Girl online, Zoe Sugg

Ona jest taka słodka… Nie, to nie o bohaterce, ani nawet o książce, ale rzeczywiście tak pomyślałam o okładce. Miałam skojarzenie z babeczkami, jakie czasem widuje się w amerykańskich programach, albo na zdjęciach w Pinterest 😉 Te pastele, lampki, zdjęcia. Co prawda przyznaję się – widziałam ją na ekranie komórki, więc nie wszystko było wyraźne, niemniej jednak 😉

girl_online_okladkaOd razu zaznaczę, jeśli szukacie ambitnej literatury, to nie ten adres. To książka dla nastolatek, o nastolatce. Młodej, naiwnej, szukającej księcia z bajki. Ale to też opowieść o tym jak wygląda świat, w którym internet sprawia, że świat się kurczy, a stanie się pośmiewiskiem nie oznacza już bycia ofiarą w klasie. Ani nawet w szkole. Bo filmik na Facebooku szybko trafia do kolejnych osób. A potem na You Tube, na Tumblr i w kolejne miejsca, rozprzestrzeniając się bardzo szybko.

Zaczynając od początku – poznajemy Penny. Jest Brytyjką, ale przyznaję, że równie dobrze mogłaby być Amerykanką, Francuzką, może Szwedką, choć nie wiem, czy Polką. Ale w sumie – czemu nie. Penny podkochuje się w szkolnej gwieździe (Mr Selfie :D), ma za przyjaciółkę laskę, która najchętniej wydłubałaby jej oczy, bo też podkochuje się w szkolnej gwieździe. Do tego ma przyjaciela-geja (od pierwszego momentu Eliot kojarzy mi się z jakimś nastoletnim bohaterem chyba z serialu, albo z jakiegoś filmu w stylu Disney’a… Może High School Musical? Taki, który założyłby spodnie w brązową kratę i kapelusz, a przy tym ma przyjemny, ale niezbyt niski głos…) i cudownych rodziców (naprawdę, pozazdrościć). Oprócz tego robi zdjęcia, ma napady paniki i wciąż się potyka. Pewnie nie czujecie, że ona to wy, ale może częściowo jednak tak. Jest po prostu zwyczajna – ja chyba częściowo taka byłam, wielu moich znajomych też…

Wszystko się zmienia, gdy Penny zalicza wpadkę nad wpadkami. Pamiętacie majtki Bridget Jones? Zoe Sugg też 😉 I bardzo ją zainspirowały. Tylko teraz zamknijcie oczy i przenieście to do szkoły średniej w dobie internetu. Tak, wszystko, co najgorszego możecie wymyśleć, właśnie się dzieje. I tak naprawdę to jest taki moment, w którym zaczyna też rozwijać się książka.

Jest przewidywalna. Bardzo. Jest książę, jest romans z bajki, są nieporozumienia. I dojrzewanie wewnętrzne Penny. Ale nie oczekujmy za wiele – to książka pisana (no dobra, przygotowana, bo pisał ponoć ghostwriter, z czego zresztą zrobiła się ponoć nieziemska afera – jakby było o co) przez młodą dziewczynę (choć już nie nastolatkę) w formacie nowoczesnego Kopciuszka. Ja widziałam i czytałam już tak wiele wersji Kopciuszka, że ciężko mnie zaskoczyć, ale nie zmienia to faktu, że mimo to – jeśli masz nastolatkę w domu, to warto przejrzeć. Niekoniecznie wczytywać się, ale przejrzeć.

Podobnie – jeśli chcesz się komunikować z nastolatkami – sięgnij po tą książkę, przeczytaj ją i zastanów się dlaczego ją kochają. Co jest w niej takiego, że nie tylko ją kupują, ale jednak chcą kolejnej części. Bo większość z nich boi się (jak każdy człowiek) odrzucenia, boi się wpadki napiętnowanej w internecie, boi się, że wszyscy są od nich lepsi. A Girl pokazuje, że ze strachem można walczyć. Że nawet filmik z majtkami w jednorożce w roli głównej da się przeżyć, choć jest ciężko. Że przyjaciele (ci prawdziwi też) bywają zazdrośni – o czas, o uwagę. Że potrafią wtedy zrobić głupotę, której żałują, choć nie krzywdzą tak mocno, jak ci, którzy nas nie lubią. Dodatkowo mamy też bohatera geja – i tu akurat chwała autorce za jedno – że nie zrobiła z niego „kwiatka”. W wielu książkach widziałam hasło „gej przyjaciel”, ale najczęściej ogranicza się to do opisów faceta, który rozumie swoją przyjaciółkę i świetnie zna się na modzie. Girl online pokazuje problemy Eliota z rodzicami, którzy nie przyjmują do wiadomości orientacji syna (choć im o niej powiedział), ale na siłę próbują go zmienić. A gdy ich wysiłki idą na marne, posuwają się ro zarekwirowania mu komórki i laptopa do czasu aż zmądrzeje.

