Szkoła na wzgórzu, Sebastian Imielski

Szkoła na wzgórzu to książka, która zdobyła II miejsce w konkursie na Polską Powieść Kryminalną organizowanym przez Oficynę wydawniczą RW2010 i wydawnictwo SUMPTIBUS. Info o konkursie jakoś mnie ominęło, ale na szczęście książka już do mnie dotarła 🙂

szkolaZaczyna się trochę sfrustrowanie – Sylwester Cichy jest facetem po przejściach. Rzuciła go dziewczyna, nie dogaduje się z siostrą, która wyszła za chciwego dupka, z matką też nie ma najlepszych kontaktów (choć raczej on sam się odsuwa, ale równocześnie nie wyobraża sobie, by w jej mieszkaniu nie miał pokoju, do którego może przyjechać). Szkoła na Kaszubach, gdzie zostaje nauczycielem polskiego, miała być odskocznią, ale dobija go szybko. Już samo wspinanie się na wzgórze nie napawa rano optymizmem, a do tego dość dziwne układy wewnętrzne (słaby dyrektor, jego żona, dla której najbardziej istotny jest wizerunek szkoły, itp.) sprawiają, że enklawa spokoju szybko przestaje nią być.

Akcja zaczyna się jednak trochę później – gdy ze szkoły znika jedna z uczennic. I nagle okazuje się, że wielu mieszkańców skrywa drobne lub całkiem mroczne tajemnice, że w całość wplątuje się polityka i stare sprawy. Zniknięcie dziewczyny, która ponoć miała nową miłość poza miasteczkiem dość szybko trafia do policyjnych teczek z napisem „kolejna ucieczka nastolatki”. Ale Sylwestrowi nie daje to spokoju – dlaczego dziewczyna, która miała plany, ambicje nagle ucieka i znika po prostu. Nikt nie wie co się z nią stało, nikt nie wie gdzie mogła trafić. Nauczyciel próbuje zainteresować sprawą media, innych nauczycieli, mieszkańców. Szuka – najpierw sam, potem z pomocą pewnego dziennikarza…

Na rozwiązanie sprawy Alicji w pewnym momencie zaczyna się wpadać. Ale na winnego w sprawie Magdy (drugiej zaginionej) nie wpadłam aż do ostatniego rozdziału. Mam wrażenie, że choć autor pisze całkiem sporo o okolicznościach i sytuacji, to nie dał nam tu żadnych wskazówek, albo jakąś przegapiłam – i dla mnie to olbrzymi plus, bo nie lubię przewidywalnych kryminałów 🙂

Na uwagę w Szkole zasługują niewątpliwie drugoplanowe postaci. Laura, żona dyrektora – stworzona niesamowicie konsekwentnie. W kolejnych scenach postępowała zgodnie z założeniami, umacniając swoją pozycję. Zawada – dziennikarz, który był na topie i przez alkohol i podpadnięcie wielu osobom – zepchnięty na samo dno. Znów się wspina, znów chce. I jest bardzo wiarygodny. Pani Zofia – nie chcę wiele napisać, by nie zaspoilerować, ale to jeden z ciekawiej nakreślonych bohaterów. I warto śledzić kolejne sceny z jej udziałem. Świetnie zapowiadała się Andżelika – i jej mi szkoda, bo mogła sporo namieszać, a okazała się taka bez wyrazu w sumie.

Natomiast żałuję, że Sebastian nie pozostał na poziomie kryminału tylko. Życie prywatne Sylwestra jest najbardziej niewiarygodną i najsłabszą warstwą książki. To za tę część w dużej mierze odjęłam na Goodreads gwiazdkę Szkole. Na szczęście nie zajmuje to zbyt wielu stron 😉

Szkołę warto przeczytać jeśli lubicie tradycyjne kryminały, z przeplotem czasowym. To niezły kawałek śledztwa, grzebania w dokumentach, rozmów z podejrzanymi i świadkami z dodatkiem paru siniaków, ucieczek w deszczu i błocie i… odkopaną po latach czaszką dziewczyny, która zakochała się w wierszach.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu RW2010.

