Córka zjadaczki grzechów, Melinda Salisbury

Nie do końca wiem, czego spodziewałam się po tej książce. Ciekawa okładka, wiele sugerujący opis przykuwały uwagę. Ale chyba jednak moja wyobraźnia podsunęła mi coś całkiem innego…

corkaZałożenie jest ciekawe. Społeczeństwo rządzone przez królową, której posunięć nie powstydziłaby się ta ze Śnieżki. Lordowie i dwórki mają myśleć jak ona lub giną, np. rozszarpywani przez psy. A ukaraną można być za rozmowę podczas śpiewu w trakcie uczty, za zbyt samodzielne zdanie, dopuszczenie do tego, by w królewskim ogrodzie pojawiły się dmuchawce, a nawet za… zajście w ciążę (królowa miała dwójkę dzieci, ale po stracie córki nie może zajść w kolejną). Państwo jest małe, a szalona (szybko dojdziecie do takiego wniosku) i okrutna królowa marzy o  powrocie Złotego Wieku, jaki jej królestwu wiele lat temu zapewnili jej dziadkowie.

Kolejny aspekt to wiara w wielu bogów i w materializację córki Pani Śmierci i Pana Życia. Stąd mamy główną bohaterkę, Daunen Wcieloną (czyli tę właśnie córkę – niezwykle tajemniczą, bo nawet legendy i podania niewiele o niej mówią). Tak naprawdę nie jest to jej prawdziwne imię (to realne to Twylla), ale jako uosobienie bogini w ten sposób jest nazywana. Straszne uosobienie,  bo jej dotyk rozdaje śmierć – szybką, ale nie bezbolesną.  17-letnia dziewczyna w ciągu kilku miesięcy z naiwnej nastolatki stała się katem,  który zabija gołymi rękami, poprzez lekki dotyk dłonią. Dokładnie – każdy kontakt z jej skórą przynosi śmierć w cìągu minuty. Odporni są tylko wybrani przez bogów, czyli król, królowa i ich syn, którego zaręczono z Daunen. Strach i wyrzuty sumienia towarzyszą jej na codzień i choć wie, że służy krajowi i królowej, trudno jej godzić się z samotnością, brakiem dotyku ludzi i zabijaniem.

Nie mam pojęcia po co w tym wszystkim tytułowa zjadaczka grzechów. Owszem, pobieżnie jest opisany rytuał pogrzebowy, na którym zjadaczka zasiada do uczty, a każdy pokarm symbolizuje grzechy zmarłego, aby je odkupić. Ale… poza wspomnieniem, że córka była przeznaczona, by iść w ślady matki (od dzieciństwa towarzyszyła jej w ceremonii, obserwując całość, by kiedyś przejąć tę zawód, a może raczej misję, która ociera się niemal o kapłaństwo) i że ciężko jej tknąć niektórych potraw, bo wie, że np. symbolizują grzech zdrady, nie ma to żadnego znaczenia, niczego nie wnosi. Czekałam nawet, że może będzie to jakoś powiązane z młodszą siostrą Twylli, (która musiała przejąć jej rolę spadkobiercy misji, gdy siostra odeszła do zamku), ale to także nie nastąpiło.

Całość jest – niestety – dość nudna. Piękna uciśniona nastolatka, szarpana wyrzutami sumienia (nie tylko ze względu na popełniane morderstwa, ale także względem swoich marzeń – chciała odejść z domu, chciała mieszkać w zamku, chciała stać się królową, ale nigdy nie przyszło jej do głowy, że będzie to wyglądać w taki sposób), zła królowa, która w imię dobra kraju i czystości krwi jest skłonna zrobić i poświęcić wszystko, wreszcie jej syn, który powoli przegląda na oczy. Problem w tym, że poza zabijaniem samym dotykiem – to wszystko już znamy, a autorce nie udało się wnieść nic nowego. Bohaterka jest skupiona na sobie do tego stopnia, że nawet dwa lata życia na pełnym intryg i niebezpieczeństw dworze, kompletnie niczego jej nie nauczyły. Intrygi zauważa czasem po kilku dniach, czasem po wielu tygodniach. Wie, że wszyscy się jej boją, że nie powinna nikomu ufać, a mimo to, gdy tylko pojawia się ktoś, kto obdarza ją uśmiechem, niemal wpada mu w ramiona (ok, rozumiem, że ma 17 lat, ale bez przesady – skoro nikomu nie ufam, to nikomu). Generalnie jest postacią, która myśli albo o sobie (o ja biedna, moja matka/inna zjadaczka będzie musiała zjeść wiele wron, bo jestem morderczynią, książę, który ma zostać moim mężem, nie zwraca na mnie uwagi, o, ja biedna, każą mi jeździć na polowania, itd.), albo zachowuje się kompletnie nieracjonalnie (ojej, królowa każe zabijać wszystkich, którzy jej nie słuchają, mnie wolno poruszać się tylko na linii zamek-wieża-świątynia, ale co tam – nowy strażnik, o którym nic nie wiem, wyciąga mnie gdzieś indziej, to idę – jak cielątko na rzeź).