Reklamy

Szepty, Irena Matuszkiewicz

Szepty to pierwsza książka przeczytana przeze mnie w 2013 roku 🙂 Spokojna, dość ciepła, warta przeczytania, choć bez wybitnej rewelacji.

szeptyKsiążka Ireny Matuszkiewicz ma bardzo zachęcający opis – to „szu szu szu” pomiędzy ludźmi i „szu szu szu” do komórki rozbawiło mnie i wzbudziło ciekawość. W samej książce szeptów nie jest tak wiele, ale nie robi to aż takiej różnicy.

Główna bohaterka to Funia, czyli Felicja. Starsza pani (80 lat!), ale żwawa, ciekawa świata i aktywna (uczy się angielskiego, chodzi na wykłady na Uniwersytecie Trzeciego Wieku, pisze wspomnienia, a nawet dość aktywnie korzysta z internetu). Ma swoją grupę dobrych koleżanek, z którymi co tydzień (co najmniej) się spotyka. Tam jest sobą, prowadzi aktywne życie. W domu (mieszka z blisko 60-letnią córką, jej mężem i 30-letnią wnuczką) wydaje się być trochę zepchnięta na margines. Wciąż słyszy, że tego, czy tamtego ma nie robić, że ma się oszczędzać, że musi pamiętać o swoim wieku…

Książka ma dość specyficzną, ale ciekawą budowę. Kojarzy mi się z cebulą – kolejne części coraz głębiej odkrywają Funię i jej stosunki z bliskimi. Najpierw poznajemy Felicję taką, jaką sama siebie widzi, potem widzimy coraz więcej aspektów postrzeganych przez jej otoczenie.

Podejrzewam, że wielu Czytelników może znaleźć Funię w swoim otoczeniu. Starsza pani twierdząca, że jej życie było ciężkie, trudne, dramatyczne, że niewiele w życiu dobrego ją spotkało, że zięć nastawia córkę przeciw niej, że czuje się niepotrzebna, że odsunięto ją na boczny tor, itd. I nim ocenicie szybko Danielę (córkę), pomyślcie najpierw o tych paniach z otoczenia. I poczekajcie z ocenami do końca, do ostatniej niemal strony. Bo jeśli dwie osoby różnie pamiętają te same wydarzenia, to… może każda z nich ma swoją prawdę?…

Niezależnie od oceny książki, na pewno należy jej przyznać, że nie jest przesłodzona. Początkowo trochę tego się bałam – że znajdę w niej super babcię, którą przygarnęła z poczucia obowiązku córka, ale jest z tego powodu nieszczęśliwa i unieszczęśliwia innych. Tymczasem książka pokazuje wcale nieprzesłodzony, ale i niełatwy obraz związany z postrzeganiem siebie, z konfliktem pokoleń i wyborami, które mają swoje konsekwencje czasem i 40-5o lat później.

Akcja książki toczy się generalnie na Kujawach (Włocławek, Aleksandrów), ale wspomnieniami bohaterowie wracają m.in. do Wrocławia, Białkowa koło Cybinki i ogólnie Polesia. Co ciekawe to właśnie z Cybinki została zapożyczona nazwa grupy starszych przyjaźniących się pań – Alebabki.

Amerykańska gejsza, Lea Jacobson

Skusiła mnie okładka. Potem opis. Amerykanka w Japonii, wchodząca w rolę niemal gejszy… Nie można było nieprzeczytać…

O Japonii wiem stosunkowo niewiele – choć na tyle, by wiedzieć, że to kultura kompletnie odmienna od naszej, a tym bardziej od amerykańskiej. To świat, w którym komunikacja zatrzymała się na poziomie… sama nie wiem jak to określić. Świat, gdzie nie istnieje słowo „nie”, gdzie nie istnieje dystans fizyczny, choć równocześnie kobieta powinna być bezpłciowa w domu i na ulicy, a emanująca namiętnością i podtekstami w sypialni i… barze (ale tylko ta zatrudniona do tego). To świat, w którym nikt się nie chwali i wszyscy są poważni, a równocześnie istnieją miejsca, gdzie za pieniądze wszystko się zmienia. I wbrew wyobrażeniom zachodnim – gejsze to nie prostytutki, natomiast to bardzo szanowana i wymagająca profesja.

