Zemsta ubiera się u Prady, Lauren Weisberger

Jakimś cudem nie opisałam czytanego wiele lat temu Diabła (Diabeł ubiera się u Prady), czyli części, której Zemsta jest kontynuacją. Diabeł był zabawy i przerażający równocześnie. Z Andy identyfikowałam się mocno, tym bardziej, że mój ówczesny szef miał wiele zagrywek Szefowej z Diabła, włącznie z mocno ograniczonym poczuciem empatii. Andy miała cel, zagryzała zęby, szła do przodu. W końcu nie wytrzymała i odeszła. Książkę czytało się lekko i przyjemnie, a po zakończeniu chciało się więcej. Dlatego bardzo się ucieszyłam, gdy w ręce wpadła mi Zemsta.

zemsta ubiera się u pradyZemsta zaczyna się kilka lat później (bodaj 10). Andy w międzyczasie pracowała m.in. w blogu ślubnym, aż – wspólnie z drugą asystentką Mirandy (szefowej), czyli Emily, zakłada ekskluzywne pismo ślubne Plunge. Oczywiście z pismem układa się rewelacyjnie, bez większych problemów znajdują inwestorów, w ciągu 4 lat ich tytuł staje się jednym z ważniejszych w tej branży na rynku. Bajka po prostu, ale cóż – kochamy bajki, więc czemu nie.

Tylko Zemsta obnaża niestety braki bohaterek Diabła. I to bardzo silnie. Diabła zdominowała despotyczna, wręcz sadystyczna Miranda, zostawiając swoje pracownice w głębokim cieniu. Dzięki temu – obroniły się. Niestety, wysunięcie ich na pierwszy plan pokazało wszystko. Kompletny brak wyrazistości Andy, która po 10 latach nadal żyje strachem przed Mirandą. Strachem bardzo głębokim, który stanowczo powinna leczyć i który jakoś ogranicza ją w życiu, w pracy, ale jakoś nie ogranicza, co jest po prostu niekonsekwencją. Generalnie na 460 stronach przez większość czytamy albo o strachu Andy przed Mirandą, albo o rozterkach związanych z Maxem, obecnym mężem. I to niemal wszystko – na tym zbudowana jest cała książka. Czasem pojawia się nam jeszcze Emily, która wcale nie zmieniła się od czasów pracy u Mirandy i za nic nie umiem zrozumieć podstaw tej „przyjaźni” pomiędzy nią, a Andy. Czyli generalnie Emily jest nadal wyniosła, skoncentrowana na sobie i uwielbiająca swą byłą szefową.

Co jakiś czas w tle pojawia się ciekawsza postać (m.in. aktorki wychodzącej za mąż), ale to raczej migawka, która gaśnie równie szybko, jak się pojawia. Całej książce brakuje pomysłu na rozwój – treści, postaci, jakiegokolwiek ciągu dalszego. Gdyby to zamknąć w 200 stronach, może byłoby strawniej, ale przy blisko 500 jest nuda, którą skończyłam tylko dlatego, żeby nie odkładać, a zobaczyć jak daleko Andy stoczy się w swoim strachu (nie, nie ma samobójstw, ani nic takiego, to po prostu przerażona dziewczynka, która boi się wezwania do dyrektorki szkoły, a każdego, kto przechodzi to samo, co ona, chce przytulać i pocieszać. Tak cały czas)…

Pisząc krótko – niestety, nie warto. To najsłabsza książka Lauren Weisberger, jaką miałam okazję przeczytać i jedna ze słabszych czytanych przez ostatnie 2-3 lata.

Reklamy

Krucha jak lód, Jodi Picoult

Niezwykła książka… Kto śledzi mój blog, wie, że lubię czytać powieści Jodi Picoult. Ale też nie podchodzę do nich bezkrytycznie – nie każda trafia w mój gust. Ale „Krucha jak lód” jest niezwykła…

krucha_jak_lodGłówną bohaterką (tytułową) jest Willow – od poczęcia (tak, nie od urodzenia) chora na wrodzoną łamliwość kości. Jej kości są tak kruche, że już w brzuchu mamy miała kilka złamań nóżek, rączek – prawdopodobnie wystarczyło pochylenie się matki, by ją uszkodzić. Gdy się rodzi, trzeba nauczyć się ją przewijać, karmić, a nawet przytulać. Inaczej – najmniejsza nieostrożność złamie jej kolejne kości.

