda decyzja podjęta przez Katniss wskazuje, że jest lepiej, ale przydałby się krótki opis.

PS Film jest całkiem niezły (obawiałam się kolejnego Zmierzchu, przesłodzonych scenek), ale polecam iść po przeczytaniu książki. Nie ma w nim wielu smaczków, jak choćby chleba z 11 Dystryktu (w Igrzyskach przeczytacie o co mi chodzi :)), a Peeta nie jest uosobieniem dobra i nierzadko – naiwności, a raczej człowiekiem o dużym wyczuciu mediów i tłumu (co jest mało realne akurat w jego sytuacji).

Informacje:
Igrzyska śmierci, W pierścieniu ognia, Kosogłos – Suzanne Collins
Tytuł oryginalny: The Hunger Games, Catching Fire, Mockingjay
Język oryginalny: angielski
Tłumacze – Małgorzata Hesko-Kołodzińska, Piotr Budkiewicz
Rok pierwszej publikacji książkowej: 2008, 2009, 2010
Miejsce i rok polskiego wydania: Poznań, 2009, 2009, 2010
Wydawca – Media Rodzina
ISBN: 978-83-7278-357-8, 978-83-7278-395-0, 978-83-7278-491-9

Bez mojej zgody, Jodi Picoult

Niezwykła książka – poprzez temat i kontrowersje, jakie musi wywołać.

Bez mojej zgodyPo raz pierwszy zobaczyłam opis tej książki u Chiary, a sam temat zafascynował mnie na tyle, że chciałam ją przeczytać. 13-letnia dziewczynka, która została poczęta po to tylko (tak naprawdę), by być lekarstwem dla swojej siostry (świetnie oddaje to starsza okładka książki – ta ze stokrotkami). Początkowo miała tylko oddać jej krew pępowinową i to miało wystarczyć. Ale choroba siostry się nie poddała i nie wystarczyło – wielokrotne oddawanie krwi i szpiku, niekończące się dni spędzane w szpitalu zamiast w domu, na zabawie. Dla Anny jest to normalne, dopóki któregoś dnia rodzice, (a właściwie matka) oczekują od niej oddania siostrze… nerki. Ta sytuacja rozpoczyna lawinę zdarzeń, ponieważ Anna buntuje się i idzie do sądu żądając samostanowienia o własnym ciele.

Ponieważ sama nieraz bywałam „adwokatem diabła”, w pełni rozumiem adwokata, który bez wahania wziął sprawę. Tak samo jak rozumiem Annę, która świetnie definiuje w pewnym momencie siebie (zwróćcie uwagę na fragment z rozwiązywaniem krzyżówki – moim zdaniem to najmocniejszy fragment w całej książce), matkę dziewczynek, choć poniekąd budzi równocześnie we mnie odrazę, brata, który zagubił się całkowicie w takim otoczeniu (trudno nazwać je zdrowym – nawet przez przypadek). Najnormalniejszy w tym środowisku jest Brian – ojciec dziewczynek, choć przy tym wszystkim jego postawa też mui budzić mieszane odczucia. Rację ma Libro w swoim opisie książki, zauważając, że każdy z bohaterów ma spore problemy i trudno znaleźć kogoś kto ich nie ma – ale też w takiej sytuacji, jaką nakreśliła Picoult chyba nie ma innej możliwości…

Całość warto przeczytać – Picoult przedstawiła temat z różnych perspektyw (kolejne rozdziały pokazywane są z punktu widzenia innej osoby) i chyba trudno opowiedzieć się jednoznacznie po którejkolwiek ze stron. Sama nie wiem co zrobiłabym na miejscu Anny, bądź jej matki. Może też nie byłabym nigdy w stanie przerwać tego połączenia? Bo sama jestem przekonana, że gdyby lekarze mi powiedzieli, że kolejne dziecko jest ratunkiem dla już istniejącego, to nie zawahałabym się.

Książka napisana jest sprawnie, dość lekkim językiem. Zakończenie… jest hollywoodzkie, ale chyba najbezpieczniejsze dla amerykańskich czytelników… (a filmu jeszcze nie widziałam, więc się nie wypowiem).