Ze względu na to ostatnie wydawało mi się fascynujące i niemal nierealne, że gejszą została Amerykanka. Japońskie dziewczynki uczą się umiejętności gejszy przez wiele lat, często zaczynając w bardzo młodym wieku. I rzeczywiście – Lea nie zostaje gejszą, tylko hostessą. Dziewczyną do towarzystwa (ale też bez seksu), jednak mniej spiętą i bardziej wyzwoloną niż gejsza. Wolno się jej śmiać, chichotać, a jej śpiew nie musi być pociągający. Zamiast ceremonii parzenia herbaty – w erotyczny sposób nalewa whisky i ociera szklankę ze skroplonej pary; zamiast kimona – ubiera wieczorową suknię. I pije, często bardzo dużo, a za jej drinki płaci oczywiście klient.

Nie wiem na ile jest to książka biograficzna (pamiętnik), a ile w tym fabularyzacji, ale nawet jeśli gdzieś pół na pół, to nie przestaje być fascynująca. Odkrywa przed czytelnikiem Japonię, której niemal na pewno nie znał. Miejsce, gdzie psychiatra może zasugerować pracodawcy konieczność pożegnania się z rozchwianym pracownikiem, gdzie ludzie rzadko mówią wprost co myślą, gdzie dzieci żyją nierzadko w zupełnie nierealnym świecie, a zrobiony źle układ skomplikowanych gestów naraża na nieprzyjemną burę 3-4-latka.

W tle mamy opisy przygód nie tylko samej Lea, ale też jej przyjaciółek – tych poznawanych w barach i tych ze Stanów, które też przyjeżdżają do Japonii dorobić. Mamy też tło „historyczne” samej bohaterki (anoreksję, cięcie się, itp.), które chyba miało usprawiedliwiać jej pewne posunięcia, a także uzależnienie od alkoholu. Czy usprawiedliwia?… Sama nie wiem, jakoś nie czuję współczucia dla biednej tnącej się anorektyczki – może za mało tam właściwego tła, a może to nie do mnie akurat?

Książka pozornie nie jest długa (280 str, mały format), ale dość drobny druk i nagromadzenie wydarzeń sprawiły, że dość długą ją czytałam. Mimo to – warto. Spora dawka wiedzy + humor i wiarygodność sprawiają, że chce niezależnie od wad, nie irytuje i daje się lubić. Choć (niestety, bo lubię Świat Książki), trzeba się nastawić na kilka błędów ortograficznych (jak „kłutnia”) i interpunkcyjnych. Na szczęście nie występują masowo, więc jakoś przełknęłam.

Informacje:
Amerykańska gejsza, Lea Jacobson
Tytuł oryginalny: Bar Flower: My Decadently Destructive Days and Nights as a Tokyo Nightclub Hostess
Język oryginalny: angielski
Tłumacz – Agnieszka Wyszgrodzka-Gaik
Miejsce i rok polskiego wydania: Warszawa, 2011 (wcześniej 2009)
Wydawca – Świat Książki
ISBN: 9788377993361

Słodkie pieczone kasztany, Aleksandra Seghi

Dużo ostatnio czytałam (urlop :)), ale nie miałam czasu, a przede wszystkim możliwości, pisania. Niemniej – zaczynam nadrabianie 🙂

Słodkie pieczone kasztany Aleksandry Seghi chciałam kupić zaraz jak się pojawiły. Jednak nim zdążyłam kliknąć, dzięki Maniczytania (Twórczyni kulinarnego wyzwania), trafił do mnie egzemplarz recenzyjny od Świata Książki 🙂

To niezwykła książka – nie dlatego, że Autorka żyje w Toskanii od wielu lat, ani dlatego, że ma poczucie humoru, ale dlatego, że to połączenie przewodnika, pamiętnika i książki kucharskiej. Nie powieść z kuchnią w tle, ani przewodnik z wtrąceniami, ale właśnie takie trzy w jednym. I bardzo żałuję, że nie miałam jej rok temu, gdy sama powędrowałam do Toskanii 🙂 (co prawda nie trafiłam do Pistoi, ale do Florencji, Lucci i kilku innych miejsc – jak najbardziej tak) – pewnie skosztowałabym jeszcze więcej potraw i może trafiła w więcej miejsc? 🙂

Toskania, jak i południe Francji, ma niezwykłą atmosferę (choć nie będę kryć, że na razie bardziej urzekła mnie Umbria, ale to chyba kwestia atmosfery bliższej tej francuskiej, która wiele lat temu mnie urzekła). Tworzą ją niewątpliwie widoki i zapachy, ale przede wszystkim ludzie i kuchnia. Chleb, pomidory, makaron i oliwa smakują tam niezwykle i jakoś niesamowicie spójnie, na każdym kroku (choć i słono mocno, co mnie zaskoczyło). I te właśnie składniki przewijają się przez całą książkę, oddając atmosferę poszczególnych miejsc.

