W sieci umysłów, James Dashner

„W sieci umysłów” to pierwsza część kolejnej trylogii Jamesa Dashnera (Doktryna śmiertelności). Postawiłam tej książce wysoką poprzeczkę – podobał mi się „Więzień labiryntu” i oczekiwałam czegoś na podobnym poziomie, czegoś w miarę nowego, świata, który nie został opisany jeszcze w 20 innych książkach.

w-sieci-umyslowI, niestety, chyba ta poprzeczka powędrowała zbyt wysoko. Książkę czyta się nieźle, to prawda, napisana jest dość sprawnie, nie nudzi. Z jednej strony wierzymy, że główny bohater powinien przeżyć (wszak to początek trylogii), z drugiej – było kilka momentów, w których zastanawiałam się, czy na pewno w następnej książce nie dostaniemy nowej grupy dzieciaków… Ale równocześnie mam problem ze stworzonym światem. Wynika on z tego, że niemal nic o nim nie wiem o wykreowanej rzeczywistości. Informacje, jakie dostaje czytelnik ograniczają się do takich wiadomości jak:
– gry video stały się niezwykle popularne (acz w dużej mierze grają w nie młodzi, czyli pod tym względem niewiele się zmieniło),
– weszły na znacznie wyższy poziom – gra się leżąc w czymś w rodzaju trumny, z przypiętymi rurkami, które z jednej strony dbają, by wszystko, co dzieje się w grze, było realnie odczuwalne (ból, przyjemność), ale i dostarczają składników odżywczych,
– jedna z najpopularniejszych gier – VirtNet – ma wiele poziomów, a pewnego rodzaju świętym graalem jest Głębia życia, do której dostać się jest bardzo ciężko (gracze muszą najpierw zebrać wiele punktów i wykazać się wysokiej klasy umiejętnościami, także w zakresach społecznych),
– gracze mogą hackować grę po prostu myślami wchodząc w kod i zmieniając go (wiemy tylko, że do tego siadają i zamykają oczy i… po prostu zmieniają kod).

I na dobrą sprawę to wszystko. Michael, główny bohater, chodzi do szkoły i nawet chyba ją lubi, choć nie ma tam żadnych przyjaciół i nawet przez 2 strony nie dowiadujemy się o szkole nic, kompletnie. Poznajemy jego dwóch przyjaciół, których nawet on sam zna tylko w grze. Ale o nich także nie wiemy za wiele, poza tym, że prawdopodobnie mają ok. 16 lat i są niezłymi programistami… (Standardowo, jak chyba w niemal każdej YA ostatnich lat jest trójka nastolatków, dwóch chłopców i dziewczyna; natomiast podobnie jak w Więźniu – w pierwszej części wątek romansowy jest tak słabiutki, że możemy przyjąć, że go nie ma).

„W sieci umysłów” ze zwykłej gry szybko staje się misją śledczo-wojenną. W VirtNecie zaczął rządzić gracz o imieniu Kaine (myślę, że skojarzenie z biblijnym bratem jest zamierzone), który więzi i niszczy innych graczy. Co więcej – niszczy ich nie tylko w grze, ale także w realnej rzeczywistości, co dotąd nigdy nie miało miejsca i wydawało się niemożliwe… Zadaniem nastolatków jest znalezienie drogi do kryjówki Kaine’a, co nie jest ani łatwe, ani bezpieczne. Na dodatek dość szybko dowiadują się, że mogą zginąć zarówno w grze, jak i w realu…

W trakcie czytania książki stawiałam sobie pytanie dlaczego instytucja zarządzająca grą zleca tak niebezpieczne zadanie nastolatkom? (plus dla Dashnera – bohaterowie też stawiają sobie to pytanie) Dlaczego mogą ich śledzić, ale nie zamierzają ingerować do samego końca? Dlaczego – mając władzę nad kodem – nie mogą sami sobie poradzić? I kiedy Dashner czytał/oglądał ostatnio Igrzyska? 😉 (Zimowa arena, a potem arena w formie zegara sprawiły, że nie mogłam sobie odmówić tego pytania ;))