Reklamy

Kieszenie przeszłości, Aneta Rzepka

Z książkami Anety Rzepki jakoś wcześniej się nie zetknęłam, Kieszenie przeszłości były pierwsze, ale lubię poznawać nowych autorów, więc czemu nie 🙂

kieszenie_przeszlosciOpowieść jest splątanymi losami dwóch kobiet – Oli i Kornelii. Pierwsza to dość bogata dziewczyna, która studiuje ekonomię i… jest prezesem rodzinnej firmy, (w tej roli odnajduje się raczej umiarkowanie, co widać już w początkowych rozdziałach). Kornelia jest maturzystką, sierotą mieszkającą z dziadkami, uwikłaną w związek z chłopakiem, który myśli tylko o sobie, a swoją dziewczynę traktuje raczej jak ozdobę, którą w razie nieposłuszeństwa należy pięścią przywrócić do pionu.

Przyznaję, że początek mnie nie wciągał. Ale postanowiłam poczekać jeszcze chwilę i jeszcze kilka stron przeczytać, a z czasem akcja zaczęła się rozwijać, a ja dotarłam do końca. Założenie jest całkiem ciekawe – obie dziewczyny, choć na zewnątrz nie rzuca się to w oczy, są mocno skrzywdzone przez los. I to akurat stało się mocnym atutem książki – szczególnie historia Oli jest odkrywana dość stopniowo, co sprawia, że nasza ocena tej osoby też ma szansę dojrzewać i zmieniać się, przy okazji tworząc złudzenie, jakbyśmy bohaterkę realnie poznawali. Z Kornelią ten zabieg nie zadziałał (o ile był w planie), ponieważ od początku jest nam jej po prostu żal.

Trochę żałuję, że w książce brakuje normalnych postaci – takich, które nie mają totalnie splątanej przeszłości, nie niosą bagażu rodziców, itd. Kolejne, które pojawiają się w różnych momentach opowieści, wcześniej lub później zaczynają opowiadać o swoich traumach z dzieciństwa, przeżyciach, obciążeniach. Był taki moment, że poczułam się tym zmęczona i szukałam tam choć jednego człowieka, który miał szczęśliwe, albo choć normalne dzieciństwo. Ale ciężko w Kieszeniach przeszłości o niego lub nią, niestety.

Niestety, autorka nie ustrzegła się nielogiczności i braków. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to działanie Kornelii po stracie torebki – siadła do komputera, by zarobić na… nową kartę miejską. Jako osoba jeżdżąca od lat na kartach, wiem, że nie miała takiej potrzeby – wystarczyło iść do odpowiedniego punktu i za niewielką opłatą (pewnie 5-10 zł) wyrobić nową (oczywiście rozumiem, że w torebce mogły być wszystkie jej pieniądze, ale nadal raczej myślałaby o tym, na co potrzebuje większą kwotę).

Ola, po przejściach, praktycznie uciekając z domu przed ojcem, bez rzeczy, przemarznięta, myje twarz w domu swojego chłopaka. Jest zmęczona, przerażona, ale… pamięta o nawilżeniu twarzy kremem, który ma w kosmetyczce. Jakoś w tym stanie chyba nawilżanie twarzy byłaby na dość odległym miejscu wśród moich priorytetów…

Kolejna sprawa, to myśli i odczucia męskich przedstawicieli – oczy Kornelii fascynują Marcina, pociągają, magnetyzują (i analizuje to). Jestem w stanie uwierzyć w takie myśli u nastolatki, kobiety, ale raczej nie u dorosłego faceta po przejściach. Takich fragmentów jest wiele – myślę, że dobrze byłoby kolejną książkę oddać w ręce redaktora mężczyzny z prośbą o zaopiniowanie także od takiej strony.

Następne – mieszanka narratorów (miałam takie momenty, że musiałam się cofnąć, by dojść do tego, kto teraz prowadzi narrację (raz trzecia osoba, raz pierwsza, czasem wymiennie). Drażniące też były przeskoki bez wyjaśnień, jak w przypadku wizyty Oli w szpitalu. Przez wiele stron najpierw nie znałam upływu czasu, potem znalałam i wiedziałam tylko, że była w szpitalu, żeby wreszcie – niemal mimochodem – wyjaśniło się dlaczego. Problem w tym, że ta tajemnica (w kontekście krycia tego przed czytelnikiem) nie miała uzasadnienia w akcji.

