Łza, Lauren Kate

Łza jest moim pierwszym spotkaniem z Lauren Kate. I nie ukrywam, że nie wiem, czy nie ostatnim.

lzaMożliwe, że miałam zbyt duże oczekiwania wobec tej książki. Słyszałam o niej wiele dobrego i oczekiwałam kawałka dobrej literatury YA. Nie wybitnej, ale dobrej. A dostałam… No właśnie – dostałam powolną opowieść o dziewczynie w niemałym stopniu skupionej na sobie, nie do końca logicznej, nie do końca ogarniętej. Z jednej strony trudno tego nie zrozumieć – w końcu niedawno straciła matkę i wciąż nie może się pozbierać (mam wątpliwości czy chce, choć nisamowicie kocha rodzeństwo). Po pewnym czasie dostaje spadek i znów obserwujemy jakby dwie nastolatki – jedna zapamiętale próbuje rozszyfrować księgę, druga zajmuje się medalionem – czyli nosi go, ale nawet nie próbuje naprawić i otworzyć.

Generalnie całość życia Eureki jest stosunkowo niespójna. Ukochana matka, która była cudem w życiu dziewczynki, była równocześnie osobą, która zabroniła jej płakać, a za uronioną łzę – policzkowała dziecko. Jakoś kłóci mi się to mocno ze sobą. Niby córkę chroniła, ale nigdy nie opowiedziała jej o noszonym dziedzictwie, czym wprost naraziła ją na śmierć. I nie tylko ją…

W moim odczuciu to niestety kolejna książka ze zmarnowanym potencjałem. Pomysł na Córkę Łez, która może kiedyś wydostać na powierzchnię Atlantydę, był naprawdę ciekawy. Jednak jego rozwinięcie wygląda tak, jakby przerósł samą Autorkę. Najmocniejszym punktem jest chyba Prolog, acz  jest równocześnie jednym z większych spoilerów tej książki. Myślę, że otulenie tajemnicą śmierci matki Eureki, pokazanie Tragarzy Ziarna znacznie później, pozwoliłoby na snucie domysłów, na szukanie kto i dlaczego. Niestety – zamiast domysłów to akurat dostaliśmy na tacy…

Oczywiście standardowo w obecnej fali YA obok nastoletniej Eureki mamy dwóch chłopców – Andera i Brooksa. Ten pierwszy jest nowy w jej życiu, niezwykle tajemniczy, ten drugi – to przyjaciel od lat (to w sumie też znany schemat). Niemal można byłoby zakładać się w jaką stronę całość się potoczy i praktycznie tak się dzieje. Co prawda Brooks szykuje pewną niespodziankę, ale w Łzie mimo wszystko niewiele się o tym dowiadujemy. Podobnie jak i o mocach siostry Eureki, które są mocno zasygnalizowane, ale nie wyjaśnione.

Podejrzewam, że gdyby Łza wpadła mi w ręce 20 lat i 25 książek YA temu, mogłabym ją ocenić wyżej. Ale dziś… Szczerze – jest wiele lepszych, a sama ciekawa koncepcja to dla mnie już za mało 😦

Reklamy

Co się stało z moją siostrą, Elizabeth Flock

Mimo, że od przeczytania książki „Emma i ja” minęło już blisko 6 lat, wciąż mam ją w głowie. Nadal siedzi we mnie scena przykucia dziecka łańcuchem w formie kary przez okrutnego ojczyma przy braku reakcji matki – tego chyba nie da się zapomnieć…

co_sie_stalo_z_moja_siostraJednak zakończenie tamtej książki sprawiło, że nie przyszło mi do głowy, że można napisać do niej ciąg dalszy. Dlatego wypuszczenie na rynek „Co się stało z moją siostrą” z dopiskiem, że jest to kontynuacja, było dla mnie dużym zaskoczeniem.

Mamy wrażenie, że Siostra zaczyna się niemal w tej samej chwili, w której zakończyła się Emma i ja, natomiast po kilku kartkach dojdziemy do tego, że prawdopodobnie minęło kilka tygodni, może miesięcy nawet.

