Kieszenie przeszłości, Aneta Rzepka

Z książkami Anety Rzepki jakoś wcześniej się nie zetknęłam, Kieszenie przeszłości były pierwsze, ale lubię poznawać nowych autorów, więc czemu nie 🙂

kieszenie_przeszlosciOpowieść jest splątanymi losami dwóch kobiet – Oli i Kornelii. Pierwsza to dość bogata dziewczyna, która studiuje ekonomię i… jest prezesem rodzinnej firmy, (w tej roli odnajduje się raczej umiarkowanie, co widać już w początkowych rozdziałach). Kornelia jest maturzystką, sierotą mieszkającą z dziadkami, uwikłaną w związek z chłopakiem, który myśli tylko o sobie, a swoją dziewczynę traktuje raczej jak ozdobę, którą w razie nieposłuszeństwa należy pięścią przywrócić do pionu.

Przyznaję, że początek mnie nie wciągał. Ale postanowiłam poczekać jeszcze chwilę i jeszcze kilka stron przeczytać, a z czasem akcja zaczęła się rozwijać, a ja dotarłam do końca. Założenie jest całkiem ciekawe – obie dziewczyny, choć na zewnątrz nie rzuca się to w oczy, są mocno skrzywdzone przez los. I to akurat stało się mocnym atutem książki – szczególnie historia Oli jest odkrywana dość stopniowo, co sprawia, że nasza ocena tej osoby też ma szansę dojrzewać i zmieniać się, przy okazji tworząc złudzenie, jakbyśmy bohaterkę realnie poznawali. Z Kornelią ten zabieg nie zadziałał (o ile był w planie), ponieważ od początku jest nam jej po prostu żal.

Trochę żałuję, że w książce brakuje normalnych postaci – takich, które nie mają totalnie splątanej przeszłości, nie niosą bagażu rodziców, itd. Kolejne, które pojawiają się w różnych momentach opowieści, wcześniej lub później zaczynają opowiadać o swoich traumach z dzieciństwa, przeżyciach, obciążeniach. Był taki moment, że poczułam się tym zmęczona i szukałam tam choć jednego człowieka, który miał szczęśliwe, albo choć normalne dzieciństwo. Ale ciężko w Kieszeniach przeszłości o niego lub nią, niestety.

Niestety, autorka nie ustrzegła się nielogiczności i braków. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to działanie Kornelii po stracie torebki – siadła do komputera, by zarobić na… nową kartę miejską. Jako osoba jeżdżąca od lat na kartach, wiem, że nie miała takiej potrzeby – wystarczyło iść do odpowiedniego punktu i za niewielką opłatą (pewnie 5-10 zł) wyrobić nową (oczywiście rozumiem, że w torebce mogły być wszystkie jej pieniądze, ale nadal raczej myślałaby o tym, na co potrzebuje większą kwotę).

Ola, po przejściach, praktycznie uciekając z domu przed ojcem, bez rzeczy, przemarznięta, myje twarz w domu swojego chłopaka. Jest zmęczona, przerażona, ale… pamięta o nawilżeniu twarzy kremem, który ma w kosmetyczce. Jakoś w tym stanie chyba nawilżanie twarzy byłaby na dość odległym miejscu wśród moich priorytetów…

Kolejna sprawa, to myśli i odczucia męskich przedstawicieli – oczy Kornelii fascynują Marcina, pociągają, magnetyzują (i analizuje to). Jestem w stanie uwierzyć w takie myśli u nastolatki, kobiety, ale raczej nie u dorosłego faceta po przejściach. Takich fragmentów jest wiele – myślę, że dobrze byłoby kolejną książkę oddać w ręce redaktora mężczyzny z prośbą o zaopiniowanie także od takiej strony.

Następne – mieszanka narratorów (miałam takie momenty, że musiałam się cofnąć, by dojść do tego, kto teraz prowadzi narrację (raz trzecia osoba, raz pierwsza, czasem wymiennie). Drażniące też były przeskoki bez wyjaśnień, jak w przypadku wizyty Oli w szpitalu. Przez wiele stron najpierw nie znałam upływu czasu, potem znalałam i wiedziałam tylko, że była w szpitalu, żeby wreszcie – niemal mimochodem – wyjaśniło się dlaczego. Problem w tym, że ta tajemnica (w kontekście krycia tego przed czytelnikiem) nie miała uzasadnienia w akcji.

Zastanawiam się jak ocenić Kieszenie przeszłości. Z jednej strony zamysł jest bardzo ciekawy i dobrze, że kwestię przemocy w domu, braku akceptacji dla niezamężnej matki, czy wreszcie oczekiwanie, że „dzieci zapłacą za grzechy ojców” nie jest zbyt częste i chętnie poruszane. Poza tym osadzenie wydarzeń na zasadzie „tu i teraz” też ma swoje plusy. I gdyby nie braki logiczne i nastoletnie wręcz podejście do uczuć byłaby to prawdopodobnie jedna z mocniejszych pozycji tego roku. Może drugie, albo trzecie wydanie doczeka się poważnych zmian redakcyjnych, stając się bardzo silną pozycją?