Zastanawiam się jak ocenić Kieszenie przeszłości. Z jednej strony zamysł jest bardzo ciekawy i dobrze, że kwestię przemocy w domu, braku akceptacji dla niezamężnej matki, czy wreszcie oczekiwanie, że „dzieci zapłacą za grzechy ojców” nie jest zbyt częste i chętnie poruszane. Poza tym osadzenie wydarzeń na zasadzie „tu i teraz” też ma swoje plusy. I gdyby nie braki logiczne i nastoletnie wręcz podejście do uczuć byłaby to prawdopodobnie jedna z mocniejszych pozycji tego roku. Może drugie, albo trzecie wydanie doczeka się poważnych zmian redakcyjnych, stając się bardzo silną pozycją?

Za egzemplarz recenzencki dziękuję oficynie wydawniczej RW2010.

Oszukać Matrix, Christian Merkury

Miałam napisać najpierw o Linii krwi, ale mi nie wyszło. Obiecuję, następna recenzja będzie zachęcać 🙂

oszukacmatrixNa Oszukać Matrix trafiłam w nowościach. Ciekawy opis i dość prosta, pasująca okładka zachęciły mnie do niej.
Pierwsze zaskoczenie było z uśmiechem – nazwisko autora sugerowało,  że książka jest tłumaczeniem i odnośniki do Polski potraktowałam jako drobny zabieg tłumacza.  Ale kilkanaście stron dalej byłam już przekonana,  że to nazwisko jest kolejnym chwytem marketingowym, mającym na celu przyciągnąć tych, co nie czytają polskich autorów.  Zaakceptowałam,  aczkolwiek  tu zaczął się mój dystans,  bo nie przepadam za takimi zagraniami. A potem było tylko gorzej…

Autor jest osobą, która prawdopodobnie uważa, że książka zyskuje na obszerniejszych opisach. Zapomina tylko, że powinny mieć uzasadnienie. W tym wypadku część ma, ale równie duża część nie ma – są chyba tylko wypełniaczem tych 200-kilku stron, żeby książeczka nie była zbyt cienka. Kolejną kwestią jest to, że bohaterowie w różnym wieku powinni mówić różnym językiem. I że kilkuletnie dziecko raczej nie mówi „zrób mi kanapkę z tego dobrego żytniego chleba…” (dzieci wokół mnie mówią raczej – zrób mi kanapkę. Ew. dodają z czym). Tym bardziej, że z opisu wiemy, że taki chleb w tym domu jest na stałe, wiec nie ma potrzeby takiego dookreślania. Ani wielokrotnego używania takiego zwrotu.

Całość miała opowiadać o szukaniu siebie, o dojrzewaniu. Zamiast tego mamy nowelkę wypełnioną średniej jakości opisami, z obcymi imionami i przezwiskami. I kobietą, która przez trzy godziny robi klientce paznokcie (jak rozumiem, kiedyś z tego żyła), bierze za to 70 zł (domyślam się, że to na czarno, ale w tym tempie i za tę cenę – nie wyżyłaby raczej). Ale to jej sprawa – za to dawanie klientce kapci… Cóż… takie rzeczy tylko w marnych książkach (korzystałam z domowych gabinetów i żadna ze stylistek nie oczekiwała, że będę zdejmować buty).

Ciąg dalszy zbudowany jest wedle zasady – musi być wielka miłość, która pozwoli przekonać alpinistę, że nieważne, iż bohaterka nie ma za sobą treningu wysokościowego, ani nawet najmniejszego przeszkolenia – przewodnik weźmie za nią odpowiedzialność i poprowadzi ją w góry. Musi być choroba – wiec jest i rak i śpiączka. I córka, której bohater nie znał. A która jest do ojca podobna niezwykle…