Jeśli na zakończenie Emmy odetchnęliście z ulgą (po otrząśnięciu się z szoku, jaki przyniosło zakończenie), to bardzo się pomyliliście. Szybko okazuje się, że matka Carrie wcale nie była okrutna i nie zaniedbywała dziecka tylko i wyłącznie pod wpływem Richarda (ojczyma). Ona… po prostu taka jest – uzależniona od alkoholu, nie potrafiąca pracować, obwiniająca Carrie o całe zło w jej życiu, a na dodatek chyba chora psychicznie (bo alkohol mimo wszystko nie tłumaczy wszystkich jej działań, szczególnie tych podejmowanych na trzeźwo).

Przeraża już początek – zaznaczenie, że to pamiętnik Carrie i skoro go czytamy, to ona pewnie nie żyje. A potem ponownie wchodzimy w świat dziecka, które wierzy, że ma obowiązek chronić matkę, która je krzywdzi na każdym kroku. Dziecka, które z braku jedzienia (bo dla matki liczy się tylko to, czy ma whisky na wieczór) nurkuje w kontenerach na śmieci, a gdy nie udaje się jej tam nic znaleźć – je papier z katalogów wysyłkowych zabieranych z recepcji obskurnego motelu, w którym mieszka. Aby papier był zjadliwy – doprawia go keczupem kradzionym z pobliskiego baru. Dziecka, które sprząta po matce. Dziecka, które maluje matce markerem buty, by wyglądały na w miarę zadbane, a w zamian najczęściej dostaje ciosy, kopniaki i ciągłą groźbę, że zostanie zamknięta w wariatkowie dla dzieci…

Obok Carrie mamy jeszcze jedną bohaterkę – Honor. To z kolei dorosła osoba, matka, która straciła córkę w wieku Carrie (rak), a teraz – z młodszą – mieszka u swej matki, usiłując spłacić rachunki za leczenie zmarłego dziecka i wyjść na prostą.

Oczywiście w którymś momencie musiało nastąpić spotkanie Honor i Carrie – w barze Wendy’s. Od tego momentu Carrie przynajmniej przez większość dni nie chodzi przeraźliwie głodna, ma przyjaciółkę, poznaje świat normalnych dzieci, choć dla niej to raczej jakaś bajka, której istnienia nie podejrzewała. Wraz z tym zaczynają znikać nieprzekraczalne dotąd granice dostępu do informacji. Cricket (młodsza córka Honor) to dziecko swoich czasów – obyte z komputerem, Google i szukaniem informacji. Dzięki temu powoli na jaw wychodzą kolejne tajemnice. Te, które Carrie znała, te, których istnienie podejrzewała, i te, które nigdy nie przyszły jej na myśl…

„Co się stało z moją siostrą” przeraża i rusza, choć mniej niż Emma. Nadal widzimy jak łatwo jest przymykać oczy na przemoc wobec dzieci, jak łatwo jest zostawiać ich samych sobie. Kierownik motelu co dzień widział, że Carrie grzebie w śmietniku, a jej matka wieczorem, czy nocą nie przynosi zakupów, tylko alkohol. Mimo to nic z tym nie robił, dając tym samym przyzwolenie na taką sytuację. Nawet Honor zadziwiająco łatwo przyjmuje do wiadomości, że to zaniedbane, niedożywione dziecko, z licznymi bliznami, ma śliwkę na oku, bo dostała piłką podczas zabawy z sąsiadem w motelu. Jak łatwo jest odwrócić głowę i samemu sobie tłumaczyć, że to się zdarza, że po co się wtrącać, że to nic nie da.