Bardzo mi się podobały opisy tradycji, targów i zwyczajów, wyjaśnienie pewnych różnic kulturowych (jak choćby obchody Dnia Kobiet, czy Wielkanocy). To kwestie ściśle związane z tamtejszym życiem, pokazujące mieszkańców jako niezwykle aktywnych i zaangażowanych, a przy okazji – wyjaśniające zachowania tamtejszych mieszkańców, ich podejścia do poszczególnych aspektów życia i samych siebie. To także część będąca wskazówką kiedy i gdzie warto zajrzeć.

Atutem Słodkich pieczonych kasztanów jest zdrowe, nieprzesłodzone podejście do życia i samej Toskanii, jakie nierzadko można odnaleźć w poświęconych tej krainie książkach. Znajdziemy tu wiele zachwytów, ale i kwestie drobnych rozczarowań, lekkich szpilek i przytyków. To pokazanie Toskanii od kuchni w pełnym tego słowa znaczeniu.

To czego mi brakło, to index przepisów – jest ich bardzo wiele, a brak spisu powoduje, że próbując odnaleźć ten jeden, określony, muszę przekartkować całą książkę. Druga kwestia to czasem lekko urywane wątki – w niektórych rozdziałach pojawiają się na chwilę, by zniknąć bezpowrotnie. Nie rozwala to jednak książki, raczej zostawia pewien niedosyt.

Na koniec – rewelacyjnym uzupełnieniem całości są przepiękne zdjęcia. Szczególnie te pokazujące potrawy – nie powstydziłaby się ich żadna książka kucharska 🙂

Informacje:
Słodkie pieczone kasztany, Aleksandra Seghi
Język oryginalny: polski
Miejsce i rok polskiego wydania: Warszawa, 2012
Wydawca – Świat Książki
ISBN: 978-83-7799-633-1

Kartki z białego zeszytu, Sonia Raduńska

Nie pamiętam czego się spodziewałam po tej książce. Ale na pewno nie tego, co znalazłam między okładkami…

Po raz pierwszy opisuję książkę, której jeszcze nie skończyłam. Ale nie chcę dać ulecieć emocjom, które wzbudza, a równocześnie chcę od niej odpocząć. Chcę ją czytać, ale wszystko we mnie buzuje.

Po kilku latach przerwy w intensywnym czytaniu, rok temu wróciło to do mnie. Znów, jak za „młodych” lat czytam w każdej wolnej chwili, szczególnie w autobusach i tramwajach. Oczywiście kartki też któregoś dnia wzięłam ze sobą – na jazdę do pracy i z niej. Nie miałam pojęcia, że w autobusie będę śmiać się do siebie, momentami cicho, ale jednak na głos. Nie miałam też świadomości, że w pewnym momencie nie uda mi się powstrzymać łez wzruszenia. Popłynęły po policzkach. A kobieta siedząca w pobliżu uśmiechnęła się ze zrozumieniem i usłyszałam – znam to, też tak mam.

Kartki z białego zeszytu to przemyślenia. Opis rzeczywistości przepuszczonej przez sito własnych doświadczeń – raczej niekoniecznie wesołych – autorki. Ale też przez spojrzenie osoby pogodzonej ze sobą, życiem i kochającej innych ludzi. To spojrzenie osoby, jaką wielu z nas chciałoby być, choć wielu nie uda się to nigdy. Równocześnie w poszczególnych rozdziałach autorka nie narzuca swojego pola widzenia – ona o nim mówi, ale nie stara się go forsować. Działa raczej na zasadzie – to moje życie, jeśli ci odpowiada – chodź, jeśli nie – żyj po swojemu.