Co więcej – kolejne legendy, które się pojawiają, są interpretacją znanych podań i baśni dla dzieci, brakuje czegoś nowego, co przynajmniej nie będzie tak powszechnie znane… Wciąż miałam wrażenie, że gdzieś tlił się jakiś nowy pomysł (stąd zjadaczka), ale został unicestwiony, albo nie pasował do reszty. Skutkiem tego powstała kolejna schematyczna bajka, która co prawda na samym końcu ma pewien, lekko zaskakujący zwrot, ale to za mało.

Samo zakończenie otwiera możliwość napisania kolejnego tomu. Acz ja na pewno go sobie daruję…

PS Właśnie na Goodreads znalazłam, że nie  kolejny, ale aż dwa kolejne. Kolejna trylogia…

PS2 Nie do końca zaplanowanie, ale Córka wpisała mi się idealnie w czerwcowe wyzwanie u Ejotka 🙂

Reklamy

Na wojnie nie ma niewinnych, Aneta Jadowska

na_wojnie_nie_ma_niewinnychWłaściwie powinnam opisać całą serię, bo tak się złożyło, że nie trafiła mi na bloga, bo najczęściej kolejne tomy serii wpadały mi w ręce gdy miałam znaczny nadmiar pracy i blog leżał odłogiem. Jednak trochę nieuczciwie byłoby opisywać książki, które czytałam 2 lata temu, więc tylko ogólnie.

Złodzieja dusz pokochałam – Dora, Miron i Joshua bawili mnie tak, że momentami śmiałam się w głos. Miło było też czytać o miejscach, które choć trochę znam (Toruń). W całości serii – można się czepiać, że Dora jest histeryczna, że przesadza w stereotypach (muzyka i stosunek do kobiet, które chyba zbyt często nazywa sukami, dziwkami, zdzirami i które rzeczywiście na kartach Heksakologii są średnio sympatyczne w większości). Równocześnie sama jest „równa”, a zgromadzeni wokół niej faceci są świetni i zróżnicowani. No i to wszechobecne seksualne napięcie – Dorę chcą wszyscy (no, prawie wszyscy – niezależnie od rasy, wymiaru, itd). Mimo to – podobało mi się. Przyjęłam to jako określoną konwencję (bo i czemu nie?) i po prostu płynęłam z nią, nie zastanawiając się nad tym, że piękna Dora raczej by mnie nie polubiła, czy też zazdrościłabym jej powodzenie 😉 Wybaczałam też niekonsekwencję (Dora czasem czegoś się domyśla, albo o czymś mówi, a kilka stron/rozdziałów później „dowiaduje” się tego od kogoś innego i dziwi się czemu sama na to nie wpadła, albo opowiada po raz kolejny, a słuchacze nadal słyszą to po raz pierwszy) – właśnie dlatego, że nadal bardzo mi się podobało (gdyby Dora była tworem amerykańskim, LionsGate kręciłby z nią filmy następne 7 lat ;)).

Seria niestety jest nierówna. Po świetnym Złodzieju przyszły dwie całkiem niezłe (acz słabsze ciut) części, aż przyszło Wszystko zostaje w rodzinie, które było niezwykle słabą książką – słabo zaskakującą i budzącą miejscami niezwykle silne skojarzenia ze Zmierzchem (niestety, na dodatek na plus dla tego ostatniego :(). Skończyłam czytać rozczarowana, ale postanowiłam dać szansę następnej części, wierząc, że to spadek formy.

I tak – poprzez lepsze Egzorcyzmy – dotarłam do Na wojnie nie ma niewinnych, która co prawda nie weszła na poziom Złodzieja, ale znów zdarzyło się jej zaskakiwać i znów dobrze się czytało całość 🙂

To ostatni tom z serii, więc rozwiązuje poszczególne wątki. Odwieczni wrogowie muszą zostać jakoś opanowani, przyjaciele znaleźć spokój i szczęście. Znamy konwencję, więc chyba nikt z nas nie miał wątpliwości w jaką stronę całość pójdzie. Ale i tak czyta się dobrze i zaciskamy kciuki, żeby się udało, żeby Joshua znalazł szczeście, żeby Miron przestał z godziny na godziny martwić się o Dorę, a ona sama, żeby wreszcie znalazła spokój i nie musiała walczyć o wampirów, będących pod jej opieką, o stado, którego jest Alfą i o wszystkich, którzy ją otaczają. Można się spierać, czy wątki są rozwiązywane na siłę, czy nie, ale na szczęście Aneta uniknęła zwykłej wymienianki i poszczególnych rozdziałów, które tylko pokazywałymy „jak się to rozwiązało”.