Miałam wobec tej książki bardzo wysokie oczekiwania i troszkę się zawiodłam. Szczególnie zakończeniem – ostatnie 2-3 rozdziały są pisane na szybko – jakby już trzeba było zrobić finał. Finał, który właściwie jest przewidywalny – i tego mi chyba właśnie brakło. Emma na koniec zapewniła mi opad szczęki, a Siostra jest taka wygładzona. Ale mimo to – warto sięgnąć. Choćby po to, by dowiedzieć się ile informacji, które znaliśmy z Emmy wcale nie znalazły potwierdzenia w rzeczywistości…

PS Chwała wydawnictwu (Świat Książki) za zmianę okładki. Amerykańskie miały zdjęcie dziewczynki z długimi włosami, na dodatek blondynki, podczas gdy w książce Carrie wyraźnie mówi w pewnym momencie, że jej włosy są popielate i że chciałaby mieć długie, jak Cricket. Niby drobiazg, ale robi wielką różnicę, gdy widać, że komuś chciało się przyłożyć 🙂

Girl online, Zoe Sugg

Ona jest taka słodka… Nie, to nie o bohaterce, ani nawet o książce, ale rzeczywiście tak pomyślałam o okładce. Miałam skojarzenie z babeczkami, jakie czasem widuje się w amerykańskich programach, albo na zdjęciach w Pinterest 😉 Te pastele, lampki, zdjęcia. Co prawda przyznaję się – widziałam ją na ekranie komórki, więc nie wszystko było wyraźne, niemniej jednak 😉

girl_online_okladkaOd razu zaznaczę, jeśli szukacie ambitnej literatury, to nie ten adres. To książka dla nastolatek, o nastolatce. Młodej, naiwnej, szukającej księcia z bajki. Ale to też opowieść o tym jak wygląda świat, w którym internet sprawia, że świat się kurczy, a stanie się pośmiewiskiem nie oznacza już bycia ofiarą w klasie. Ani nawet w szkole. Bo filmik na Facebooku szybko trafia do kolejnych osób. A potem na You Tube, na Tumblr i w kolejne miejsca, rozprzestrzeniając się bardzo szybko.

Zaczynając od początku – poznajemy Penny. Jest Brytyjką, ale przyznaję, że równie dobrze mogłaby być Amerykanką, Francuzką, może Szwedką, choć nie wiem, czy Polką. Ale w sumie – czemu nie. Penny podkochuje się w szkolnej gwieździe (Mr Selfie :D), ma za przyjaciółkę laskę, która najchętniej wydłubałaby jej oczy, bo też podkochuje się w szkolnej gwieździe. Do tego ma przyjaciela-geja (od pierwszego momentu Eliot kojarzy mi się z jakimś nastoletnim bohaterem chyba z serialu, albo z jakiegoś filmu w stylu Disney’a… Może High School Musical? Taki, który założyłby spodnie w brązową kratę i kapelusz, a przy tym ma przyjemny, ale niezbyt niski głos…) i cudownych rodziców (naprawdę, pozazdrościć). Oprócz tego robi zdjęcia, ma napady paniki i wciąż się potyka. Pewnie nie czujecie, że ona to wy, ale może częściowo jednak tak. Jest po prostu zwyczajna – ja chyba częściowo taka byłam, wielu moich znajomych też…

Wszystko się zmienia, gdy Penny zalicza wpadkę nad wpadkami. Pamiętacie majtki Bridget Jones? Zoe Sugg też 😉 I bardzo ją zainspirowały. Tylko teraz zamknijcie oczy i przenieście to do szkoły średniej w dobie internetu. Tak, wszystko, co najgorszego możecie wymyśleć, właśnie się dzieje. I tak naprawdę to jest taki moment, w którym zaczyna też rozwijać się książka.

Jest przewidywalna. Bardzo. Jest książę, jest romans z bajki, są nieporozumienia. I dojrzewanie wewnętrzne Penny. Ale nie oczekujmy za wiele – to książka pisana (no dobra, przygotowana, bo pisał ponoć ghostwriter, z czego zresztą zrobiła się ponoć nieziemska afera – jakby było o co) przez młodą dziewczynę (choć już nie nastolatkę) w formacie nowoczesnego Kopciuszka. Ja widziałam i czytałam już tak wiele wersji Kopciuszka, że ciężko mnie zaskoczyć, ale nie zmienia to faktu, że mimo to – jeśli masz nastolatkę w domu, to warto przejrzeć. Niekoniecznie wczytywać się, ale przejrzeć.

