Szkoła na wzgórzu, Sebastian Imielski

Szkoła na wzgórzu to książka, która zdobyła II miejsce w konkursie na Polską Powieść Kryminalną organizowanym przez Oficynę wydawniczą RW2010 i wydawnictwo SUMPTIBUS. Info o konkursie jakoś mnie ominęło, ale na szczęście książka już do mnie dotarła 🙂

szkolaZaczyna się trochę sfrustrowanie – Sylwester Cichy jest facetem po przejściach. Rzuciła go dziewczyna, nie dogaduje się z siostrą, która wyszła za chciwego dupka, z matką też nie ma najlepszych kontaktów (choć raczej on sam się odsuwa, ale równocześnie nie wyobraża sobie, by w jej mieszkaniu nie miał pokoju, do którego może przyjechać). Szkoła na Kaszubach, gdzie zostaje nauczycielem polskiego, miała być odskocznią, ale dobija go szybko. Już samo wspinanie się na wzgórze nie napawa rano optymizmem, a do tego dość dziwne układy wewnętrzne (słaby dyrektor, jego żona, dla której najbardziej istotny jest wizerunek szkoły, itp.) sprawiają, że enklawa spokoju szybko przestaje nią być.

Akcja zaczyna się jednak trochę później – gdy ze szkoły znika jedna z uczennic. I nagle okazuje się, że wielu mieszkańców skrywa drobne lub całkiem mroczne tajemnice, że w całość wplątuje się polityka i stare sprawy. Zniknięcie dziewczyny, która ponoć miała nową miłość poza miasteczkiem dość szybko trafia do policyjnych teczek z napisem „kolejna ucieczka nastolatki”. Ale Sylwestrowi nie daje to spokoju – dlaczego dziewczyna, która miała plany, ambicje nagle ucieka i znika po prostu. Nikt nie wie co się z nią stało, nikt nie wie gdzie mogła trafić. Nauczyciel próbuje zainteresować sprawą media, innych nauczycieli, mieszkańców. Szuka – najpierw sam, potem z pomocą pewnego dziennikarza…

Na rozwiązanie sprawy Alicji w pewnym momencie zaczyna się wpadać. Ale na winnego w sprawie Magdy (drugiej zaginionej) nie wpadłam aż do ostatniego rozdziału. Mam wrażenie, że choć autor pisze całkiem sporo o okolicznościach i sytuacji, to nie dał nam tu żadnych wskazówek, albo jakąś przegapiłam – i dla mnie to olbrzymi plus, bo nie lubię przewidywalnych kryminałów 🙂

Na uwagę w Szkole zasługują niewątpliwie drugoplanowe postaci. Laura, żona dyrektora – stworzona niesamowicie konsekwentnie. W kolejnych scenach postępowała zgodnie z założeniami, umacniając swoją pozycję. Zawada – dziennikarz, który był na topie i przez alkohol i podpadnięcie wielu osobom – zepchnięty na samo dno. Znów się wspina, znów chce. I jest bardzo wiarygodny. Pani Zofia – nie chcę wiele napisać, by nie zaspoilerować, ale to jeden z ciekawiej nakreślonych bohaterów. I warto śledzić kolejne sceny z jej udziałem. Świetnie zapowiadała się Andżelika – i jej mi szkoda, bo mogła sporo namieszać, a okazała się taka bez wyrazu w sumie.

Natomiast żałuję, że Sebastian nie pozostał na poziomie kryminału tylko. Życie prywatne Sylwestra jest najbardziej niewiarygodną i najsłabszą warstwą książki. To za tę część w dużej mierze odjęłam na Goodreads gwiazdkę Szkole. Na szczęście nie zajmuje to zbyt wielu stron 😉

Szkołę warto przeczytać jeśli lubicie tradycyjne kryminały, z przeplotem czasowym. To niezły kawałek śledztwa, grzebania w dokumentach, rozmów z podejrzanymi i świadkami z dodatkiem paru siniaków, ucieczek w deszczu i błocie i… odkopaną po latach czaszką dziewczyny, która zakochała się w wierszach.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu RW2010.

Reklamy

Kieszenie przeszłości, Aneta Rzepka

Z książkami Anety Rzepki jakoś wcześniej się nie zetknęłam, Kieszenie przeszłości były pierwsze, ale lubię poznawać nowych autorów, więc czemu nie 🙂

kieszenie_przeszlosciOpowieść jest splątanymi losami dwóch kobiet – Oli i Kornelii. Pierwsza to dość bogata dziewczyna, która studiuje ekonomię i… jest prezesem rodzinnej firmy, (w tej roli odnajduje się raczej umiarkowanie, co widać już w początkowych rozdziałach). Kornelia jest maturzystką, sierotą mieszkającą z dziadkami, uwikłaną w związek z chłopakiem, który myśli tylko o sobie, a swoją dziewczynę traktuje raczej jak ozdobę, którą w razie nieposłuszeństwa należy pięścią przywrócić do pionu.