Czy się czepiam? Może. Może gdyby nie hasła reklamowe o dojrzałej powieści, o szukaniu siebie, o thrillerze i psychologii – czytałabym z innym nastawieniem. Choć pewnie, gdyby napisano prawdę – że to debiutancka powieść raczej bardzo młodego pisarza (mam poczucie, że pisarki, ale to akurat nie ma znaczenia – po prostu niektóre zabiegi i zwroty oglądam znacznie częściej w utworach spod ręki kobiecej niż męskiej), który próbuje odkryć siebie, to pewnie nie sięgnęłabym w życiu po tę książkę. A gdybym jeszcze wydała na nią 25-30 zł (ceny w internecie), pewnie długo płakałabym nad swoją naiwnością, bo za tę cenę można mieć znacznie coś znacznie lepszego.

Sumując – szkoda Waszego czasu na coś, co może obroniłoby się w formie blogowej, ale nie w formie powieści.

Na wojnie nie ma niewinnych, Aneta Jadowska

na_wojnie_nie_ma_niewinnychWłaściwie powinnam opisać całą serię, bo tak się złożyło, że nie trafiła mi na bloga, bo najczęściej kolejne tomy serii wpadały mi w ręce gdy miałam znaczny nadmiar pracy i blog leżał odłogiem. Jednak trochę nieuczciwie byłoby opisywać książki, które czytałam 2 lata temu, więc tylko ogólnie.

Złodzieja dusz pokochałam – Dora, Miron i Joshua bawili mnie tak, że momentami śmiałam się w głos. Miło było też czytać o miejscach, które choć trochę znam (Toruń). W całości serii – można się czepiać, że Dora jest histeryczna, że przesadza w stereotypach (muzyka i stosunek do kobiet, które chyba zbyt często nazywa sukami, dziwkami, zdzirami i które rzeczywiście na kartach Heksakologii są średnio sympatyczne w większości). Równocześnie sama jest „równa”, a zgromadzeni wokół niej faceci są świetni i zróżnicowani. No i to wszechobecne seksualne napięcie – Dorę chcą wszyscy (no, prawie wszyscy – niezależnie od rasy, wymiaru, itd). Mimo to – podobało mi się. Przyjęłam to jako określoną konwencję (bo i czemu nie?) i po prostu płynęłam z nią, nie zastanawiając się nad tym, że piękna Dora raczej by mnie nie polubiła, czy też zazdrościłabym jej powodzenie 😉 Wybaczałam też niekonsekwencję (Dora czasem czegoś się domyśla, albo o czymś mówi, a kilka stron/rozdziałów później „dowiaduje” się tego od kogoś innego i dziwi się czemu sama na to nie wpadła, albo opowiada po raz kolejny, a słuchacze nadal słyszą to po raz pierwszy) – właśnie dlatego, że nadal bardzo mi się podobało (gdyby Dora była tworem amerykańskim, LionsGate kręciłby z nią filmy następne 7 lat ;)).

Seria niestety jest nierówna. Po świetnym Złodzieju przyszły dwie całkiem niezłe (acz słabsze ciut) części, aż przyszło Wszystko zostaje w rodzinie, które było niezwykle słabą książką – słabo zaskakującą i budzącą miejscami niezwykle silne skojarzenia ze Zmierzchem (niestety, na dodatek na plus dla tego ostatniego :(). Skończyłam czytać rozczarowana, ale postanowiłam dać szansę następnej części, wierząc, że to spadek formy.

I tak – poprzez lepsze Egzorcyzmy – dotarłam do Na wojnie nie ma niewinnych, która co prawda nie weszła na poziom Złodzieja, ale znów zdarzyło się jej zaskakiwać i znów dobrze się czytało całość 🙂

To ostatni tom z serii, więc rozwiązuje poszczególne wątki. Odwieczni wrogowie muszą zostać jakoś opanowani, przyjaciele znaleźć spokój i szczęście. Znamy konwencję, więc chyba nikt z nas nie miał wątpliwości w jaką stronę całość pójdzie. Ale i tak czyta się dobrze i zaciskamy kciuki, żeby się udało, żeby Joshua znalazł szczeście, żeby Miron przestał z godziny na godziny martwić się o Dorę, a ona sama, żeby wreszcie znalazła spokój i nie musiała walczyć o wampirów, będących pod jej opieką, o stado, którego jest Alfą i o wszystkich, którzy ją otaczają. Można się spierać, czy wątki są rozwiązywane na siłę, czy nie, ale na szczęście Aneta uniknęła zwykłej wymienianki i poszczególnych rozdziałów, które tylko pokazywałymy „jak się to rozwiązało”.