Podobnie – jeśli chcesz się komunikować z nastolatkami – sięgnij po tą książkę, przeczytaj ją i zastanów się dlaczego ją kochają. Co jest w niej takiego, że nie tylko ją kupują, ale jednak chcą kolejnej części. Bo większość z nich boi się (jak każdy człowiek) odrzucenia, boi się wpadki napiętnowanej w internecie, boi się, że wszyscy są od nich lepsi. A Girl pokazuje, że ze strachem można walczyć. Że nawet filmik z majtkami w jednorożce w roli głównej da się przeżyć, choć jest ciężko. Że przyjaciele (ci prawdziwi też) bywają zazdrośni – o czas, o uwagę. Że potrafią wtedy zrobić głupotę, której żałują, choć nie krzywdzą tak mocno, jak ci, którzy nas nie lubią. Dodatkowo mamy też bohatera geja – i tu akurat chwała autorce za jedno – że nie zrobiła z niego „kwiatka”. W wielu książkach widziałam hasło „gej przyjaciel”, ale najczęściej ogranicza się to do opisów faceta, który rozumie swoją przyjaciółkę i świetnie zna się na modzie. Girl online pokazuje problemy Eliota z rodzicami, którzy nie przyjmują do wiadomości orientacji syna (choć im o niej powiedział), ale na siłę próbują go zmienić. A gdy ich wysiłki idą na marne, posuwają się ro zarekwirowania mu komórki i laptopa do czasu aż zmądrzeje.

Kieszenie przeszłości, Aneta Rzepka

Z książkami Anety Rzepki jakoś wcześniej się nie zetknęłam, Kieszenie przeszłości były pierwsze, ale lubię poznawać nowych autorów, więc czemu nie 🙂

kieszenie_przeszlosciOpowieść jest splątanymi losami dwóch kobiet – Oli i Kornelii. Pierwsza to dość bogata dziewczyna, która studiuje ekonomię i… jest prezesem rodzinnej firmy, (w tej roli odnajduje się raczej umiarkowanie, co widać już w początkowych rozdziałach). Kornelia jest maturzystką, sierotą mieszkającą z dziadkami, uwikłaną w związek z chłopakiem, który myśli tylko o sobie, a swoją dziewczynę traktuje raczej jak ozdobę, którą w razie nieposłuszeństwa należy pięścią przywrócić do pionu.

Przyznaję, że początek mnie nie wciągał. Ale postanowiłam poczekać jeszcze chwilę i jeszcze kilka stron przeczytać, a z czasem akcja zaczęła się rozwijać, a ja dotarłam do końca. Założenie jest całkiem ciekawe – obie dziewczyny, choć na zewnątrz nie rzuca się to w oczy, są mocno skrzywdzone przez los. I to akurat stało się mocnym atutem książki – szczególnie historia Oli jest odkrywana dość stopniowo, co sprawia, że nasza ocena tej osoby też ma szansę dojrzewać i zmieniać się, przy okazji tworząc złudzenie, jakbyśmy bohaterkę realnie poznawali. Z Kornelią ten zabieg nie zadziałał (o ile był w planie), ponieważ od początku jest nam jej po prostu żal.

Trochę żałuję, że w książce brakuje normalnych postaci – takich, które nie mają totalnie splątanej przeszłości, nie niosą bagażu rodziców, itd. Kolejne, które pojawiają się w różnych momentach opowieści, wcześniej lub później zaczynają opowiadać o swoich traumach z dzieciństwa, przeżyciach, obciążeniach. Był taki moment, że poczułam się tym zmęczona i szukałam tam choć jednego człowieka, który miał szczęśliwe, albo choć normalne dzieciństwo. Ale ciężko w Kieszeniach przeszłości o niego lub nią, niestety.

