W sieci umysłów, James Dashner

„W sieci umysłów” to pierwsza część kolejnej trylogii Jamesa Dashnera (Doktryna śmiertelności). Postawiłam tej książce wysoką poprzeczkę – podobał mi się „Więzień labiryntu” i oczekiwałam czegoś na podobnym poziomie, czegoś w miarę nowego, świata, który nie został opisany jeszcze w 20 innych książkach.

w-sieci-umyslowI, niestety, chyba ta poprzeczka powędrowała zbyt wysoko. Książkę czyta się nieźle, to prawda, napisana jest dość sprawnie, nie nudzi. Z jednej strony wierzymy, że główny bohater powinien przeżyć (wszak to początek trylogii), z drugiej – było kilka momentów, w których zastanawiałam się, czy na pewno w następnej książce nie dostaniemy nowej grupy dzieciaków… Ale równocześnie mam problem ze stworzonym światem. Wynika on z tego, że niemal nic o nim nie wiem o wykreowanej rzeczywistości. Informacje, jakie dostaje czytelnik ograniczają się do takich wiadomości jak:
– gry video stały się niezwykle popularne (acz w dużej mierze grają w nie młodzi, czyli pod tym względem niewiele się zmieniło),
– weszły na znacznie wyższy poziom – gra się leżąc w czymś w rodzaju trumny, z przypiętymi rurkami, które z jednej strony dbają, by wszystko, co dzieje się w grze, było realnie odczuwalne (ból, przyjemność), ale i dostarczają składników odżywczych,
– jedna z najpopularniejszych gier – VirtNet – ma wiele poziomów, a pewnego rodzaju świętym graalem jest Głębia życia, do której dostać się jest bardzo ciężko (gracze muszą najpierw zebrać wiele punktów i wykazać się wysokiej klasy umiejętnościami, także w zakresach społecznych),
– gracze mogą hackować grę po prostu myślami wchodząc w kod i zmieniając go (wiemy tylko, że do tego siadają i zamykają oczy i… po prostu zmieniają kod).

I na dobrą sprawę to wszystko. Michael, główny bohater, chodzi do szkoły i nawet chyba ją lubi, choć nie ma tam żadnych przyjaciół i nawet przez 2 strony nie dowiadujemy się o szkole nic, kompletnie. Poznajemy jego dwóch przyjaciół, których nawet on sam zna tylko w grze. Ale o nich także nie wiemy za wiele, poza tym, że prawdopodobnie mają ok. 16 lat i są niezłymi programistami… (Standardowo, jak chyba w niemal każdej YA ostatnich lat jest trójka nastolatków, dwóch chłopców i dziewczyna; natomiast podobnie jak w Więźniu – w pierwszej części wątek romansowy jest tak słabiutki, że możemy przyjąć, że go nie ma).

„W sieci umysłów” ze zwykłej gry szybko staje się misją śledczo-wojenną. W VirtNecie zaczął rządzić gracz o imieniu Kaine (myślę, że skojarzenie z biblijnym bratem jest zamierzone), który więzi i niszczy innych graczy. Co więcej – niszczy ich nie tylko w grze, ale także w realnej rzeczywistości, co dotąd nigdy nie miało miejsca i wydawało się niemożliwe… Zadaniem nastolatków jest znalezienie drogi do kryjówki Kaine’a, co nie jest ani łatwe, ani bezpieczne. Na dodatek dość szybko dowiadują się, że mogą zginąć zarówno w grze, jak i w realu…

W trakcie czytania książki stawiałam sobie pytanie dlaczego instytucja zarządzająca grą zleca tak niebezpieczne zadanie nastolatkom? (plus dla Dashnera – bohaterowie też stawiają sobie to pytanie) Dlaczego mogą ich śledzić, ale nie zamierzają ingerować do samego końca? Dlaczego – mając władzę nad kodem – nie mogą sami sobie poradzić? I kiedy Dashner czytał/oglądał ostatnio Igrzyska? 😉 (Zimowa arena, a potem arena w formie zegara sprawiły, że nie mogłam sobie odmówić tego pytania ;))