Mam wrażenie, że gdzieś w odległej historii zetknęłam się z tą chorobą (opisem), ale nigdy nie zdawałam sobie sprawy z tego, że jest aż tak okrutna, że dziecko łamie się już w łonie matki, że potem wiele pielęgnacyjnych zabiegów niemowlęcia może się skończyć śmiercią (połamane kości uszkadzają wewnętrzne organy). Mimo to opisana Willow jest pogodnym dzieckiem, które niemożliwość aktywności fizycznej przekłada na pochłanianie wiedzy. Ciekawostki i nowinki to dla niej największa zabawa i rozrywka. A niewielki wzrost jeszcze potęguje szok obcych gdy zestawiają wygląd 3-latki z wiedzą 10-12-latki…

Picoult lubi salę sądową, więc i tu jej nie brakuje. Matka dziewczynki pozywa swojego ginekologa, twierdząc, że gdyby wiedziała o chorobie córeczki, usunęłaby ciążę. Jednak w „Kruchej jak lód” sprawa sądowa nie robi aż takiego wrażenia (choć słowa „złe urodzenie” muszą wielu ruszać), jak poszczególne sceny. Dla mnie pierwszą z nich była kwestia odebrania Willow rodzicom (jest stosunkowo na początku książki, więc nie zdradzę aż tak wiele). Podczas wyjazdu do Disneylandu, rodzice przez nieuwagę nie zabierają zaświadczenia od lekarza. I trudno się dziwić, że gdy Mała trafia ze złamaną nogą na dyżur, a w prześwietleniach widać masę innych złamań – w leczeniu i wyleczonych – podejrzenie jest jedno. Dziecko jest maltretowane, prawdopodobnie przez ojca. A wyjaśnienia trwają niemało czasu… Opieka społeczna miała rację, ale pomyślałam jak często tego typu rodzice muszą przechodzić przez takie piekło…

Inną sceną, która zrobiła na mnie niesamowite wrażenie, było spotkanie Willow – na wózku – z dziewczynką chorą na raka (podczas leczenia chemioterapią). I to jak obie po prostu się na siebie „gapiły”. Bo choć obie wiedziały, że są inne, to nagle trafił się ktoś – w ich oczach – bardziej inny, kto przykuwał uwagę i pozwalał czuć się (chyba) lepszym.

Willow to jedna z najciekawszych postaci stworzonych przez Picoult. Dziewczynka nad wiek rozwinięta i mądra, ale jednak wciąż dziecko. Dziecko, które ma świadomość swoich ułomności, ale też obwinia siebie i swoje ułomności za decyzje podejmowane przez dorosłych. I jak wiele dzieci – to ona próbuje ich chronić przed kolejnymi złymi nowinami.

To książka, przy której się płacze, albo przynajmniej wzrusza. Nie da się inaczej.

Na koniec – okładki – większość autorów poszła w schemat i dziewczynkę jeżdżącą na łyżwach (marzenie Willow) lub dziewczynkę i łyżwy. Polski ilustrator – umieścił zbliżenie twarzy dziewczynki. Ale jedna z najciekawszych nie pokazuje dziewczynki, ani łyżew. A mimo to oddaje całość aspektu kruchości i delikatności…

jodi picoult_handle with care

Grand Avenue, Joy Fielding

Cztery przyjaciółki. Przypadkowe spotkanie przy piaskownicy, deszcz i niekończąca się rozmowa… Cztery różne kobiety, różne charaktery, kilkoro dzieci i zupełnie różne historie życia. Nierzadko dramatyczne…

grand_avenue

Chris, Barbara, Susan i Vicky. Pierwsza – szczęśliwa matka i mężatka. W rzeczywistości kobieta maltretowana fizycznie i psychicznie przez męża, z dziećmi wciąż nastawianymi przeciw niej. Barbara – szczęśliwa mężatka, była Miss, która nieodmiennie wierzy w swoją urodę i puszcza mimo uszu plotki o ciągłych zdradach męża. Susan – ambitna matka, która wraca na studia, choć nie ma jeszcze planów na później. Na koniec Vicki – ambitna i zdolna pani adwokat, która z kolei dość luźno traktuje wierność i uczciwość wobec męża.  Mimo drastycznie różnych charakterów – znalazły wspólny język i następne lata spędzały wspólnie.