Niestety, autorka nie ustrzegła się nielogiczności i braków. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to działanie Kornelii po stracie torebki – siadła do komputera, by zarobić na… nową kartę miejską. Jako osoba jeżdżąca od lat na kartach, wiem, że nie miała takiej potrzeby – wystarczyło iść do odpowiedniego punktu i za niewielką opłatą (pewnie 5-10 zł) wyrobić nową (oczywiście rozumiem, że w torebce mogły być wszystkie jej pieniądze, ale nadal raczej myślałaby o tym, na co potrzebuje większą kwotę).

Ola, po przejściach, praktycznie uciekając z domu przed ojcem, bez rzeczy, przemarznięta, myje twarz w domu swojego chłopaka. Jest zmęczona, przerażona, ale… pamięta o nawilżeniu twarzy kremem, który ma w kosmetyczce. Jakoś w tym stanie chyba nawilżanie twarzy byłaby na dość odległym miejscu wśród moich priorytetów…

Kolejna sprawa, to myśli i odczucia męskich przedstawicieli – oczy Kornelii fascynują Marcina, pociągają, magnetyzują (i analizuje to). Jestem w stanie uwierzyć w takie myśli u nastolatki, kobiety, ale raczej nie u dorosłego faceta po przejściach. Takich fragmentów jest wiele – myślę, że dobrze byłoby kolejną książkę oddać w ręce redaktora mężczyzny z prośbą o zaopiniowanie także od takiej strony.

Następne – mieszanka narratorów (miałam takie momenty, że musiałam się cofnąć, by dojść do tego, kto teraz prowadzi narrację (raz trzecia osoba, raz pierwsza, czasem wymiennie). Drażniące też były przeskoki bez wyjaśnień, jak w przypadku wizyty Oli w szpitalu. Przez wiele stron najpierw nie znałam upływu czasu, potem znalałam i wiedziałam tylko, że była w szpitalu, żeby wreszcie – niemal mimochodem – wyjaśniło się dlaczego. Problem w tym, że ta tajemnica (w kontekście krycia tego przed czytelnikiem) nie miała uzasadnienia w akcji.

Zastanawiam się jak ocenić Kieszenie przeszłości. Z jednej strony zamysł jest bardzo ciekawy i dobrze, że kwestię przemocy w domu, braku akceptacji dla niezamężnej matki, czy wreszcie oczekiwanie, że „dzieci zapłacą za grzechy ojców” nie jest zbyt częste i chętnie poruszane. Poza tym osadzenie wydarzeń na zasadzie „tu i teraz” też ma swoje plusy. I gdyby nie braki logiczne i nastoletnie wręcz podejście do uczuć byłaby to prawdopodobnie jedna z mocniejszych pozycji tego roku. Może drugie, albo trzecie wydanie doczeka się poważnych zmian redakcyjnych, stając się bardzo silną pozycją?

Za egzemplarz recenzencki dziękuję oficynie wydawniczej RW2010.

Cudowne tu i teraz, Tim Tharp

O filmie Cudowne tu i teraz dowiedziałam się kilka miesięcy temu, gdy poleciła mi go moja Przyjaciółka. Trochę mi było jakoś nie po drodze z nim wciąż i z zaskoczeniem kilka tygodni temu zobaczyłam, że jest książka. Film już czekał nagrany (jest nadawany na HBO obecnie), a ja – zgodnie z zasadą, której staram się trzymać – sięgnęłam najpierw po książkę.