Na pewno wiem jedno – warto dotrwać do zakończenia. Wreszcie poczułam się jak podczas czytania „Prób ognia”, gdzie co kilkadziesiąt stron miałam opad szczęki przez zwroty akcji. Po drodze rozpatrywałam co najmniej kilka rozwiązań, ale to ostateczne mnie zaskoczyło. I przyznaję – odpowiedziało na kilka pytań, które pojawiły mi się w trakcie książki, ale na pewno nie na wszystkie. Natomiast zakończenie sprawia, że wpisuję sobie następną część na listę, wierząc mocno, że to powrót do formy Dashnera 🙂

Przędza, Gennifer Albin

Przędzę podsunął mi… Amazon 😉 Po zakupie angielskich Igrzysk, pojawiła mi się na liście polecanych. Ściągnęłam próbkę, ale jakoś ciągle mi było nie po drodze. Wreszcie, po 2 lata (!) pomyślałam, że może warto zajrzeć. Próbka była całkiem przyzwoita, a na Goodreads z zaskoczeniem zobaczyłam, że jest także polska edycja (czy ktoś z Was słyszał wcześniej wiele o Przędzy?)

Albin_Przedza_mPrzędza to kolejna książka z trendu dystopia YA, jakich obecnie mnóstwo. Ale trzeba jej przyznać, że jest całkiem przyzwoita. Co prawda (niestety) nie oparła się schematowi, czyli główna bohaterka (tak, oczywiście – ona) ma lat 16 i niemal od początku wiadomo, że będzie źródłem buntu (co prawda w niemałym stopniu przyczyniają się do tego rodzice, ale wiele leży w jej charakterze i niewyparzonym języku). Obok niej są oni dwaj – dwóch młodych mężczyzn, niezbyt się lubiących, choć mających pewne wspólne cechy. A dla wielbicieli Igrzysk jest nawet młodsza siostra i kuzyn Ceasera…

Na szczęście Przędza zawiera także kilka nowych aspektów. Przede wszyskim świat, czyli Arras – wszystko jest przewidywalne, nadawane w „Strumieniu” (programie telewizyjnym). Ludzie są z góry uprzedzani jaka będzie pogoda, o której będzie burza, czy deszcz, kiedy urodzi się dziecko, kiedy przyjdzie przydział jedzenia, czy kosmetyków. Adelice (główna bohaterka) jest utalentowaną Kądzielniczką (Tkaczką), która widzi nici czasu i materii nawet bez krosna. Teoretycznie powinna się cieszyć, bo Prządki są w jej kraju darzone estymą i szacunkiem, ale – słuchając rodziców – trenuje się w maskowaniu swojego talentu. Jej zadaniem jest ukrycie go na egzaminach. Marzy o tym, by oblać je, a potem żyć w swoim mieście, licząc na przydział do zawodu nauczycieli i spokojne zamążpójście w wieku 18 lat. Mimo lat nauki nie udaje jej się to i dzień później zostaje zabrana do Zakonu (nie zdradzę Wam co temu towarzyszy). Jako Kądzielniczka ma do dyspozycji piękne suknie, kosmetyki, służbę. Ale też nie wolno jej założyć rodziny, ani zakochać się. Ma być całkowicie podporządkowana rozkazom Gildii. Jeśli dostaje przydział pogodowy – ma wplatać odpowiednią pogodę w konkretne obszary kraju. Jeśli jest odpowiedzialna za jedzenie – dostarcza rolnikom ziarno, a potem plony przeplata do miast, by ludzie mieli co jeść. Ale może też być odpowiedzialna za śmierć. I to też ma wykonać bez pytań i wątpliwości. Bezsporna lojalność, albo sprucie.