Kartki warto przeczytać choćby po to, by zauważyć wiele rzeczy, których w codziennym biegu nie widzimy. By dowiedzieć się, przypomnieć sobie, odkryć ponownie, lub całkiem po raz pierwszy otaczającą nas rzeczywistość i spojrzeć na nią nie tylko swoimi oczami, ale także np. ks. Twardowskiego, albo po prostu Soni. Książkę warto rozłożyć sobie na części, na porcje – przy emocjach jakie budzi, nie powinno się jej czytać w jeden wieczór…

Rok w Prowansji, Peter Mayle

Jak już wiecie, kocham Francję – Prowansja nie jest tu żadnym wyjątkiem 🙂 Dlatego Rok w Prowansji szybko trafił na moją listę.

Rok-w-ProwansjiTo książka, która przypomina wiele innych – Jeżdżąc po cytrynach, czy nawet Pod słońcem  Toskani (choć Rok jest znacznie lepszy). To opowieść o Angliku, który decyduje się na przeprowadzkę do uroczej Prowansji, w której nieraz bywał na wakacjach. Jednak dopiero mieszkając tam, odkrywa jej tajemnice. Odkrywa podejście Francuzów do czasu, do pracy, wreszcie do ich największej miłości, jaką jest oczywiście kuchnia.

Cała książka jest podzielona na rozdziały – każdy rozdział to jeden miesiąc. W każdym z nich, obok opisów ludzi i kuchni, znajdziemy opis remontu domu Maley’ów, a także ich drobne, codzienne „odkrycia” – wino z własnej piwnicy, oliwa z lokalnych oliwek, pieczywo specjalnie dobierane do potraw. To odkrywanie innego życia, spokojniejszego, pozwalającego na smakowanie i rozkoszowanie się drobnymi przyjemnościami codziennego dnia.

Mimo upływu wielu lat Prowansja wcale się nie zmieniła – nadal można w niej odnaleźć to, co z dużym poczuciem humoru opisywał Mayle.

Rok w Prowansji nie jest książką wysokiej klasy. Ale to bardzo przyjemna opowieść – świetna po ciężkim dniu, dla relaksu po stresie, dla zwykłej przyjemności czytania.

Córka Nomadów, Waris Dirie

Tak się jakoś złożyło, że przeczytałam po sobie dwie książki „afrykańskie”. Drugim zbiegiem okoliczności Córkę Nomadów czytałam niemal idealnie 6 lat (zgadza się miesiąc, nie pamiętam, czy dzień też) po Kwiecie pustyni (pierwszej części opowieści)…

corkaPodczas, gdy Kwiat pustyni był o drodze somalijskiej dziewczynki na szczyty gwiazd (została światowej sławy modelką) i o okrucieństwie obrzezania kobiet w Somalii, to Córka Nomadów jest o tęsknocie – za ojczyzną (choćby źle się tam działo), za rodziną, za znaną kulturą i zwyczajami.

Waris od 20 lat żyje w USA, ale bardzo tęskni, choć kiedyś uciekała, choć wie, że toczą się wojny. Tęsknotę pogłębiają nieporozumienia z mężem, brak akceptacji dla jej postępowania ze strony teściowej. Tu także, podobnie jak w Białej Masajce, widać problemy kulturowe i różnice w zwyczajach, choć Waris stara się dostosować do panujących warunków i niewiele kwestii forsuje. Nie potrafi jednak zrozumieć, dlaczego teściowa burzy się gdy jej dziecko biega nago, lub gdy nosi je tak, jak nauczyła się w Somalii, choć dziecko nie płacze i jest zadowolone.

W końcu, pokonując różne przeszkody, Waris „wraca” (właściwie przyjeżdża w odwiedziny) do swojej rodziny, opisując kolejne dni z pozycji osoby ze środka, która jednak ma poczucie, że zmieniła się, że nie zawsze pasuje do otoczenia.

To bardzo ciepła książka, pokazująca, że mając w miarę zdrowe relacje z rodziną, można znaleźć w bliskich oparcie, że spotkania z nimi dają siłę, a nauczonych w dzieciństwie działań, nie zapomina się. Mniej jest to o obrzezaniu, okaleczaniu, wydawaniu małych dziewczynek za starców. Znacznie więcej jest o miłości, o szczęściu, o poczuciu przynależności. Tak, jakby sama Waris, wracając, widziała znacznie więcej piękna i radości niż w momencie ucieczki.

Córka Nomadów, Waris Dirie
Tytuł oryginalny: Desert Dawn
Gatunek: obyczajowa
Forma: powieść
Język oryginału: angielski
Liczba stron:208
rok wydania: 2002
oprawa: miękka
wydawca:
Bertelsmann Media, Grupa Wydawnicza
ISBN:83-7311-816-0