Na pewno wiem jedno – warto dotrwać do zakończenia. Wreszcie poczułam się jak podczas czytania „Prób ognia”, gdzie co kilkadziesiąt stron miałam opad szczęki przez zwroty akcji. Po drodze rozpatrywałam co najmniej kilka rozwiązań, ale to ostateczne mnie zaskoczyło. I przyznaję – odpowiedziało na kilka pytań, które pojawiły mi się w trakcie książki, ale na pewno nie na wszystkie. Natomiast zakończenie sprawia, że wpisuję sobie następną część na listę, wierząc mocno, że to powrót do formy Dashnera 🙂

Reklamy

Przędza, Gennifer Albin

Przędzę podsunął mi… Amazon 😉 Po zakupie angielskich Igrzysk, pojawiła mi się na liście polecanych. Ściągnęłam próbkę, ale jakoś ciągle mi było nie po drodze. Wreszcie, po 2 lata (!) pomyślałam, że może warto zajrzeć. Próbka była całkiem przyzwoita, a na Goodreads z zaskoczeniem zobaczyłam, że jest także polska edycja (czy ktoś z Was słyszał wcześniej wiele o Przędzy?)

Albin_Przedza_mPrzędza to kolejna książka z trendu dystopia YA, jakich obecnie mnóstwo. Ale trzeba jej przyznać, że jest całkiem przyzwoita. Co prawda (niestety) nie oparła się schematowi, czyli główna bohaterka (tak, oczywiście – ona) ma lat 16 i niemal od początku wiadomo, że będzie źródłem buntu (co prawda w niemałym stopniu przyczyniają się do tego rodzice, ale wiele leży w jej charakterze i niewyparzonym języku). Obok niej są oni dwaj – dwóch młodych mężczyzn, niezbyt się lubiących, choć mających pewne wspólne cechy. A dla wielbicieli Igrzysk jest nawet młodsza siostra i kuzyn Ceasera…

Na szczęście Przędza zawiera także kilka nowych aspektów. Przede wszyskim świat, czyli Arras – wszystko jest przewidywalne, nadawane w „Strumieniu” (programie telewizyjnym). Ludzie są z góry uprzedzani jaka będzie pogoda, o której będzie burza, czy deszcz, kiedy urodzi się dziecko, kiedy przyjdzie przydział jedzenia, czy kosmetyków. Adelice (główna bohaterka) jest utalentowaną Kądzielniczką (Tkaczką), która widzi nici czasu i materii nawet bez krosna. Teoretycznie powinna się cieszyć, bo Prządki są w jej kraju darzone estymą i szacunkiem, ale – słuchając rodziców – trenuje się w maskowaniu swojego talentu. Jej zadaniem jest ukrycie go na egzaminach. Marzy o tym, by oblać je, a potem żyć w swoim mieście, licząc na przydział do zawodu nauczycieli i spokojne zamążpójście w wieku 18 lat. Mimo lat nauki nie udaje jej się to i dzień później zostaje zabrana do Zakonu (nie zdradzę Wam co temu towarzyszy). Jako Kądzielniczka ma do dyspozycji piękne suknie, kosmetyki, służbę. Ale też nie wolno jej założyć rodziny, ani zakochać się. Ma być całkowicie podporządkowana rozkazom Gildii. Jeśli dostaje przydział pogodowy – ma wplatać odpowiednią pogodę w konkretne obszary kraju. Jeśli jest odpowiedzialna za jedzenie – dostarcza rolnikom ziarno, a potem plony przeplata do miast, by ludzie mieli co jeść. Ale może też być odpowiedzialna za śmierć. I to też ma wykonać bez pytań i wątpliwości. Bezsporna lojalność, albo sprucie.