To, czego bardzo mi z kolei brak w zakończeniu, to Joshua (i Miron). Obie postacie, które stanowiły podstawę jakościową Złodzieja, których przepychanki słowne z Dorą były niezwykle silną zaletą. Nagle przechodzą do postaci trzecioplanowych i poniekąd zanikają. A pojawiająca się na kilku stronach „dynamika między braćmi” (cytat) to stanowczo za mało, szczególnie, że przepychanki wciąż dotyczą tego samego 😦 Brakuje mi też wyjaśnienia co do końca stało się z Elfami (jest tylko wspomnienie, że trwają negocjacje z nimi)

Bardzo podoba mi się nowa postać – Johann. Zastępuje trochę Mirona, choć byłoby jeszcze lepiej, gdyby byli wszyscy 🙂 Johann ma duży dystans do wszystkiego, włącznie z sobą – pozwala mu na to charakter, ale i jego pozycja – egzekutora Dłoni (czyli naczelnej organizacji prawnej wilków). Lekki sarkazm i niezwykły apetyt tworzą z jego stanowiskiem ciekawą mieszankę. Momentami zwolnił akcję, ale na plus – pozwolił na uśmiech, na lekkie rozładowanie napięcia, co za chwilę wpływa pozytywnie na szybkość akcji na kolejnych stronach.

Szkoda mi trochę, że to już koniec serii, choć Aneta zapowiada już tom z opowiadaniami, a także książkę (serię?) o Witkacym. Ale nie wiem, czy to będzie to samo – zobaczymy 🙂

PS Mam duży zarzut, ale to raczej do wydawnictwa, do Fabryki Słów – korekta książki leży. A nawet całej serii. Niezależnie od wspomnianych niekonsekwencji, na które mogę przymknąć oko, to trudno zaakceptować brak korekty gramatycznej i interpunkcyjnej. Pisząc tekst niektrudno coś zgubić, przegapić i nie wyłapać czytając samodzielnie. Ale korekta powinna to wyłapać – to ich zadanie, by nie zostały niewłaściwe przypadki, by przecinki pojawiły się w odpowiednich miejscach. A to kuleje i to mocno… 😦

PS2 Bez pierwotnych planów Dora, mając 600 stron, wpisała się mi się w kwietniowe Wyzwanie Pod hasłem – „Cegła 400+” 🙂

Wielki marsz, Stephen King aka Richard Bachman

Nie przepadam za Kingiem – nie jestem wielbicielką horrorów, więc nie porywa mnie jego główna twórczość, a Dallas zostawiłam po 100 stronach, więc jakoś nie zaskoczyło. Zresztą, przyznaję, że poza Dallas nie miałam świadomości, że King ma więcej nie-horrorów w dorobku. Aż do chwili, gdy od Koleżanki (Sylwia, dzięki) dostałam do przeczytania Wielki Marsz (napisany pierwotnie pod pseudonimem Richard Bachman). Stał chwilę na półce, ale w końcu stwierdziłam, że wypada oddać, więc trzeba dać jej szansę. I wpadłam…

Wielki Marsz
Wielki Marsz

Każdego roku w USA odbywa się Wielki Marsz. Idzie 100 chłopców w wieku poniżej 18 roku życia (chyba najmłodsi mogą mieć 12 lat, jeśli dobrze zrozumiałam). Zasady są proste – iść trzeba stale w tempie minimum 6 km na godzinę. Nie ma postojów na spanie, siku, jedzenie. Jeśli zwolnisz poniżej wyznaczonej prędkości, usiądziesz, upadniesz – dostajesz ostrzeżenie. Po 30 sekundach – 2, potem 3. Czwartego nie ma, jest czerwona kartka – strzał. Meta jest tam, gdzie padnie przedostatni z zawodników…

Książka jest dość krótka, więc oczywiście nie poznamy wszystkich uczestników wydarzenia. Wiemy o nich tyle, co dzieje się w ciągu tych kilku dni (tak, dni) marszu. Początkowa pewność siebie, z czasem przeradzająca się w ból, strach, próby imponowania, utratę wiary w siebie, czasem szaleństwo, czasem chorobę, czasem odrętwienie. W trakcie marszu każdy reaguje inaczej – są zawiązujące się przyjaźnie, są próby wojen psychologicznych i nie tylko.