Przyznaję, że początek mnie nie wciągał. Ale postanowiłam poczekać jeszcze chwilę i jeszcze kilka stron przeczytać, a z czasem akcja zaczęła się rozwijać, a ja dotarłam do końca. Założenie jest całkiem ciekawe – obie dziewczyny, choć na zewnątrz nie rzuca się to w oczy, są mocno skrzywdzone przez los. I to akurat stało się mocnym atutem książki – szczególnie historia Oli jest odkrywana dość stopniowo, co sprawia, że nasza ocena tej osoby też ma szansę dojrzewać i zmieniać się, przy okazji tworząc złudzenie, jakbyśmy bohaterkę realnie poznawali. Z Kornelią ten zabieg nie zadziałał (o ile był w planie), ponieważ od początku jest nam jej po prostu żal.

Trochę żałuję, że w książce brakuje normalnych postaci – takich, które nie mają totalnie splątanej przeszłości, nie niosą bagażu rodziców, itd. Kolejne, które pojawiają się w różnych momentach opowieści, wcześniej lub później zaczynają opowiadać o swoich traumach z dzieciństwa, przeżyciach, obciążeniach. Był taki moment, że poczułam się tym zmęczona i szukałam tam choć jednego człowieka, który miał szczęśliwe, albo choć normalne dzieciństwo. Ale ciężko w Kieszeniach przeszłości o niego lub nią, niestety.

Niestety, autorka nie ustrzegła się nielogiczności i braków. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to działanie Kornelii po stracie torebki – siadła do komputera, by zarobić na… nową kartę miejską. Jako osoba jeżdżąca od lat na kartach, wiem, że nie miała takiej potrzeby – wystarczyło iść do odpowiedniego punktu i za niewielką opłatą (pewnie 5-10 zł) wyrobić nową (oczywiście rozumiem, że w torebce mogły być wszystkie jej pieniądze, ale nadal raczej myślałaby o tym, na co potrzebuje większą kwotę).

Ola, po przejściach, praktycznie uciekając z domu przed ojcem, bez rzeczy, przemarznięta, myje twarz w domu swojego chłopaka. Jest zmęczona, przerażona, ale… pamięta o nawilżeniu twarzy kremem, który ma w kosmetyczce. Jakoś w tym stanie chyba nawilżanie twarzy byłaby na dość odległym miejscu wśród moich priorytetów…

Kolejna sprawa, to myśli i odczucia męskich przedstawicieli – oczy Kornelii fascynują Marcina, pociągają, magnetyzują (i analizuje to). Jestem w stanie uwierzyć w takie myśli u nastolatki, kobiety, ale raczej nie u dorosłego faceta po przejściach. Takich fragmentów jest wiele – myślę, że dobrze byłoby kolejną książkę oddać w ręce redaktora mężczyzny z prośbą o zaopiniowanie także od takiej strony.

Następne – mieszanka narratorów (miałam takie momenty, że musiałam się cofnąć, by dojść do tego, kto teraz prowadzi narrację (raz trzecia osoba, raz pierwsza, czasem wymiennie). Drażniące też były przeskoki bez wyjaśnień, jak w przypadku wizyty Oli w szpitalu. Przez wiele stron najpierw nie znałam upływu czasu, potem znalałam i wiedziałam tylko, że była w szpitalu, żeby wreszcie – niemal mimochodem – wyjaśniło się dlaczego. Problem w tym, że ta tajemnica (w kontekście krycia tego przed czytelnikiem) nie miała uzasadnienia w akcji.

Zastanawiam się jak ocenić Kieszenie przeszłości. Z jednej strony zamysł jest bardzo ciekawy i dobrze, że kwestię przemocy w domu, braku akceptacji dla niezamężnej matki, czy wreszcie oczekiwanie, że „dzieci zapłacą za grzechy ojców” nie jest zbyt częste i chętnie poruszane. Poza tym osadzenie wydarzeń na zasadzie „tu i teraz” też ma swoje plusy. I gdyby nie braki logiczne i nastoletnie wręcz podejście do uczuć byłaby to prawdopodobnie jedna z mocniejszych pozycji tego roku. Może drugie, albo trzecie wydanie doczeka się poważnych zmian redakcyjnych, stając się bardzo silną pozycją?

Za egzemplarz recenzencki dziękuję oficynie wydawniczej RW2010.