Kolejną ciekawostką jest kwestia, że Adelice nie jest (jak bywa w większości) wcale pierwszą, która myśli o buncie, ani pierwszą, która robi krok naprzód. Praktycznie trafia w sam środek intryg, walki o władzę i przywództwo, a także niemałej zazdrości, także o mężczyzn. W jej przypadku wyjątkiem jest to, że jest pierwszą tak utalentowaną, ale czy to wystarczy?…

Przyznaję, że jestem ciekawa ciągu dalszego i zastanawiam się czemu wydawnictwo nie wydało kolejnych części. Trzeba będzie się zebrać i sięgnąć jednak po angielskie wersje…

Łza, Lauren Kate

Łza jest moim pierwszym spotkaniem z Lauren Kate. I nie ukrywam, że nie wiem, czy nie ostatnim.

lzaMożliwe, że miałam zbyt duże oczekiwania wobec tej książki. Słyszałam o niej wiele dobrego i oczekiwałam kawałka dobrej literatury YA. Nie wybitnej, ale dobrej. A dostałam… No właśnie – dostałam powolną opowieść o dziewczynie w niemałym stopniu skupionej na sobie, nie do końca logicznej, nie do końca ogarniętej. Z jednej strony trudno tego nie zrozumieć – w końcu niedawno straciła matkę i wciąż nie może się pozbierać (mam wątpliwości czy chce, choć nisamowicie kocha rodzeństwo). Po pewnym czasie dostaje spadek i znów obserwujemy jakby dwie nastolatki – jedna zapamiętale próbuje rozszyfrować księgę, druga zajmuje się medalionem – czyli nosi go, ale nawet nie próbuje naprawić i otworzyć.

Generalnie całość życia Eureki jest stosunkowo niespójna. Ukochana matka, która była cudem w życiu dziewczynki, była równocześnie osobą, która zabroniła jej płakać, a za uronioną łzę – policzkowała dziecko. Jakoś kłóci mi się to mocno ze sobą. Niby córkę chroniła, ale nigdy nie opowiedziała jej o noszonym dziedzictwie, czym wprost naraziła ją na śmierć. I nie tylko ją…

W moim odczuciu to niestety kolejna książka ze zmarnowanym potencjałem. Pomysł na Córkę Łez, która może kiedyś wydostać na powierzchnię Atlantydę, był naprawdę ciekawy. Jednak jego rozwinięcie wygląda tak, jakby przerósł samą Autorkę. Najmocniejszym punktem jest chyba Prolog, acz  jest równocześnie jednym z większych spoilerów tej książki. Myślę, że otulenie tajemnicą śmierci matki Eureki, pokazanie Tragarzy Ziarna znacznie później, pozwoliłoby na snucie domysłów, na szukanie kto i dlaczego. Niestety – zamiast domysłów to akurat dostaliśmy na tacy…

Oczywiście standardowo w obecnej fali YA obok nastoletniej Eureki mamy dwóch chłopców – Andera i Brooksa. Ten pierwszy jest nowy w jej życiu, niezwykle tajemniczy, ten drugi – to przyjaciel od lat (to w sumie też znany schemat). Niemal można byłoby zakładać się w jaką stronę całość się potoczy i praktycznie tak się dzieje. Co prawda Brooks szykuje pewną niespodziankę, ale w Łzie mimo wszystko niewiele się o tym dowiadujemy. Podobnie jak i o mocach siostry Eureki, które są mocno zasygnalizowane, ale nie wyjaśnione.

Podejrzewam, że gdyby Łza wpadła mi w ręce 20 lat i 25 książek YA temu, mogłabym ją ocenić wyżej. Ale dziś… Szczerze – jest wiele lepszych, a sama ciekawa koncepcja to dla mnie już za mało 😦

Girl online, Zoe Sugg

Ona jest taka słodka… Nie, to nie o bohaterce, ani nawet o książce, ale rzeczywiście tak pomyślałam o okładce. Miałam skojarzenie z babeczkami, jakie czasem widuje się w amerykańskich programach, albo na zdjęciach w Pinterest 😉 Te pastele, lampki, zdjęcia. Co prawda przyznaję się – widziałam ją na ekranie komórki, więc nie wszystko było wyraźne, niemniej jednak 😉

girl_online_okladkaOd razu zaznaczę, jeśli szukacie ambitnej literatury, to nie ten adres. To książka dla nastolatek, o nastolatce. Młodej, naiwnej, szukającej księcia z bajki. Ale to też opowieść o tym jak wygląda świat, w którym internet sprawia, że świat się kurczy, a stanie się pośmiewiskiem nie oznacza już bycia ofiarą w klasie. Ani nawet w szkole. Bo filmik na Facebooku szybko trafia do kolejnych osób. A potem na You Tube, na Tumblr i w kolejne miejsca, rozprzestrzeniając się bardzo szybko.