Cudowne_tu_i_terazZnając powieści Johna Greena jestem trochę zaskoczona, że Cudowne minęło właściwie bez echa. To książka o młodzieży, dla młodzieży, poruszająca ich problemy, pisana dość lekkim językiem. Nie wiem – może brakło mocnej reklamy (bo i film chyba nie trafił do kin), może mimo wszystko sama postać głównego bohatera nie do końca zaskoczyła…

No właśnie – u Greena bohaterowie są raczej pozytywni, bez problemu się z nimi identyfikujemy, (a na pewno męscy bohaterowie), natomiast Sutter… Sutter jest raczej specyficzny. Podejrzewam, że niewielu czytelników przyzna się otwarcie, że się z nim identyfikuje. To przystojniak, szkolny błazen, trochę wagarowicz, niewątpliwie imprezowicz. Gość znany także z tego, że łatwo zmienia dziewczyny i nie jest zbyt wstrzemięźliwy w kontaktach z nimi. A to nie koniec – Sutter jest uzależniony od alkoholu (pije od rana, pije w pracy, którą zresztą z tego powodu traci, choć jest stosunkowo dobrym sprzedawcą, pije w domu i w drodze do szkoły i na studniówkę, a także w jej trakcie), choć – jak chyba większość alkoholików – oczywiście się do tego nie przyznaje, nawet sam przed sobą.

Z czasem dowiadujemy się o skomplikowanej sytuacji Suttera (rozbita rodzina, żal o to do matki, do ojczyma, brak bliższego kontaktu z siostrą), co może tłumaczyć jego pozę na bycie wyluzowanym. I chyba ta poza sprawia, że tak naprawdę ta dusza towarzystwa nie do końca jest wszędzie pożądana.

Teoretycznie wszystko się zmienia, gdy Sutter poznaje Aimee. Aimee to drugi biegun – szara myszka, kujonka, która ciężko pracuje i w niemałym stopniu utrzymuje rodzinę, która jej nie szanuje i raczej przyjmuje za normalny stan, w którym Aimee jest wsparciem i służącą. Pozornie nie mają szans, ale w praktyce jestem w stanie uwierzyć, że potoczyłoby się to dokładnie w tę stronę, w którą idzie w książce. Sutter początkowo spotyka się z nią, żeby było miło, potem oboje zaczynają się angażować.

W tym momencie zaczyna się silny rozdźwięk między moimi odczuciami, a kilkoma recenzjami, które dane mi było czytać. Nie uważam, że Aimee jest mocną postacią, że jest narysowana silną kreską, że się wyróżnia. Jestem także przekonana, że Aimee się zakochała w Sutterze i on w niej raczej też, ale trudno tu mówić o głębokiej miłości, o niesamowitej zmianie obojga. To, co łączy tę dwójkę, to nastoletnie zakochanie, przy równoczesnym wypełnieniu braków uczuć ze strony rodziny (zarówno po stronie Suttera, jak i Aimee). Oczywiście każde z nich zyskuje sporo w tym związku (choćby przez wejście w nowe dla siebie środowisko i spojrzenie na świat pod innym kątem), ale i niemało traci (szczególnie Aimee). Trudno mi oceniać czy wychodzi na zero, czy niekoniecznie – myślę, że każdy czytając te książkę, musi zrobić to sam.

Książka ma swoje plusy i swoje minusy. Niewątpliwie do nich należy wcale niełatwy temat alkoholizmu nastolatków, pokazany z punktu widzenia uzależnionego. Muszę przyznać, że wyszło to całkiem nieźle, choć może szkoda, że bardzo szybko zyskujemy pewność, że chłopak już jest alkoholikiem (pije niemal cały czas, więc ciężko mieć wątpliwości – i to akurat jest mocny minus).
Kolejną kwestią na plus jest nieoczywiste zakończenie i raczej nie takie, którego się spodziewacie. Minusem jest to, że jest tak dalece nieoczywiste, że poczułam się bardzo rozczarowana.
Plusem jest język, minusem – rozciągnięcie niektórych aspektów, co sprawia, że stają bardzo przewidywalne.