Początkowo sądziłam, że Grand Avenue będzie pisana z punktu widzenia Susan, ale nie do końca tak jest. Widzimy też sceny z punktu widzenia innych przyjaciółek. Nie ukrywam, że szczególnie bolesne są te widziane oczami Chris. Bicie i poniżanie już samo w sobie jest straszne, ale nie ukrywam, że najgorsze były reakcje dzieci, przejmujących podejście ojca.

Niewiele można napisać nie zdradzając szczegółów. Ale już od początku książki wiemy, że dwie przyjaciółki umrą nie doczekawszy sędziwego wieku. I choć łatwo jest obstawiać, która z nich będzie jedną z nich, to rozwiązanie jest zaskakujące (i dobrze).

To nie jest typowa książka – większość książek z kobiecymi bohaterkami przyjaciółkami jest ciepłych, z uśmiechem, a wszystkie problemy w końcu znajdują pozytywne rozwiązanie. Tu od początku wiemy, że tak nie będzie. Ukazane problemy są mroczne, a wybierane rozwiązania niekoniecznie prowadzą do szczęśliwego końca. I choćby dlatego warto sięgnąć po Grand Avenue – by zobaczyć życie, w którym na końcu jednak nie ma tęczy, a miłość nie wszystko zwycięża…

Bardzo słodka Sosnówka…

Napaliłam się na tę książkę. Zamówiłam w bilbliotece i cała szczęśliwa odebrałam… dwa w jednym, bo okazało się, że oprócz Sosnowe dziedzictwo w ręce wpadła mi jeszcze Pensjonat Sosnówka Marii Ulatowskiej. Jeszcze tego samego wieczoru zaczęłam czytać. A potem następną…

dziedzictwo pensjonat

Nie do końca wiem jak je ocenić. Dlaczego? Dlatego, że Sosnowe dziedzictwo czyta się nieźle. Książka jest wzruszająca i stanowczo może się podobać. Anna Towiańska (główna bohaterka) co prawda już tu zaczyna odsłaniać swoją prawdziwą naturę, ale odnośnik do wojny, dziadków, odkrytej po latach tajemnicy i całej masie wątków i postaci sprawia, że (mimo lekkiego bałaganu w całości) Dziedzictwo jest książką, w którą można się wciągnąć i czuje się jakieś ciepło w całości. Tak jakby autorka przelała jakieś swoje uczucia w całość.

Widocznym już w pierwszej części problemem jest ten bałagan w powieści. Wątki są co chwilę zmieniane, mało jest głębszych przemyśleń, poza Anną ciężko z kimkolwiek się związać, przyzwyczaić, bo postacie też zmieniają się jak na karuzeli. Może jeszcze pan Dyzio zapada w pamięć, ale chyba też dlatego, że jest bohaterem wyrazistym (chyba najbardziej w całej książce). Pozostali – pojawiają się i znikają, podobnie jak wydarzenia, w których uczestniczą…

I z przykrością stwierdzam, że na pierwszej części cyklu Autorka tym powinna była zakończyć 😦 Nawet jeśli Sosnowe dziedzictwo spodoba Wam się bardzo, nie sięgajcie po Pensjonat Sosnówka. 10 kilo cukru w cukrze… Anna Towiańska z osoby słodkiej robi się nie istniejącym ideałem, który zawsze jest ciepły, opanowany, uśmiechnięty, nie ma żalu ani złości nawet na chuliganów, a problem wracającej byłej żony partnera nie budzi w niej zazdrości, tylko obawę, że zabierze jej potencjalnego pasierba, do którego już się przywiązała. Na dodatek ta dziewczyna właściwie nie ma żadnych problemów – skończyły się jej oszczędności – ojej, zaraz pojawia się wyciągnięta pomocna dłoń z odpowiednią kwotą nie chcąca nic w zamian niemal. Pojawia się jakikolwiek inny problem – natychmiast niebo otwiera swe podwoje, by Ania go nie miała… Przyznam, że już samo to było nierealne, ale kiedy ukochany Jacek zbiera braci i jedzie rozprawić się z Maliniakami poprzez (tak, poważnie) uszkodzenie ich ciała, to już weszliśmy na wysoki poziom abstrakcji…

Wiem, że obie części mogą się podobać – są miłe, słodkie, opowiadają cudowną historyjkę. Ale może ja już jestem na to za stara, a może po prostu to nie dla mnie – w każdym razie, jeśli Ktoś z czytających zgadza się (mniej więcej) z moimi odczuciami, to może sobie darować obie książki, a na pewno Pensjonat.