Zaczynając od początku – poznajemy Penny. Jest Brytyjką, ale przyznaję, że równie dobrze mogłaby być Amerykanką, Francuzką, może Szwedką, choć nie wiem, czy Polką. Ale w sumie – czemu nie. Penny podkochuje się w szkolnej gwieździe (Mr Selfie :D), ma za przyjaciółkę laskę, która najchętniej wydłubałaby jej oczy, bo też podkochuje się w szkolnej gwieździe. Do tego ma przyjaciela-geja (od pierwszego momentu Eliot kojarzy mi się z jakimś nastoletnim bohaterem chyba z serialu, albo z jakiegoś filmu w stylu Disney’a… Może High School Musical? Taki, który założyłby spodnie w brązową kratę i kapelusz, a przy tym ma przyjemny, ale niezbyt niski głos…) i cudownych rodziców (naprawdę, pozazdrościć). Oprócz tego robi zdjęcia, ma napady paniki i wciąż się potyka. Pewnie nie czujecie, że ona to wy, ale może częściowo jednak tak. Jest po prostu zwyczajna – ja chyba częściowo taka byłam, wielu moich znajomych też…

Wszystko się zmienia, gdy Penny zalicza wpadkę nad wpadkami. Pamiętacie majtki Bridget Jones? Zoe Sugg też 😉 I bardzo ją zainspirowały. Tylko teraz zamknijcie oczy i przenieście to do szkoły średniej w dobie internetu. Tak, wszystko, co najgorszego możecie wymyśleć, właśnie się dzieje. I tak naprawdę to jest taki moment, w którym zaczyna też rozwijać się książka.

Jest przewidywalna. Bardzo. Jest książę, jest romans z bajki, są nieporozumienia. I dojrzewanie wewnętrzne Penny. Ale nie oczekujmy za wiele – to książka pisana (no dobra, przygotowana, bo pisał ponoć ghostwriter, z czego zresztą zrobiła się ponoć nieziemska afera – jakby było o co) przez młodą dziewczynę (choć już nie nastolatkę) w formacie nowoczesnego Kopciuszka. Ja widziałam i czytałam już tak wiele wersji Kopciuszka, że ciężko mnie zaskoczyć, ale nie zmienia to faktu, że mimo to – jeśli masz nastolatkę w domu, to warto przejrzeć. Niekoniecznie wczytywać się, ale przejrzeć.

Podobnie – jeśli chcesz się komunikować z nastolatkami – sięgnij po tą książkę, przeczytaj ją i zastanów się dlaczego ją kochają. Co jest w niej takiego, że nie tylko ją kupują, ale jednak chcą kolejnej części. Bo większość z nich boi się (jak każdy człowiek) odrzucenia, boi się wpadki napiętnowanej w internecie, boi się, że wszyscy są od nich lepsi. A Girl pokazuje, że ze strachem można walczyć. Że nawet filmik z majtkami w jednorożce w roli głównej da się przeżyć, choć jest ciężko. Że przyjaciele (ci prawdziwi też) bywają zazdrośni – o czas, o uwagę. Że potrafią wtedy zrobić głupotę, której żałują, choć nie krzywdzą tak mocno, jak ci, którzy nas nie lubią. Dodatkowo mamy też bohatera geja – i tu akurat chwała autorce za jedno – że nie zrobiła z niego „kwiatka”. W wielu książkach widziałam hasło „gej przyjaciel”, ale najczęściej ogranicza się to do opisów faceta, który rozumie swoją przyjaciółkę i świetnie zna się na modzie. Girl online pokazuje problemy Eliota z rodzicami, którzy nie przyjmują do wiadomości orientacji syna (choć im o niej powiedział), ale na siłę próbują go zmienić. A gdy ich wysiłki idą na marne, posuwają się ro zarekwirowania mu komórki i laptopa do czasu aż zmądrzeje.