To, czego bardzo mi z kolei brak w zakończeniu, to Joshua (i Miron). Obie postacie, które stanowiły podstawę jakościową Złodzieja, których przepychanki słowne z Dorą były niezwykle silną zaletą. Nagle przechodzą do postaci trzecioplanowych i poniekąd zanikają. A pojawiająca się na kilku stronach „dynamika między braćmi” (cytat) to stanowczo za mało, szczególnie, że przepychanki wciąż dotyczą tego samego 😦 Brakuje mi też wyjaśnienia co do końca stało się z Elfami (jest tylko wspomnienie, że trwają negocjacje z nimi)

Bardzo podoba mi się nowa postać – Johann. Zastępuje trochę Mirona, choć byłoby jeszcze lepiej, gdyby byli wszyscy 🙂 Johann ma duży dystans do wszystkiego, włącznie z sobą – pozwala mu na to charakter, ale i jego pozycja – egzekutora Dłoni (czyli naczelnej organizacji prawnej wilków). Lekki sarkazm i niezwykły apetyt tworzą z jego stanowiskiem ciekawą mieszankę. Momentami zwolnił akcję, ale na plus – pozwolił na uśmiech, na lekkie rozładowanie napięcia, co za chwilę wpływa pozytywnie na szybkość akcji na kolejnych stronach.

Szkoda mi trochę, że to już koniec serii, choć Aneta zapowiada już tom z opowiadaniami, a także książkę (serię?) o Witkacym. Ale nie wiem, czy to będzie to samo – zobaczymy 🙂

PS Mam duży zarzut, ale to raczej do wydawnictwa, do Fabryki Słów – korekta książki leży. A nawet całej serii. Niezależnie od wspomnianych niekonsekwencji, na które mogę przymknąć oko, to trudno zaakceptować brak korekty gramatycznej i interpunkcyjnej. Pisząc tekst niektrudno coś zgubić, przegapić i nie wyłapać czytając samodzielnie. Ale korekta powinna to wyłapać – to ich zadanie, by nie zostały niewłaściwe przypadki, by przecinki pojawiły się w odpowiednich miejscach. A to kuleje i to mocno… 😦

PS2 Bez pierwotnych planów Dora, mając 600 stron, wpisała się mi się w kwietniowe Wyzwanie Pod hasłem – „Cegła 400+” 🙂

Bardzo słodka Sosnówka…

Napaliłam się na tę książkę. Zamówiłam w bilbliotece i cała szczęśliwa odebrałam… dwa w jednym, bo okazało się, że oprócz Sosnowe dziedzictwo w ręce wpadła mi jeszcze Pensjonat Sosnówka Marii Ulatowskiej. Jeszcze tego samego wieczoru zaczęłam czytać. A potem następną…

dziedzictwo pensjonat

Nie do końca wiem jak je ocenić. Dlaczego? Dlatego, że Sosnowe dziedzictwo czyta się nieźle. Książka jest wzruszająca i stanowczo może się podobać. Anna Towiańska (główna bohaterka) co prawda już tu zaczyna odsłaniać swoją prawdziwą naturę, ale odnośnik do wojny, dziadków, odkrytej po latach tajemnicy i całej masie wątków i postaci sprawia, że (mimo lekkiego bałaganu w całości) Dziedzictwo jest książką, w którą można się wciągnąć i czuje się jakieś ciepło w całości. Tak jakby autorka przelała jakieś swoje uczucia w całość.