A obok – są ludzie. Stawiają zakłady typując zwycięzcę, dopingują, witają w kolejnych miastach. Maszerujący to bohaterowie – mocno pokazuje to jedna ze scen, gdy uczestnik podchodzi do stojącej dziewczyny, całuje ją w usta i łapie za pośladek. A ona pozwala mu na to, a nawet zaryzykuję stwierdzenie, że jest szczęśliwa z tego powodu. Bo to ON, chwilowe bożyszcze. W drugiej połowie książki jest jeszcze mocniejsza scena tego typu (nie, nie chodzi o seks), ale nie będę zdradzać, przeczytajcie sami.

Wielki marsz można traktować jako alegorię… wszystkiego. Ale najprościej popatrzeć na to jako na krzywe zwierciadło mediów i tłumu. Czy zastanawiamy się czemu uczestnicy reality show dla głównej wygranej (jedynej, reszta odpada) decydują się na jedzenie obrzydlistw, na robienie z siebie pośmiewiska, na publiczny seks, albo wyczyny stawiające ich na granicy śmierci? Wątpię – zamiast tego, dajemy im jakąś etykietkę i kibicujemy. A zwycięzca wychodzi w świetle fleszy, stając się kolejnym idolem czekającego tłumu.

Ciekawostką jest to, że King w swojej książce zrobił manewr dokładnie pokazujący ten mechanizm. To odróżnia Wielki Marsz od Igrzysk Śmierci – tam wiedzieliśmy po co Igrzyska są robione i jak reagują poszczególni uczestnicy. W Wielkim Marszu nasza wiedza jest znacznie bliższa wiedzy zwykłego oglądacza. Nie liczcie na to, że dowiecie, że impreza jest czymś więcej ponad rozrywkę dla tłumu, że odkryjecie jakieś tajemnice. Nawet o samych testach (uczestnicy przechodzą je kilka miesięcy wcześniej) niewiele wiadomo. Ot, jakieś są – trzeba m.in. napisać dlaczego chcesz wziąć udział w Marszu, ale odpowiedź chyba nie do końca ma znaczenie. Albo jej ocena jest mocno subiektywna. Tak samo jak niewiele wiadomo o niemal mitycznym Majorze, (który stoi za tym wszystkim). W końcu – kogo to obchodzi? Liczy się walka, liczą się emocje. I ten, co wygra na mecie, o reszcie nikt nie pamięta.

Trochę rozczarowuje zakończenie, ale po kilku godzinach doszłam do wniosku, że takie powinno być – bo tak samo, jak nie mamy pojęcia co naprawdę gra w duszy zwycięzcy reality show, tak samo nie jest nam dane poznać myśli zwycięzcy. I niezależnie od tego jak bardzo chcielibyśmy, by było inaczej, to organiztorzy nam na to nie pozwolą. Ryzyko jest zbyt duże…

Na zakończenie – lubię przeglądać okładki innych wydań, co niezwykle ułatwia mi Goodreads i Google. Czasem cały świat wydaje dany tekst z jedną, max dwoma okładkami, ale Wielki marsz ma już 36 lat, więc jest ich znacznie więcej. Polska nowa jest akceptowalna, acz przyznam, że IMO są lepsze, jak ta poniższa (nie wiem, z którego roku, ale ten but i łuski robią swoje):

wielki_marsz(2)

bądź ta (gdyby była ze zdjęciami, nie rysunkowa, robiłaby spore wrażenie):

6593988

Szukałam jeszcze czegoś takiego, jak ta, tylko z rozmytym na bokach tłumem. Takim, gdzie wydaje nam się, że on tam jest, ale nie widzimy twarzy, wszystko się zlewa

8719554

A tu te i jeszcze inne, jeśli macie ochotę obejrzeć:

A przy okazji wyszło tak, że Wielki Marsz wpasował mi się w wyzwanie „Grunt to okładka”, gdzie w marcu hasłem stała się „Droga”.

Legenda – Rebeliant, Wybraniec, Patriota, Marie Lu

Trylogia „Legenda” to kolejna z powstałych w ostatnich latach serii typu YA, postapokaliptyczny świat i rewolucja wszczynana przez dwójkę nastolatków. Znamy to choćby z Igrzysk, Niezgodnej i dziesiątków kolejnych (nawet Rywalki poniekąd się w to wpisują). Legenda też, ale na szczęście ciut inaczej.

rebeliantwybraniecpatriota

Znów znajdujemy się na zgliszczach USA (to się nie zmienia ;)), które mocno się zmieniły – nie ma już silnego kraju, mamy zniszczoną, targaną konfliktami Republikę, w ciągłej walce z Koloniami. Byłym USA rządzi Elektor – człowiek okrutny i przebiegły, typowy dyktator, którego portrety widać wszędzie, a każdy ma obowiązek kilka razy dziennie składać przysięgę wierności mu. Z kolei każdy z nastolatków musi przejść Próby, które determinują jego dalsze życie (i tu niespodzianka – nie, nikt nie wystąpi z buntem na Próbach).