Irena, Małgorzata Kalicińska, Basia Grabowska

Początkowo nie miałam zamiaru czytać Ireny. Rozczarowanie Domem nad Rozlewiskiem nie wywietrzało mi jeszcze z głowy (trafiła na stos niedokończonych, bez większych szans na drugą szansę). Ale okładka przyciągała mnie, a i opinie na blogach i Goodreads kusiły… W końcu się złamałam, zakładając, że jeśli pierwsze 100 stron mnie nie wciągnie – odkładam. Ale już znacznie szybciej wiedziałam, że dokończę…

IrenaIrena to opowieść o trzech kobietach – Jagodzie, Dorocie i Irenie oraz o ludziach, którzy je otaczają. Najmłodsza z nich, Jagoda (koło 30) jest przebojowa, zorganizowana, pracuje w korporacji i robi karierę. Równocześnie jest singielką, czego nie bardzo może zaakceptować jej matka – Dorota. Trochę roztrzepana, trochę eko, trochę hipiska prowadzi swój sklep internetowy z biżuterią i… szuka dookoła problemów, nierzadko na siłę. Najstarsza – tytułowa Irena to przyszywana ciocia – babcia. Trochę zdystansowana, mądra wiekiem, kocha obie kobiety i próbuje je zbliżyć do siebie.

Irena to także opowieść o cieniu tajemnicy, która niszczy matkę i córkę, tworząc między nimi nierozumianą barierę, sprawiając, że ich związek jest toksyczny. Dorota straciła pierwsze dziecko w wyniku śmierci łóżeczkowej. Depresja sprawiła, że najłatwiej jej było udawać, że Kubusia nie było. I w takim przekonaniu żyje jej córka, Jagusia, która nie wie o istnieniu brata, ani o tym, że imię dostała po innej Jagusi, dziewczynce z Bieszczad, którą w marzeniach mamy miała się stać. Całkiem inny charakter sprawił, że Jagoda – w przeciwieństwie do swej imienniczki – nie garnęła się do kuchni, nie lubiła sukienek, za to była świetnym organizatorem i liderem. Przebojowa, twarda, jednak nieodmiennie ma poczucie, że wg. matki jest egzemplarzem wybrakowanym, że aby Dorota ją polubiła i zaakceptowała, powinna się zmienić w kogoś kim nie jest.

Irena to niezwykle ciepła i wzruszająca książka. Równocześnie nie ma wad często charakterystycznych dla „literatury kobiecej” – nie jest totalnie słodka, nie jest nawet przesłodzona (może za wyjątkiem postaci Jaśka, męża Doroty – chodzącego ideału). Bywa nawet czasem nazbyt pragmatyczne, ale to jej plus. Bohaterki (szczególnie Jagoda i Irena – Dorota mniej) mają sporo dystansu do siebie i potrafią o tym mówić z niemałym poczuciem humoru, czasem wręcz ironią. Równocześnie właściwie wszystkie postacie są życiowe – w Felku (mężu Ireny) kilkakrotnie odnajdywałam rysy mojego dziadka, w Radku – mojego dobrego znajomego – może dlatego ta książka tak mi się spodobała? 🙂

Książka przeczytana m.in. w ramach wyzwania Pod hasłem 🙂

Dać się zabić za ten wygląd, Janice Kaplan

Dałam tej książce 3 gwiazdki na Goodreads, ale… No dobra – na dwie była jednak zbyt zabawna, ale na trzy nie zasługuje. Tak 2,5 byłoby OK.

Chyba powinnam zacząć od tego, że nie rozumiem tytułu tej książki. Początkowo myślałam, że to kiepskie tłumaczenie, ale właściwie nie – oryginał to „Looks to die for”, czyli wygląd, dla którego można umrzeć. Czyli zgadza się… Tyle, że w tej książce nikt nie umiera dla wyglądu – nie sprzedaje się mafii, by mieć pieniądze na operację plastyczną, czy coś w tym stylu. Owszem – jest morderstwo (niejedno nawet), ale raczej na innym tle…