Czy warto przeczytać? Od razu uprzedzam – to nie jest Green, więc trzeba podejść do Cudownego tu i teraz z pełną tego świadomością. Niemniej – zacznijcie. Jeśli w okolicach 50-60 strony dojdziecie do wniosku, że Was nie wciąga, a bohater Was irytuje – to mówię otwarcie, że to się raczej nie zmieni. Jeśli Sutter – mimo swojej pozy i alkoholizmu – sprawi, że będziecie ciekawi jak daleko się posunie (on i autor) – dokończycie niewątpliwie i bez mojej zachęty 😉

 Cudowne tu i teraz wpisało mi się także w wyzwanie „Grunt to okładka” pod hasłem „Ekranizacje”

Oszukać Matrix, Christian Merkury

Miałam napisać najpierw o Linii krwi, ale mi nie wyszło. Obiecuję, następna recenzja będzie zachęcać 🙂

oszukacmatrixNa Oszukać Matrix trafiłam w nowościach. Ciekawy opis i dość prosta, pasująca okładka zachęciły mnie do niej.
Pierwsze zaskoczenie było z uśmiechem – nazwisko autora sugerowało,  że książka jest tłumaczeniem i odnośniki do Polski potraktowałam jako drobny zabieg tłumacza.  Ale kilkanaście stron dalej byłam już przekonana,  że to nazwisko jest kolejnym chwytem marketingowym, mającym na celu przyciągnąć tych, co nie czytają polskich autorów.  Zaakceptowałam,  aczkolwiek  tu zaczął się mój dystans,  bo nie przepadam za takimi zagraniami. A potem było tylko gorzej…

Autor jest osobą, która prawdopodobnie uważa, że książka zyskuje na obszerniejszych opisach. Zapomina tylko, że powinny mieć uzasadnienie. W tym wypadku część ma, ale równie duża część nie ma – są chyba tylko wypełniaczem tych 200-kilku stron, żeby książeczka nie była zbyt cienka. Kolejną kwestią jest to, że bohaterowie w różnym wieku powinni mówić różnym językiem. I że kilkuletnie dziecko raczej nie mówi „zrób mi kanapkę z tego dobrego żytniego chleba…” (dzieci wokół mnie mówią raczej – zrób mi kanapkę. Ew. dodają z czym). Tym bardziej, że z opisu wiemy, że taki chleb w tym domu jest na stałe, wiec nie ma potrzeby takiego dookreślania. Ani wielokrotnego używania takiego zwrotu.

Całość miała opowiadać o szukaniu siebie, o dojrzewaniu. Zamiast tego mamy nowelkę wypełnioną średniej jakości opisami, z obcymi imionami i przezwiskami. I kobietą, która przez trzy godziny robi klientce paznokcie (jak rozumiem, kiedyś z tego żyła), bierze za to 70 zł (domyślam się, że to na czarno, ale w tym tempie i za tę cenę – nie wyżyłaby raczej). Ale to jej sprawa – za to dawanie klientce kapci… Cóż… takie rzeczy tylko w marnych książkach (korzystałam z domowych gabinetów i żadna ze stylistek nie oczekiwała, że będę zdejmować buty).

Ciąg dalszy zbudowany jest wedle zasady – musi być wielka miłość, która pozwoli przekonać alpinistę, że nieważne, iż bohaterka nie ma za sobą treningu wysokościowego, ani nawet najmniejszego przeszkolenia – przewodnik weźmie za nią odpowiedzialność i poprowadzi ją w góry. Musi być choroba – wiec jest i rak i śpiączka. I córka, której bohater nie znał. A która jest do ojca podobna niezwykle…

Czy się czepiam? Może. Może gdyby nie hasła reklamowe o dojrzałej powieści, o szukaniu siebie, o thrillerze i psychologii – czytałabym z innym nastawieniem. Choć pewnie, gdyby napisano prawdę – że to debiutancka powieść raczej bardzo młodego pisarza (mam poczucie, że pisarki, ale to akurat nie ma znaczenia – po prostu niektóre zabiegi i zwroty oglądam znacznie częściej w utworach spod ręki kobiecej niż męskiej), który próbuje odkryć siebie, to pewnie nie sięgnęłabym w życiu po tę książkę. A gdybym jeszcze wydała na nią 25-30 zł (ceny w internecie), pewnie długo płakałabym nad swoją naiwnością, bo za tę cenę można mieć znacznie coś znacznie lepszego.