Malfetto. Mroczne piętno, Marie Lu

Marie Lu poznałam (jako autorkę :)) w ubiegłym roku (mniej więcej w tym samym czasie, na urlopie, wpadła mi w ręce pierwsza część trylogii Legenda – Wybraniec. Nie powiem, że się zakochałam, ale na pewno bardzo polubiłam. Wreszcie jakaś odmiana w fali dystopijnej fantastyki skierowanej do młodzieży i dorosłych – Day i June nie byli kolejnymi Katniss, a wprowadzenie dwójki równie silnych bohaterów, stojących początkowo przeciw sobie też znacznie zmieniło znaną dotychczas dynamikę.

malfettoZ tego względu nie mogłam sobie odmówić sięgnięcia po nową książkę Marie Lu – Malfetto. Mroczne piętno. Przenosimy się… w przeszłość – do renesansowych Włoch, choć w alternatywną rzeczywistość. Główna bohaterka to Adelina Amouteru, dziewczyna (jedna z wielu, a może raczej niewielu? sama nie wiem), która przeżyła dziwną epidemię kilka lat wcześniej. Choroba dopadała dzieci, czyniąc zmiany w ich organizmach. Zostawiała ślady na ciałach – blizny, zmiany kolorystyczne włosów, itp., ale i wewnątrz, dając im możliwość wpływania na rzeczywistość. Różną możliwość – niektórzy panowali nad ogniem, inni nad wiatrem, wodą, umysłami innych. Adelina straciła oko, jej włosy straciły barwę. Wiele lat nie miała pojęcia, że piętno w jej przypadku oznacza cokolwiek więcej. Dopóki nie uciekała przed okrutnym ojcem, który chciał ją sprzedać, póki nie sądziła, że musi zrobić wszystko, by uratować życie.

Adelina… Tak dużo chciałabym Wam o niej napisać, a tak wiele z tego będzie spoilerem, który popsuje Wam końcówkę… Generalnie Adelinę napędza strach – przede wszystkim ten, który sam odczuwa, ale z czasem uczy się sięgać po strach innych, tych, którzy ją otaczają (coś mi to przypomina, ale chwilowo nie umiem tego umiejscowić :(). Strach pozwala jej oszukiwać umysły innych. Tworzyć postacie i rzeczy, a także demony, które przerażają na śmierć niemal. Z czasem uczy się czegoś znacznie groźniejszego – uczy się oszukiwać umysł nie tylko w zakresie wzroku, ale też słuchu, smaku, a także odczuwania.

Oczywiście Adelina nie jest jedyną naznaczoną – takich jak ona, jest całkiem sporo. Ale równocześnie coraz mniej. Jak łatwo się domyślić -ludzie boją się Malfetto. Boją się, a więc odrzucają ich, pragną wyeliminować ich ze społeczeństwa. A sprzyja im w tym zakresie młoda królowa i jej mąż, którzy stanowią prawa przeciw napiętnowanym. Którzy sprawiają, że każdy ma właściwie obowiązek wydać Malfetto w ręce strażników, a jeśli tego nie zrobi – poniesie ciężką karę. Nie napiszę Wam o motywach, bo zbyt wiele wyjaśniłoby Wam to na początku książki, a odkrywanie niektórych powiązań, to jedna z przyjemności, jakie niesie ta książka…

Większość rozdziałów jest pisana z punktu widzenia Adeliny, ale nie wszystkie – część historii widzimy oczami Rafaella (to dla mnie też dość zagadkowa postać i mam nadzieję, że moje podejrzenia, co do jego chrakteru i decyzji potwierdzą się w kolejnych tomach, że słodki chłopiec nie jest taki do końca słodki), Enzo, czy Terena (ta postać bardzo dużo wyjaśnia, choć niewiele rozdziałów jest rozdziałów, w których jest narratorem). Dzięki takiemu zabiegowi (lubianemu zresztą przez Marie Lu – tak samo prowadzona była narracja w Legendzie) mamy okazję nie tylko dowiedzieć się więcej o otoczeniu i wydarzeniach, ale także poznać je od różnej strony, z różnym nastawieniem.