Sama powieść jest utrzymana mocno w stylu serii o Stephanie Plum – choć nie z aż takim poczuciem humoru, za to z product placement jakiego nie powstydziłyby się polskie seriale (niemal każdy ubiór głównej bohaterki i jej przyjaciółek/spotykanych kobiet jest dokładnie opisany – marka, a nieraz i kolekcja; także kwestie lakierów do paznokci, szminek, itd…). Gdzieś na 50 stronie już się pogubiłam co ona i kiedy nosi – w każdym razie wszystko z pokazów i same drogie marki. Niemniej rozwaliła mnie, gdy przeszła na poziom wypisywania marek… dywaników. Nie mam pojęcia czy samej autorce to imponuje, czy też miało podkreślić styl/gust/coś innego bohaterki, ale do mnie nie trafiło.

Książkę czyta się dobrze – mimo tej listy marek napisana jest dość sprawnie, aczkolwiek Lacy Fields jest raczej głupiutka i sprawę udaje się jej rozwiązać z dwóch powodów. Ma olbrzymie szczęście ratujące ją mimo braku zdrowego rozsądku (w przeciwnym razie już dawno nie żyłaby), oraz jest zdesperowana. Gdyby całość doprawić humorem Janet Evanovich i mocnym rysem danym niektórym bohaterom, niewątpliwie książka zyskałaby – nie tylko ogólnie, ale także w oczach i ocenach czytelników. A tu jednak tego mocno brakuje. Idealny Grant (syn) jest zbyt idealny, a zbuntowana Ashley (córka) chyba jako jedyna ma charakter.

Na leniwe weekendowe popołudnie, gdy ma się człowiek ochotę „odmóżdżyć” – jest w porządku. Ale to nic ambitnego i raczej nie pobudzi do myślenia 😉

Pudełko ze szpilkami, Grażyna Plebanek

Nabrałam się, nabrałam się jak nie wiem. I na dodatek nie mam pojęcia jak to opisać, żeby nie zdradzić nic… W każdym razie dajcie „Pudełku ze szpilkami” szansę i doczytajcie do końca. Bo ten koniec zmienia optykę książki…

Główna bohaterka to Marta. Ma 30 lat, dobrą pracę (dlaczego znów zielona osoba trafia do agencji PR…), która zaszła w ciążę z niemal nieznanym sobie facetem. Jakby tego było mało – tenże facet okazuje się jej nowym szefem.

Tytułowe pudełko ze szpilkami, (a właściwie – po szpilkach) to pudło, w którym Marta upycha swoje zapiski. Dzień po dniu zbiera swoje myśli, szukając sensu życia, porządkując emocje, próbując odnaleźć w całym zamieszaniu siebie. Lawiruje między oczekiwaniami rodziny, nowej teściowej, przyjaciółek, współpracowników, klientów, a nawet byłych kochanków. W tym wszystkim brakuje jej samej, coraz bardziej zagubionej, zmęczonej i zniechęconej. I chyba to zniechęcenie sprawia, że miałam ochotę odłożyć Pudełko. Było mi żal Marty, ale miałam poczucie, ze w tym wieku powinna się za siebie wziąć, a nie ulegać wszystkim i wszystkiemu…

Jak napisałam – mimo wszystko warto dotrwać do końca, bo nagle wiele elementów wskakuje na swoje miejsce, wyjaśniając wątpliwości i niektóre zachowania nie tylko głównej bohaterki, ale i jej otoczenia.

Plusem tej książki jest też różnorodność spojrzeń na macierzyństwo i karierę. Nie ma jednego, słusznego wyboru (choć nie jest to książka neutralna – w żadnym wypadku, niestety). Mimo jednak, że widać podejście Autorki, to jednak postaw, (a także deklaracji postaw) jest wiele – jak w życiu. Od podejścia „Bóg daje dzieci, to i da na dzieci”, aż do postawy, że dla dzieci są weekendy, a w tygodniu należy pracować. Każda z bohaterek jest inna (skąd inąd za nic nie rozumiem, jak mogą się „przyjaźnić” przy tak różnym podejściu do wszystkiego), więc czytelnicy, którzy w książkach szukają siebie – nie będą mieli z tym dużych problemów w przypadku tej książki.

W połowie książki byłam pewna, że napiszę – nie warto. Mimo to, po zakończeniu – napiszę, że raczej warto. Raczej, bo uważam, że ta powieść nie każdemu się spodoba, ale myślę, że czasem może pokazać inną stronę życia.