Sumując – szkoda Waszego czasu na coś, co może obroniłoby się w formie blogowej, ale nie w formie powieści.

Zemsta ubiera się u Prady, Lauren Weisberger

Jakimś cudem nie opisałam czytanego wiele lat temu Diabła (Diabeł ubiera się u Prady), czyli części, której Zemsta jest kontynuacją. Diabeł był zabawy i przerażający równocześnie. Z Andy identyfikowałam się mocno, tym bardziej, że mój ówczesny szef miał wiele zagrywek Szefowej z Diabła, włącznie z mocno ograniczonym poczuciem empatii. Andy miała cel, zagryzała zęby, szła do przodu. W końcu nie wytrzymała i odeszła. Książkę czytało się lekko i przyjemnie, a po zakończeniu chciało się więcej. Dlatego bardzo się ucieszyłam, gdy w ręce wpadła mi Zemsta.

zemsta ubiera się u pradyZemsta zaczyna się kilka lat później (bodaj 10). Andy w międzyczasie pracowała m.in. w blogu ślubnym, aż – wspólnie z drugą asystentką Mirandy (szefowej), czyli Emily, zakłada ekskluzywne pismo ślubne Plunge. Oczywiście z pismem układa się rewelacyjnie, bez większych problemów znajdują inwestorów, w ciągu 4 lat ich tytuł staje się jednym z ważniejszych w tej branży na rynku. Bajka po prostu, ale cóż – kochamy bajki, więc czemu nie.

Tylko Zemsta obnaża niestety braki bohaterek Diabła. I to bardzo silnie. Diabła zdominowała despotyczna, wręcz sadystyczna Miranda, zostawiając swoje pracownice w głębokim cieniu. Dzięki temu – obroniły się. Niestety, wysunięcie ich na pierwszy plan pokazało wszystko. Kompletny brak wyrazistości Andy, która po 10 latach nadal żyje strachem przed Mirandą. Strachem bardzo głębokim, który stanowczo powinna leczyć i który jakoś ogranicza ją w życiu, w pracy, ale jakoś nie ogranicza, co jest po prostu niekonsekwencją. Generalnie na 460 stronach przez większość czytamy albo o strachu Andy przed Mirandą, albo o rozterkach związanych z Maxem, obecnym mężem. I to niemal wszystko – na tym zbudowana jest cała książka. Czasem pojawia się nam jeszcze Emily, która wcale nie zmieniła się od czasów pracy u Mirandy i za nic nie umiem zrozumieć podstaw tej „przyjaźni” pomiędzy nią, a Andy. Czyli generalnie Emily jest nadal wyniosła, skoncentrowana na sobie i uwielbiająca swą byłą szefową.

Co jakiś czas w tle pojawia się ciekawsza postać (m.in. aktorki wychodzącej za mąż), ale to raczej migawka, która gaśnie równie szybko, jak się pojawia. Całej książce brakuje pomysłu na rozwój – treści, postaci, jakiegokolwiek ciągu dalszego. Gdyby to zamknąć w 200 stronach, może byłoby strawniej, ale przy blisko 500 jest nuda, którą skończyłam tylko dlatego, żeby nie odkładać, a zobaczyć jak daleko Andy stoczy się w swoim strachu (nie, nie ma samobójstw, ani nic takiego, to po prostu przerażona dziewczynka, która boi się wezwania do dyrektorki szkoły, a każdego, kto przechodzi to samo, co ona, chce przytulać i pocieszać. Tak cały czas)…

Pisząc krótko – niestety, nie warto. To najsłabsza książka Lauren Weisberger, jaką miałam okazję przeczytać i jedna ze słabszych czytanych przez ostatnie 2-3 lata.