Jeśli znacie Mroczne umysły i sądziliście, że ta książka była mroczna, to uwierzcie mi – byliście w błędzie. Malfetto jest znacznie bardziej mroczne. I znacznie bardziej zaskakujące. Co najmniej 3 wydarzeń nie spodziewałam się zupełnie, choć pojawiały się drobne przesłanki. Ale są tak drobne, że chyba niewiele osób wpadnie na to, co zdarzy się na kilkadziesiąt, a potem kilkanaście stron przed końcem książki…

Przyznaję – już czekam na kolejną część. I aż mi żal, że angielska wersja pojawi się dopiero w październiku, bo gdyby nie to – pewnie już bym ją skończyła 😉

Na koniec – zerknijcie na pinterestową tablicę Marie Lu, gdzie przypina ona zdjęcia i obrazki, które kojarzą się jej z Malfetto – https://www.pinterest.com/mreefish/the-young-elites/

Córka zjadaczki grzechów, Melinda Salisbury

Nie do końca wiem, czego spodziewałam się po tej książce. Ciekawa okładka, wiele sugerujący opis przykuwały uwagę. Ale chyba jednak moja wyobraźnia podsunęła mi coś całkiem innego…

corkaZałożenie jest ciekawe. Społeczeństwo rządzone przez królową, której posunięć nie powstydziłaby się ta ze Śnieżki. Lordowie i dwórki mają myśleć jak ona lub giną, np. rozszarpywani przez psy. A ukaraną można być za rozmowę podczas śpiewu w trakcie uczty, za zbyt samodzielne zdanie, dopuszczenie do tego, by w królewskim ogrodzie pojawiły się dmuchawce, a nawet za… zajście w ciążę (królowa miała dwójkę dzieci, ale po stracie córki nie może zajść w kolejną). Państwo jest małe, a szalona (szybko dojdziecie do takiego wniosku) i okrutna królowa marzy o  powrocie Złotego Wieku, jaki jej królestwu wiele lat temu zapewnili jej dziadkowie.

Kolejny aspekt to wiara w wielu bogów i w materializację córki Pani Śmierci i Pana Życia. Stąd mamy główną bohaterkę, Daunen Wcieloną (czyli tę właśnie córkę – niezwykle tajemniczą, bo nawet legendy i podania niewiele o niej mówią). Tak naprawdę nie jest to jej prawdziwne imię (to realne to Twylla), ale jako uosobienie bogini w ten sposób jest nazywana. Straszne uosobienie,  bo jej dotyk rozdaje śmierć – szybką, ale nie bezbolesną.  17-letnia dziewczyna w ciągu kilku miesięcy z naiwnej nastolatki stała się katem,  który zabija gołymi rękami, poprzez lekki dotyk dłonią. Dokładnie – każdy kontakt z jej skórą przynosi śmierć w cìągu minuty. Odporni są tylko wybrani przez bogów, czyli król, królowa i ich syn, którego zaręczono z Daunen. Strach i wyrzuty sumienia towarzyszą jej na codzień i choć wie, że służy krajowi i królowej, trudno jej godzić się z samotnością, brakiem dotyku ludzi i zabijaniem.

Nie mam pojęcia po co w tym wszystkim tytułowa zjadaczka grzechów. Owszem, pobieżnie jest opisany rytuał pogrzebowy, na którym zjadaczka zasiada do uczty, a każdy pokarm symbolizuje grzechy zmarłego, aby je odkupić. Ale… poza wspomnieniem, że córka była przeznaczona, by iść w ślady matki (od dzieciństwa towarzyszyła jej w ceremonii, obserwując całość, by kiedyś przejąć tę zawód, a może raczej misję, która ociera się niemal o kapłaństwo) i że ciężko jej tknąć niektórych potraw, bo wie, że np. symbolizują grzech zdrady, nie ma to żadnego znaczenia, niczego nie wnosi. Czekałam nawet, że może będzie to jakoś powiązane z młodszą siostrą Twylli, (która musiała przejąć jej rolę spadkobiercy misji, gdy siostra odeszła do zamku), ale to także nie nastąpiło.