Widocznym już w pierwszej części problemem jest ten bałagan w powieści. Wątki są co chwilę zmieniane, mało jest głębszych przemyśleń, poza Anną ciężko z kimkolwiek się związać, przyzwyczaić, bo postacie też zmieniają się jak na karuzeli. Może jeszcze pan Dyzio zapada w pamięć, ale chyba też dlatego, że jest bohaterem wyrazistym (chyba najbardziej w całej książce). Pozostali – pojawiają się i znikają, podobnie jak wydarzenia, w których uczestniczą…

I z przykrością stwierdzam, że na pierwszej części cyklu Autorka tym powinna była zakończyć 😦 Nawet jeśli Sosnowe dziedzictwo spodoba Wam się bardzo, nie sięgajcie po Pensjonat Sosnówka. 10 kilo cukru w cukrze… Anna Towiańska z osoby słodkiej robi się nie istniejącym ideałem, który zawsze jest ciepły, opanowany, uśmiechnięty, nie ma żalu ani złości nawet na chuliganów, a problem wracającej byłej żony partnera nie budzi w niej zazdrości, tylko obawę, że zabierze jej potencjalnego pasierba, do którego już się przywiązała. Na dodatek ta dziewczyna właściwie nie ma żadnych problemów – skończyły się jej oszczędności – ojej, zaraz pojawia się wyciągnięta pomocna dłoń z odpowiednią kwotą nie chcąca nic w zamian niemal. Pojawia się jakikolwiek inny problem – natychmiast niebo otwiera swe podwoje, by Ania go nie miała… Przyznam, że już samo to było nierealne, ale kiedy ukochany Jacek zbiera braci i jedzie rozprawić się z Maliniakami poprzez (tak, poważnie) uszkodzenie ich ciała, to już weszliśmy na wysoki poziom abstrakcji…

Wiem, że obie części mogą się podobać – są miłe, słodkie, opowiadają cudowną historyjkę. Ale może ja już jestem na to za stara, a może po prostu to nie dla mnie – w każdym razie, jeśli Ktoś z czytających zgadza się (mniej więcej) z moimi odczuciami, to może sobie darować obie książki, a na pewno Pensjonat.

Irena, Małgorzata Kalicińska, Basia Grabowska

Początkowo nie miałam zamiaru czytać Ireny. Rozczarowanie Domem nad Rozlewiskiem nie wywietrzało mi jeszcze z głowy (trafiła na stos niedokończonych, bez większych szans na drugą szansę). Ale okładka przyciągała mnie, a i opinie na blogach i Goodreads kusiły… W końcu się złamałam, zakładając, że jeśli pierwsze 100 stron mnie nie wciągnie – odkładam. Ale już znacznie szybciej wiedziałam, że dokończę…

IrenaIrena to opowieść o trzech kobietach – Jagodzie, Dorocie i Irenie oraz o ludziach, którzy je otaczają. Najmłodsza z nich, Jagoda (koło 30) jest przebojowa, zorganizowana, pracuje w korporacji i robi karierę. Równocześnie jest singielką, czego nie bardzo może zaakceptować jej matka – Dorota. Trochę roztrzepana, trochę eko, trochę hipiska prowadzi swój sklep internetowy z biżuterią i… szuka dookoła problemów, nierzadko na siłę. Najstarsza – tytułowa Irena to przyszywana ciocia – babcia. Trochę zdystansowana, mądra wiekiem, kocha obie kobiety i próbuje je zbliżyć do siebie.

Irena to także opowieść o cieniu tajemnicy, która niszczy matkę i córkę, tworząc między nimi nierozumianą barierę, sprawiając, że ich związek jest toksyczny. Dorota straciła pierwsze dziecko w wyniku śmierci łóżeczkowej. Depresja sprawiła, że najłatwiej jej było udawać, że Kubusia nie było. I w takim przekonaniu żyje jej córka, Jagusia, która nie wie o istnieniu brata, ani o tym, że imię dostała po innej Jagusi, dziewczynce z Bieszczad, którą w marzeniach mamy miała się stać. Całkiem inny charakter sprawił, że Jagoda – w przeciwieństwie do swej imienniczki – nie garnęła się do kuchni, nie lubiła sukienek, za to była świetnym organizatorem i liderem. Przebojowa, twarda, jednak nieodmiennie ma poczucie, że wg. matki jest egzemplarzem wybrakowanym, że aby Dorota ją polubiła i zaakceptowała, powinna się zmienić w kogoś kim nie jest.