Na początku poznajemy Daya, czyli Daniela. Żyje w bardzo ubogiej rodzinie, w slumsach. A właściwie nie żyje, bo jest jednym z najbardziej poszukiwanych przestępców w kraju (a ma zaledwie 15 lat). Na Próbach uzyskał niezwykle niski wynik (teoretycznie powinien być niemal upośledzony umysłowo), ale udaje mu się uciekać policji, a nawet pomagać czasem rodzinie.
Po drugiej stronie życia znajduje się June – genialne dziecko Republiki, jedyna, która otrzymała 100% punktów na Próbach, najmłodsza kadetka, dziewczyna, która już jest w planach jedną z najważniejszych postaci Republiki.

Teoretycznie nic ich nie powinno połączyć, a jednak łączy – jeden przypadek, który sprawia, że Day staje się największym wrogiem June. Ale ten sam przypadek sprawia też, że po pewnym czasie oboje zaczynają się zastanawiać nad tym, czy Republika mówi prawdę, a dokładnie – jak wiele rzeczy ukrywa i tuszuje. Śmierć rodziców June, źródło epidemii, jaka szerzy się w Republice, wyniszczając wszystkich w krótkim czasie, śmierć Mathiasa.

Legenda jest pisana z punktu widzenia obu osób – zarówno Daya, jak i June. Dzięki temu wiele kwestii poznajemy znacznie lepiej niż w przypadku pojedynczego POV. Oboje mają różne charaktery, więc(na szczęście) ich przemyślenia, emocje, podejścia też są różne.

Marie Lu ma lekkie pióro i całość bardzo dobrze się czyta. Podejrzewam, że jak skończycie Rebelianta, zaraz sięgnięcie po Wybrańca, czyli ciąg dalszy. A potem po Patriotę. Chwała autorce też za to, że nie poszła kolejną modną ścieżką i nie sprawiła, że młodzi stają się od razu przywódcami narodu, jak to w niejednej obecnej serii bywa. Kolejne wątki, nawet jeśli sugerują takie rozwiązania, bywają dynamicznie zmieniane i ewoluują bardzo rozsądnie i prawdopodobnie. Bardzo ciekawie poprowadzona jest także postać Andena, młodego Elektora – początkowo będziecie pewni, że wiecie jakim jest człowiekiem. Ale… możecie się rozczarować 😉

Grupa Patriotów to też dość ciekawe postaci i chyba jedyną postacią, w której czegoś mi zabrakło jest Tess. Dziewczyna, co do której nikt nie ma wątpliwości, że jest w Dayu zakochana, ale jakoś dość szybko staje się bezbarwna i gdzieś ginie. Niemniej jednak to dość mała wada naprawdę świetnej książki.

I choć rzadko to piszę – jeśli podobały się Wam Igrzyska Śmierci, to trylogia Legendy powinna też się Wam spodobać 🙂

PS Bardzo mi się podoba oryginalna okładka ostatniej części, choć tytuł przemawia do mnie bardziej polski 🙂Champion

 

 

 

 

 

 

 

 

Legenda. Rebeliant – tyt. oryg. – Legend
tłumaczenie – Marcin Mortka
wydawnictwo – Zielona Sowa
data wydania – 15 października 2012
ISBN – 9788326504662
liczba stron – 304

Wybraniec – tyt. oryg. – Prodigy
tłumaczenie – Marcin Mortka
wydawnictwo – Zielona Sowa
data wydania – 5 marca 2013
ISBN – 9788378950998
liczba stron – 368

Patriota – tyt. oryg. – Champion
tłumaczenie – Marcin Mortka
wydawnictwo – Zielona Sowa
data wydania – 21 lutego 2014
ISBN – 9788378957393
liczba stron – 352

Rywalki, Elita, Jedyna, Kiera Cass

Sięgnęłam, bo… W sumie sama nie pamiętam. Chyba Dziewczyny na grupie PoIgrzyskach zachwycały się i wpadła mi w ręce na promocji w Empiku. Potem przeleżała kilka dni, aż – w przerwie Zaginionej dziewczyny, która trochę mnie męczy – po nią sięgnęłam.