Całość jest – niestety – dość nudna. Piękna uciśniona nastolatka, szarpana wyrzutami sumienia (nie tylko ze względu na popełniane morderstwa, ale także względem swoich marzeń – chciała odejść z domu, chciała mieszkać w zamku, chciała stać się królową, ale nigdy nie przyszło jej do głowy, że będzie to wyglądać w taki sposób), zła królowa, która w imię dobra kraju i czystości krwi jest skłonna zrobić i poświęcić wszystko, wreszcie jej syn, który powoli przegląda na oczy. Problem w tym, że poza zabijaniem samym dotykiem – to wszystko już znamy, a autorce nie udało się wnieść nic nowego. Bohaterka jest skupiona na sobie do tego stopnia, że nawet dwa lata życia na pełnym intryg i niebezpieczeństw dworze, kompletnie niczego jej nie nauczyły. Intrygi zauważa czasem po kilku dniach, czasem po wielu tygodniach. Wie, że wszyscy się jej boją, że nie powinna nikomu ufać, a mimo to, gdy tylko pojawia się ktoś, kto obdarza ją uśmiechem, niemal wpada mu w ramiona (ok, rozumiem, że ma 17 lat, ale bez przesady – skoro nikomu nie ufam, to nikomu). Generalnie jest postacią, która myśli albo o sobie (o ja biedna, moja matka/inna zjadaczka będzie musiała zjeść wiele wron, bo jestem morderczynią, książę, który ma zostać moim mężem, nie zwraca na mnie uwagi, o, ja biedna, każą mi jeździć na polowania, itd.), albo zachowuje się kompletnie nieracjonalnie (ojej, królowa każe zabijać wszystkich, którzy jej nie słuchają, mnie wolno poruszać się tylko na linii zamek-wieża-świątynia, ale co tam – nowy strażnik, o którym nic nie wiem, wyciąga mnie gdzieś indziej, to idę – jak cielątko na rzeź).

Co więcej – kolejne legendy, które się pojawiają, są interpretacją znanych podań i baśni dla dzieci, brakuje czegoś nowego, co przynajmniej nie będzie tak powszechnie znane… Wciąż miałam wrażenie, że gdzieś tlił się jakiś nowy pomysł (stąd zjadaczka), ale został unicestwiony, albo nie pasował do reszty. Skutkiem tego powstała kolejna schematyczna bajka, która co prawda na samym końcu ma pewien, lekko zaskakujący zwrot, ale to za mało.

Samo zakończenie otwiera możliwość napisania kolejnego tomu. Acz ja na pewno go sobie daruję…

PS Właśnie na Goodreads znalazłam, że nie  kolejny, ale aż dwa kolejne. Kolejna trylogia…

PS2 Nie do końca zaplanowanie, ale Córka wpisała mi się idealnie w czerwcowe wyzwanie u Ejotka 🙂

Cudowne tu i teraz, Tim Tharp

O filmie Cudowne tu i teraz dowiedziałam się kilka miesięcy temu, gdy poleciła mi go moja Przyjaciółka. Trochę mi było jakoś nie po drodze z nim wciąż i z zaskoczeniem kilka tygodni temu zobaczyłam, że jest książka. Film już czekał nagrany (jest nadawany na HBO obecnie), a ja – zgodnie z zasadą, której staram się trzymać – sięgnęłam najpierw po książkę.

Cudowne_tu_i_terazZnając powieści Johna Greena jestem trochę zaskoczona, że Cudowne minęło właściwie bez echa. To książka o młodzieży, dla młodzieży, poruszająca ich problemy, pisana dość lekkim językiem. Nie wiem – może brakło mocnej reklamy (bo i film chyba nie trafił do kin), może mimo wszystko sama postać głównego bohatera nie do końca zaskoczyła…