Irena to niezwykle ciepła i wzruszająca książka. Równocześnie nie ma wad często charakterystycznych dla „literatury kobiecej” – nie jest totalnie słodka, nie jest nawet przesłodzona (może za wyjątkiem postaci Jaśka, męża Doroty – chodzącego ideału). Bywa nawet czasem nazbyt pragmatyczne, ale to jej plus. Bohaterki (szczególnie Jagoda i Irena – Dorota mniej) mają sporo dystansu do siebie i potrafią o tym mówić z niemałym poczuciem humoru, czasem wręcz ironią. Równocześnie właściwie wszystkie postacie są życiowe – w Felku (mężu Ireny) kilkakrotnie odnajdywałam rysy mojego dziadka, w Radku – mojego dobrego znajomego – może dlatego ta książka tak mi się spodobała? 🙂

Książka przeczytana m.in. w ramach wyzwania Pod hasłem 🙂

Szepty, Irena Matuszkiewicz

Szepty to pierwsza książka przeczytana przeze mnie w 2013 roku 🙂 Spokojna, dość ciepła, warta przeczytania, choć bez wybitnej rewelacji.

szeptyKsiążka Ireny Matuszkiewicz ma bardzo zachęcający opis – to „szu szu szu” pomiędzy ludźmi i „szu szu szu” do komórki rozbawiło mnie i wzbudziło ciekawość. W samej książce szeptów nie jest tak wiele, ale nie robi to aż takiej różnicy.

Główna bohaterka to Funia, czyli Felicja. Starsza pani (80 lat!), ale żwawa, ciekawa świata i aktywna (uczy się angielskiego, chodzi na wykłady na Uniwersytecie Trzeciego Wieku, pisze wspomnienia, a nawet dość aktywnie korzysta z internetu). Ma swoją grupę dobrych koleżanek, z którymi co tydzień (co najmniej) się spotyka. Tam jest sobą, prowadzi aktywne życie. W domu (mieszka z blisko 60-letnią córką, jej mężem i 30-letnią wnuczką) wydaje się być trochę zepchnięta na margines. Wciąż słyszy, że tego, czy tamtego ma nie robić, że ma się oszczędzać, że musi pamiętać o swoim wieku…

Książka ma dość specyficzną, ale ciekawą budowę. Kojarzy mi się z cebulą – kolejne części coraz głębiej odkrywają Funię i jej stosunki z bliskimi. Najpierw poznajemy Felicję taką, jaką sama siebie widzi, potem widzimy coraz więcej aspektów postrzeganych przez jej otoczenie.

Podejrzewam, że wielu Czytelników może znaleźć Funię w swoim otoczeniu. Starsza pani twierdząca, że jej życie było ciężkie, trudne, dramatyczne, że niewiele w życiu dobrego ją spotkało, że zięć nastawia córkę przeciw niej, że czuje się niepotrzebna, że odsunięto ją na boczny tor, itd. I nim ocenicie szybko Danielę (córkę), pomyślcie najpierw o tych paniach z otoczenia. I poczekajcie z ocenami do końca, do ostatniej niemal strony. Bo jeśli dwie osoby różnie pamiętają te same wydarzenia, to… może każda z nich ma swoją prawdę?…

Niezależnie od oceny książki, na pewno należy jej przyznać, że nie jest przesłodzona. Początkowo trochę tego się bałam – że znajdę w niej super babcię, którą przygarnęła z poczucia obowiązku córka, ale jest z tego powodu nieszczęśliwa i unieszczęśliwia innych. Tymczasem książka pokazuje wcale nieprzesłodzony, ale i niełatwy obraz związany z postrzeganiem siebie, z konfliktem pokoleń i wyborami, które mają swoje konsekwencje czasem i 40-5o lat później.

Akcja książki toczy się generalnie na Kujawach (Włocławek, Aleksandrów), ale wspomnieniami bohaterowie wracają m.in. do Wrocławia, Białkowa koło Cybinki i ogólnie Polesia. Co ciekawe to właśnie z Cybinki została zapożyczona nazwa grupy starszych przyjaźniących się pań – Alebabki.