rywalkiZałożenie jest właściwie całkiem realne, choć chore. USA jest po III wojnie światowej, w której wyswobodziło się z okupacji Chin. Powstało nowe państwo, które jest podzielone na klasy – od Jedynek – rodziny królewskiej, aż do Ósemek, bezdomnych żebraków. W zależności od tego, w której się urodzisz, masz narzucony zawód (coś tam zależy od talentu, ale nie za wiele – będąc Piątką z talentem muzycznym, grasz i śpiewasz na domowych imprezach, a będąc Trójką – uczysz muzyki), a co za tym idzie – poziom życia. Bo zarobki też bardziej są uzależnione od klas, przypisując je do zawodów i… zamożności innych klas. Co ciekawe – kobieta przechodzi do takiej klasy, w jakiej jest jej mąż (czyli jeśli zakocha się i uprze wyjść za kogoś z niższej, to także do niej spada, co oznacza także niemożność wykonywania dotychczasowego zawodu).

W tym królestwie jest młody książę – zamiast samemu szukać żony, organizuje selekcję (jest to niby tradycja, ale z opisu wynika, że królestwo istnieje lat 90 bodaj, więc niezbyt długa ta tradycja). Najpierw każda dziewczyna w wieku 16-19 lat jest zapraszana do zgłoszenia się i wypełnienia dokumentów. Te, które odpowiedzą na zaproszenie (nie ma obowiązku, ale dla wielu to wyróżnienie, szansa na wyrwanie się z dotychczasowej biedy i ograniczeń) biorą udział w losowaniu (takim pseudo, ale nikt tego nie wie). 35 z nich staje się rywalkami, które jadą do pałacu i biorą udział w walce o serce księcia i koronę. Z automatu stają się „damami” i zostają zakwalifikowane do klasy Trzeciej (o ile nie były Dwójką), co dla wielu bywa olbrzymim awansem.

Wtrącając… Tak, jestem zboczona na punkcie Igrzysk, ale naprawdę trudno nie widzieć podobieństw. Człowiek prowadzący wywiady to niemal brat Ceasara, a Aspen jest zaskakująco podobny do Gale’a. I ten głos Americi, która tak cudownie śpiewa, choć sama w to za bardzo nie wierzy… A selekcja ma podtrzymać wiarę w jedność ludu (skoro królowa może pochodzić z niższej klasy)…

Dobra, pominę dalszą wyliczankę. Generalnie Rywalki czyta się dobrze – akcja może nie jest super szybko prowadzona, ale całkiem sprawnie. America, główna bohaterka jest dość naiwnym dziewczątkiem, które nie do końca wie, czego chce, ale w swej naiwności jest nawet wiarygodna. Gdzieś na poziomie 130 strony książka zaczyna bawić i wzruszać, co znacznie dodaje jej atrakcyjności. Przyznaję, że drugoplanowe postaci Celeste i Marlee (z grupy rywalek) oraz służących Americi są całkiem ciekawie zbudowane, aż szkoda, że wszystkie im nie dorównują 😉

elitaGdy kończą się Rywalki, zostaje Elita. To stanowczo najsłabsza część serii. Po pierwsze America, która w pierwszej części bywała irytująca, tu jest mega irytująca. Nawet nie naiwna – ona jest po prostu jakaś niestabilna emocjonalnie i nie umie sobie radzić ze sobą. I to wkurza do potęgi ntej. Szczerze – całość uratowała jedna scena, w której autorka dała całkiem niemała dawkę emocji. I głównie dla tej sceny oraz pary nowych bohaterów zdecydowałam się dać szansę Jedynej.

To z kolei najlepsza część serii. Jakby Autorka wreszcie doszła do tej części, którą chciała pisać. jedynaNagle całość dostała kopa – znów czyta się to nieźle i nawet America jakby wreszcie zaczęła dorastać i stała się mniej wkurzająca, jakby dotarło do niej, że nie jest pępkiem świata (taaa, ona to wiedziała od początku, przecież zawsze była skromna, tylko jakoś się nie ogarnęła ;))

Przyznam, że zakończenie mnie trochę rozczarowało – jakoś… Za łatwo to poszło. A był materiał na jeszcze jedną książkę, jak nic. Słabością tej części stają się wspomniane służące. Tu chyba Autorce brakło pomysłu na nie. Jeszcze Lucy dostaje jakiś los, a pozostałe dwie gdzieś nam się rozmazują w tle 😦

Na dodatek mamy jeszcze „dodatkowy epilog”‚, który jest typowo na siłę. „Bo wszyscy czekają na tę scenę”. Jakoś bez niej spokojnie bym się obeszła, szczególnie, że jest taka doklejona – bez opisu tego, co stało się przez dwa lata, tak trochę bez pomysłu. Jak skończycie Jedyną – zostańcie na tym, co jest w druku, epilog nie wart szukania 🙂