No właśnie – u Greena bohaterowie są raczej pozytywni, bez problemu się z nimi identyfikujemy, (a na pewno męscy bohaterowie), natomiast Sutter… Sutter jest raczej specyficzny. Podejrzewam, że niewielu czytelników przyzna się otwarcie, że się z nim identyfikuje. To przystojniak, szkolny błazen, trochę wagarowicz, niewątpliwie imprezowicz. Gość znany także z tego, że łatwo zmienia dziewczyny i nie jest zbyt wstrzemięźliwy w kontaktach z nimi. A to nie koniec – Sutter jest uzależniony od alkoholu (pije od rana, pije w pracy, którą zresztą z tego powodu traci, choć jest stosunkowo dobrym sprzedawcą, pije w domu i w drodze do szkoły i na studniówkę, a także w jej trakcie), choć – jak chyba większość alkoholików – oczywiście się do tego nie przyznaje, nawet sam przed sobą.

Z czasem dowiadujemy się o skomplikowanej sytuacji Suttera (rozbita rodzina, żal o to do matki, do ojczyma, brak bliższego kontaktu z siostrą), co może tłumaczyć jego pozę na bycie wyluzowanym. I chyba ta poza sprawia, że tak naprawdę ta dusza towarzystwa nie do końca jest wszędzie pożądana.

Teoretycznie wszystko się zmienia, gdy Sutter poznaje Aimee. Aimee to drugi biegun – szara myszka, kujonka, która ciężko pracuje i w niemałym stopniu utrzymuje rodzinę, która jej nie szanuje i raczej przyjmuje za normalny stan, w którym Aimee jest wsparciem i służącą. Pozornie nie mają szans, ale w praktyce jestem w stanie uwierzyć, że potoczyłoby się to dokładnie w tę stronę, w którą idzie w książce. Sutter początkowo spotyka się z nią, żeby było miło, potem oboje zaczynają się angażować.

W tym momencie zaczyna się silny rozdźwięk między moimi odczuciami, a kilkoma recenzjami, które dane mi było czytać. Nie uważam, że Aimee jest mocną postacią, że jest narysowana silną kreską, że się wyróżnia. Jestem także przekonana, że Aimee się zakochała w Sutterze i on w niej raczej też, ale trudno tu mówić o głębokiej miłości, o niesamowitej zmianie obojga. To, co łączy tę dwójkę, to nastoletnie zakochanie, przy równoczesnym wypełnieniu braków uczuć ze strony rodziny (zarówno po stronie Suttera, jak i Aimee). Oczywiście każde z nich zyskuje sporo w tym związku (choćby przez wejście w nowe dla siebie środowisko i spojrzenie na świat pod innym kątem), ale i niemało traci (szczególnie Aimee). Trudno mi oceniać czy wychodzi na zero, czy niekoniecznie – myślę, że każdy czytając te książkę, musi zrobić to sam.

Książka ma swoje plusy i swoje minusy. Niewątpliwie do nich należy wcale niełatwy temat alkoholizmu nastolatków, pokazany z punktu widzenia uzależnionego. Muszę przyznać, że wyszło to całkiem nieźle, choć może szkoda, że bardzo szybko zyskujemy pewność, że chłopak już jest alkoholikiem (pije niemal cały czas, więc ciężko mieć wątpliwości – i to akurat jest mocny minus).
Kolejną kwestią na plus jest nieoczywiste zakończenie i raczej nie takie, którego się spodziewacie. Minusem jest to, że jest tak dalece nieoczywiste, że poczułam się bardzo rozczarowana.
Plusem jest język, minusem – rozciągnięcie niektórych aspektów, co sprawia, że stają bardzo przewidywalne.

Czy warto przeczytać? Od razu uprzedzam – to nie jest Green, więc trzeba podejść do Cudownego tu i teraz z pełną tego świadomością. Niemniej – zacznijcie. Jeśli w okolicach 50-60 strony dojdziecie do wniosku, że Was nie wciąga, a bohater Was irytuje – to mówię otwarcie, że to się raczej nie zmieni. Jeśli Sutter – mimo swojej pozy i alkoholizmu – sprawi, że będziecie ciekawi jak daleko się posunie (on i autor) – dokończycie niewątpliwie i bez mojej zachęty 😉

 Cudowne tu i teraz wpisało mi się także w wyzwanie „Grunt to okładka” pod hasłem „Ekranizacje”