Kolejną ciekawostką jest kwestia, że Adelice nie jest (jak bywa w większości) wcale pierwszą, która myśli o buncie, ani pierwszą, która robi krok naprzód. Praktycznie trafia w sam środek intryg, walki o władzę i przywództwo, a także niemałej zazdrości, także o mężczyzn. W jej przypadku wyjątkiem jest to, że jest pierwszą tak utalentowaną, ale czy to wystarczy?…

Przyznaję, że jestem ciekawa ciągu dalszego i zastanawiam się czemu wydawnictwo nie wydało kolejnych części. Trzeba będzie się zebrać i sięgnąć jednak po angielskie wersje…

Łza, Lauren Kate

Łza jest moim pierwszym spotkaniem z Lauren Kate. I nie ukrywam, że nie wiem, czy nie ostatnim.

lzaMożliwe, że miałam zbyt duże oczekiwania wobec tej książki. Słyszałam o niej wiele dobrego i oczekiwałam kawałka dobrej literatury YA. Nie wybitnej, ale dobrej. A dostałam… No właśnie – dostałam powolną opowieść o dziewczynie w niemałym stopniu skupionej na sobie, nie do końca logicznej, nie do końca ogarniętej. Z jednej strony trudno tego nie zrozumieć – w końcu niedawno straciła matkę i wciąż nie może się pozbierać (mam wątpliwości czy chce, choć nisamowicie kocha rodzeństwo). Po pewnym czasie dostaje spadek i znów obserwujemy jakby dwie nastolatki – jedna zapamiętale próbuje rozszyfrować księgę, druga zajmuje się medalionem – czyli nosi go, ale nawet nie próbuje naprawić i otworzyć.

Generalnie całość życia Eureki jest stosunkowo niespójna. Ukochana matka, która była cudem w życiu dziewczynki, była równocześnie osobą, która zabroniła jej płakać, a za uronioną łzę – policzkowała dziecko. Jakoś kłóci mi się to mocno ze sobą. Niby córkę chroniła, ale nigdy nie opowiedziała jej o noszonym dziedzictwie, czym wprost naraziła ją na śmierć. I nie tylko ją…

W moim odczuciu to niestety kolejna książka ze zmarnowanym potencjałem. Pomysł na Córkę Łez, która może kiedyś wydostać na powierzchnię Atlantydę, był naprawdę ciekawy. Jednak jego rozwinięcie wygląda tak, jakby przerósł samą Autorkę. Najmocniejszym punktem jest chyba Prolog, acz  jest równocześnie jednym z większych spoilerów tej książki. Myślę, że otulenie tajemnicą śmierci matki Eureki, pokazanie Tragarzy Ziarna znacznie później, pozwoliłoby na snucie domysłów, na szukanie kto i dlaczego. Niestety – zamiast domysłów to akurat dostaliśmy na tacy…

Oczywiście standardowo w obecnej fali YA obok nastoletniej Eureki mamy dwóch chłopców – Andera i Brooksa. Ten pierwszy jest nowy w jej życiu, niezwykle tajemniczy, ten drugi – to przyjaciel od lat (to w sumie też znany schemat). Niemal można byłoby zakładać się w jaką stronę całość się potoczy i praktycznie tak się dzieje. Co prawda Brooks szykuje pewną niespodziankę, ale w Łzie mimo wszystko niewiele się o tym dowiadujemy. Podobnie jak i o mocach siostry Eureki, które są mocno zasygnalizowane, ale nie wyjaśnione.

Podejrzewam, że gdyby Łza wpadła mi w ręce 20 lat i 25 książek YA temu, mogłabym ją ocenić wyżej. Ale dziś… Szczerze – jest wiele lepszych, a sama ciekawa koncepcja to dla mnie już za mało 😦

Malfetto. Mroczne piętno, Marie Lu

Marie Lu poznałam (jako autorkę :)) w ubiegłym roku (mniej więcej w tym samym czasie, na urlopie, wpadła mi w ręce pierwsza część trylogii Legenda – Wybraniec. Nie powiem, że się zakochałam, ale na pewno bardzo polubiłam. Wreszcie jakaś odmiana w fali dystopijnej fantastyki skierowanej do młodzieży i dorosłych – Day i June nie byli kolejnymi Katniss, a wprowadzenie dwójki równie silnych bohaterów, stojących początkowo przeciw sobie też znacznie zmieniło znaną dotychczas dynamikę.