Mroczne umysły. Nigdy nie gasną – Aleksandra Bracken

Wracam (znów :)).

mroczne umysły nigdyniegasna

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na Mroczne umysły trafiłam widząc zachwyty nad tą książką na większości for, gdzie była tematyka powieści „w typie Igrzysk”, czyli fantastyka YA. I przyznam, że mam zagwozdkę. Książka w założeniu ma w sobie „coś” – świat nie do końca postapokaliptyczny, bo tak naprawdę ta tragedia właśnie trwa – choroba, która dotyka najczęściej 10-latki… Zmieniając ich mózg. Część umiera, a ci, którzy mają szczęście i przeżywają, otrzymują moce. Chciałoby się powiedzieć – szczęściarze przez duże S. I tu chwała Autorce, bo odwraca całość rozumowania – te moce są tragedią. Dzieci stają się mutantami – nie mają pojęcia dlaczego ich to spotkało, większość trafia do obozów, które są komunikowane jako „rehabilitacyjne”, a w praktyce są więzieniami. Część można nazwać nawet obozami koncentracyjnymi – nastolatki (od 10 lat, a czasem i młodsze) zmuszane są do pracy ponad ich siły, karmione są kiepsko, nieleczone, śpią w barakach, często nieogrzewanych, a ciepła woda to luksus, o którym nie marzą nawet. Za karę (np. za wyimaginowaną niedokładność w pracy, albo bunt przeciw molestowani) są przywiązywane do słupa i tak zostawiane na dzień lub dwa (nieważne na mrozie, czyli kilkudziesięciostopniowym upale), albo bite do nieprzytomności.

Oczywiście nietrudno domyślić się przyczyny – strach. Dzieci (pokolenie PSI) stały się mutantami, które np. potrafią władać ogniem (Czerwoni), manipulować umysłami (Pomarańczowi), czy sterować elektrycznością (Żółci) .

Plusami książki (oprócz podejścia) są na pewno różne postaci. I nie mam wcale na myśli tylko tych głównych, ale przede wszystkim te poboczne – dzięki nim dowiadujemy się, że podejście „jestem potworem” nie jest wcale jednorodne, że są dzieciaki, które są dumne ze swoich mocy, które nie boją się ich używać, ale też niemało jest takich (szczególnie wśród Czerwonych oraz Pomarańczowych), które krzywdzą wszystkich wokół zarówno po to, by się uwolnić, ale też dla zabawy.
Co ciekawe – to postacie drugoplanowe (lub nie do końca pierwszoplanowe;)) są znacznie ciekawsze niż główna bohaterka. Liam – aż za dobry, szczery i otwarty, na szczęście całkiem nieźle zrównoważony przez Charlesa (Pulpeta), który z kolei jest burkliwy, zamknięty w sobie i bardzo nieufny. Do tego Uciekinier – postać zbudowana niemal do bólu wedle bardzo określonego schematu, a mimo to zaskakująco akceptowalna (z reguły taka schematyczność wkurza – tu się jakimś cudem, na tle innych postaci, broni).
Plusem jest też konsekwencja opisów – jeśli któreś dziecko „usmaży” elektrykę, to nie okazuje się, że jeden jedyny generator, który jest im potrzebny – ocalał. Jest tylko jeden szkopuł w całości, niewyjaśniony do końca, ale nie zdradzę, bo musiałabym zbyt wiele odkryć, a nie jest tak problemowy, by podważać resztę – to raczej brak jakiegoś zdania.

A teraz minusy… Minusem jest niestety sama Ruby, czyli główna bohaterka.
Można ją polubić, można zrozumieć jej zachowanie, poznając historię, ale nie zmienia to faktu, że po początkowym współczuciu, w pewnym momencie zaczyna wkurzać. Druga część tylko to wzmacnia, niestety. Ma 16 lat i oczywiste jest, że na pewnym etapie wiele rzeczy ją przerasta. Ale po kilku miesiącach powinno przestać, ale to się nie dzieje. I tu jest najpoważniejsza niekonsekwencja – bo Ruby staje się heroiną wcale nią nie będąc. I gdyby to był przypadek (miłość, poczucie odpowiedzialności, itp.), to byłoby to jasne. Ale ona akceptuje tę rolę, ale w nią nie wchodzi. Na dodatek nie uczy się na własnych błędach (nie mówiąc o czyichś).
Minusem jest też początek Mrocznych umysłów, przez który się brnie. Rozumiem, że myśli Ruby (mamy niezwykle modną obecnie w tym gatunku narrację bohaterki) są właśnie takie – jakieś jakby poszarpane, ciężkie, ale przyznaję, że nie ułatwia to czytania i wejścia w środek. Potem się poprawia i całość zaczyna się czytać znacznie lepiej.

Wspomniana druga część „Nigdy nie gasną” (czy ktoś może mi wyjaśnić o co chodzi z tym tytułem???) jest słabsza od pierwszej. Znów ciągną ją drugoplanowe postacie (szczególnie genialny Judy), ale całość rozeszła się pod palcami Autorki chyba. Liam… Jakoś dziwnie się zmienia, przestaje być odpowiedzialnym, otwartym facetem, za to wciąż myśli o tym jak on ją kocha i ojej, jakie to dziwne (uzasadnienie, ale staje się taki rozmamłany), Pulpet przeszedł też przemianę niesamowitą wręcz i znów – brakuje zupełnie jego dystansu, nieufności – tego, na czym opierała się postać. Chyba najwięcej z I tomu zostało w Uciekinierze – został nadal tym samym przekonanym o własnej wartości i realizującym własny projekt, niezależnie od wszystkich innych ludzi.
Końcówka przywiodła mi na myśl końcówkę Zbuntowanej – II tomu Niezgodnej. I aż się boję sięgnąć po kontynuację „Mrocznych umysłów”, aby nie okazały się być kolejną Wierną – rozsypaną, oderwaną od postaci i poniekąd rzeczywistości…

Czy warto sięgnąć po Mroczne? Tak, choćby ze względu na inny świat i inne spojrzenie na bohaterów i rzeczywistość. Ale nie jest to trylogia, która porywa, która sprawia, że nie sposób się oderwać, że kradnie się dla niej każdą chwilę.

Przez burze ognia, Veronica Rossi

Sama nie wiem czego do końca spodziewałam się po tej książce. Kupiłam ją chyba poniekąd na fali Igrzysk, Niezgodnej, itp. Szukałam czegoś w klimacie ale bez kolejnych powtórek. Ciekawego świata, przemyślanego w budowie, ale potrafiącego zaskoczyć.

przez_burze_ogniaI muszę przyznać, że choć dałam tej książce trzy gwiazdki na Goodreads, to w dużej mierze mnie nie zawiodła. Jest całkiem sprawnie napisaną opowieścią, którą dobrze się czyta. Choć świat pod kopułami i poza nimi (i bajki opowiadane wzajem) nie są niczym nowym, to jednak wizjery i Strefy w niemałym stopniu nawiązujące do znanej nam rzeczywistości (jak choćby Second Life, czy gry oparte o RPG) wybiły się lekko. Pokazana została tęsknota za prawdziwymi emocjami i przeżyciami, nawet wtedy, gdy ograniczenie sprawia, że jest nie można ich realnie odczuwać. Podobnie – choć międzygatunkowe niemal połączenia nie są niczym nowym, to tu nie nużyły.
Aria jest jedynaczką wychowaną w świecie zaawansowanych technologii, w świecie gdzie nie ma zbyt wielu niebezpieczeństw, ani chorób. Ba, gdzie kobiety nie mają miesiączki! Żyje z Matką w miarę spokojnie, czasem trochę się buntuje, nic wielkiego. Aż do dnia gdy traci z matką łączność i w próbie poszukiwań łamie zakazy. A że przy okazji wkracza na wojenną ścieżkę z możnymi swego świata, problemy rosną w olbrzymią górę…

Oczywiście jest i chłopak, Perry, który też ma problemy, a w jego świecie też nie brak kłopotów. Należy do tzw. Wygnańców – ludzi żyjących na zewnątrz kopuł, skazanych na kaprysy natury. I na „normalne” życie – z bólem, chodobami, przemocą, ale i z prawdzimy emocjami. Na dodatek emocje te mają dla niektórych zapachy. Są też konflikty rodzinne, a nawet kanibale… I oczywiście romans młodych, do którego prowadzi niemal wszystko od drugiej dziesiątki kart powieści. Bo choć Aria jest gadatliwa i marudna, to jakoś magicznie Perry’ego przyciąga. I ten jej zapach (hmmm, jakoś znów mi się to kojarzy z inspiracją Zmierzchem…)

Książka jest przewidywalna (niestety) i dlatego tylko trzy gwiazdki. Gdyby pewne akcje nie były niepotrzebnie zapowiadane wiele stron wcześniej, miałaby szansę na znacznie większe wybicie się. Tymczasem ma niewykorzystany potencjał eteru (ani razu nie miałam realnego poczucia zagrożenia bohaterów podczas burzy) i brak zaskoczeń na dużą skalę. Nawet jeśli przez chwilę coś się pojawia, to jakoś się spłaszcza. Brakuje adrenaliny (ok, rozumiem, że bohaterowie ją mają, ale ja też chcę ;)).