malfettoZ tego względu nie mogłam sobie odmówić sięgnięcia po nową książkę Marie Lu – Malfetto. Mroczne piętno. Przenosimy się… w przeszłość – do renesansowych Włoch, choć w alternatywną rzeczywistość. Główna bohaterka to Adelina Amouteru, dziewczyna (jedna z wielu, a może raczej niewielu? sama nie wiem), która przeżyła dziwną epidemię kilka lat wcześniej. Choroba dopadała dzieci, czyniąc zmiany w ich organizmach. Zostawiała ślady na ciałach – blizny, zmiany kolorystyczne włosów, itp., ale i wewnątrz, dając im możliwość wpływania na rzeczywistość. Różną możliwość – niektórzy panowali nad ogniem, inni nad wiatrem, wodą, umysłami innych. Adelina straciła oko, jej włosy straciły barwę. Wiele lat nie miała pojęcia, że piętno w jej przypadku oznacza cokolwiek więcej. Dopóki nie uciekała przed okrutnym ojcem, który chciał ją sprzedać, póki nie sądziła, że musi zrobić wszystko, by uratować życie.

Adelina… Tak dużo chciałabym Wam o niej napisać, a tak wiele z tego będzie spoilerem, który popsuje Wam końcówkę… Generalnie Adelinę napędza strach – przede wszystkim ten, który sam odczuwa, ale z czasem uczy się sięgać po strach innych, tych, którzy ją otaczają (coś mi to przypomina, ale chwilowo nie umiem tego umiejscowić :(). Strach pozwala jej oszukiwać umysły innych. Tworzyć postacie i rzeczy, a także demony, które przerażają na śmierć niemal. Z czasem uczy się czegoś znacznie groźniejszego – uczy się oszukiwać umysł nie tylko w zakresie wzroku, ale też słuchu, smaku, a także odczuwania.

Oczywiście Adelina nie jest jedyną naznaczoną – takich jak ona, jest całkiem sporo. Ale równocześnie coraz mniej. Jak łatwo się domyślić -ludzie boją się Malfetto. Boją się, a więc odrzucają ich, pragną wyeliminować ich ze społeczeństwa. A sprzyja im w tym zakresie młoda królowa i jej mąż, którzy stanowią prawa przeciw napiętnowanym. Którzy sprawiają, że każdy ma właściwie obowiązek wydać Malfetto w ręce strażników, a jeśli tego nie zrobi – poniesie ciężką karę. Nie napiszę Wam o motywach, bo zbyt wiele wyjaśniłoby Wam to na początku książki, a odkrywanie niektórych powiązań, to jedna z przyjemności, jakie niesie ta książka…

Większość rozdziałów jest pisana z punktu widzenia Adeliny, ale nie wszystkie – część historii widzimy oczami Rafaella (to dla mnie też dość zagadkowa postać i mam nadzieję, że moje podejrzenia, co do jego chrakteru i decyzji potwierdzą się w kolejnych tomach, że słodki chłopiec nie jest taki do końca słodki), Enzo, czy Terena (ta postać bardzo dużo wyjaśnia, choć niewiele rozdziałów jest rozdziałów, w których jest narratorem). Dzięki takiemu zabiegowi (lubianemu zresztą przez Marie Lu – tak samo prowadzona była narracja w Legendzie) mamy okazję nie tylko dowiedzieć się więcej o otoczeniu i wydarzeniach, ale także poznać je od różnej strony, z różnym nastawieniem.

Jeśli znacie Mroczne umysły i sądziliście, że ta książka była mroczna, to uwierzcie mi – byliście w błędzie. Malfetto jest znacznie bardziej mroczne. I znacznie bardziej zaskakujące. Co najmniej 3 wydarzeń nie spodziewałam się zupełnie, choć pojawiały się drobne przesłanki. Ale są tak drobne, że chyba niewiele osób wpadnie na to, co zdarzy się na kilkadziesiąt, a potem kilkanaście stron przed końcem książki…

Przyznaję – już czekam na kolejną część. I aż mi żal, że angielska wersja pojawi się dopiero w październiku, bo gdyby nie to – pewnie już bym ją skończyła 😉

Na koniec – zerknijcie na pinterestową tablicę Marie Lu, gdzie przypina ona zdjęcia i obrazki, które kojarzą się jej z Malfetto – https://www.pinterest.com/mreefish/the-young-elites/