Za egzemplarz recenzencki dziękuję oficynie wydawniczej RW2010.

Reklamy

Anna we krwi, Kendare Black

To książka z jedną z najładniejszych okładek, jakie ostatnio widziałam. Mroczna, z czerwonymi akcentami, z włosami dziewczyny porywanymi przez wiatr przyciąga uwagę, narzucając pewne skojarzenia. Niektóre wydawnictwa zmieniały Annie sukienkę na czerwoną, ale wówczas szbyt duża ilość czerwieni zabija moim zdaniem efekt (choć nic nie przebije włoskiej wersji, gdzie grafik nałożył na sporą część okładki czerwoną ramkę zdobioną jakimiś złotymi szlaczkami niszcząc kompletnie wyraz grafiki).
Anna_we_krwi

Okładka sprawiła, że nawet nie czytałam opisu – chciałam poznać treść, skrywaną przez nią. A kryje się tam kolejna książka dla młodzieży stojąca pomiędzy opowieścią o poszukiwaniu i walce z duchami (porównanie głównego bohatera do Buffy z serialu Buffy – postrach wampirów, pojawia się szybko, choć sam Cas się na nie oburza szybko), a romansem paranormalnym.

Główny bohater to nastolatek – Cas, którego ojciec zabijał niebezpieczne duchy, aż sam zginął w szponach (albo raczej szczękach) jednego z nich. Wówczas syn przejął jego profesję, mając jednak na celu złapanie kiedyś zabójcy ojca. Skojarzenie z Buffy to jedno, ale książka silnie przypominała mi również serię Akta Harry’ego Dresdena. Czytałam je już wiele lat temu (5? Może więcej nawet), więc liczę się z tym, że wielu rzeczy nie pamiętam, ale jednak pewne wrażenie zostało. Matki obu są czarownicami, ojcowie obu zmarli, gdy oni sami byli dziećmi, obaj na „wojnę” zabierają swoje talizmany, w których moc wierzą. I obaj ścigają duchy i potwory…

Anna, kolejne „zlecenie” Casa, nie jest typowym duchem. Jest niezwykle silna, poza zabija w nietypowy sposób – nie w sposób, bądź w miejscu, w jakim zginęła, ale w swoim domu. Jej siła sprawia, że Cas musi szukać innych metod na jej osłabienie, na możliwość jej obezwładnienia… Co ciekawe – choć Anna zabija wszystkich, którzy wejdą na jej teren, Casa oszczędziła…

Już opis zdradza, że Anna to dziewczyna, na której ciąży klątwa. I przyznam, że rozwiązanie tej zagadki jest zaskakujące. Jestem przekonana, że większość czytelników będzie już mieć swoje rozwiązanie nim przeczyta scenę. I dostaną kubeł zimnej wody (:D) – i dobrze moim zdaniem, bo niezależnie od wszystkiego, całość pozostaje logiczna i spójna.

Opowieść czyta się łatwo, choć oczywiście można rozważać naiwność języka i niektórych dialogów, dość dużą przewidywalność i wreszcie ten paranormalny prawie romans (ale – tu duży plus dla autorki – ona sama potrafi się z tego śmiać – Cas w pewnym momencie myśli „Byłoby prawie normalnie. Tylko ja, moi przyjaciele i moja martwa dziewczyna. Pomysł jest tak niedorzeczny, że aż prycham na głos”). Można także czepić się pisania w pierwszej osobie, ale nie przeszkadzało mi to w czytaniu (choć wiem, że niektórych czytelników to drażni).

Zaskoczyła mnie liczba nagród przyznana tej książce. Jednak należy pamiętać, że to książka dla nastolatków. I patrząc na to tło – wyróżnia się. To nie jest kolejny klon Zmierzchu, ani Igrzysk, a poczucie humoru niewątpliwie mocno ją wyróżnia.

Książka przeczytana m.in. w ramach wyzwania Pod hasłem 🙂 oraz wyzwania Trójka e-Pik

Bardzo słodka Sosnówka…

Napaliłam się na tę książkę. Zamówiłam w bilbliotece i cała szczęśliwa odebrałam… dwa w jednym, bo okazało się, że oprócz Sosnowe dziedzictwo w ręce wpadła mi jeszcze Pensjonat Sosnówka Marii Ulatowskiej. Jeszcze tego samego wieczoru zaczęłam czytać. A potem następną…

dziedzictwo pensjonat

Nie do końca wiem jak je ocenić. Dlaczego? Dlatego, że Sosnowe dziedzictwo czyta się nieźle. Książka jest wzruszająca i stanowczo może się podobać. Anna Towiańska (główna bohaterka) co prawda już tu zaczyna odsłaniać swoją prawdziwą naturę, ale odnośnik do wojny, dziadków, odkrytej po latach tajemnicy i całej masie wątków i postaci sprawia, że (mimo lekkiego bałaganu w całości) Dziedzictwo jest książką, w którą można się wciągnąć i czuje się jakieś ciepło w całości. Tak jakby autorka przelała jakieś swoje uczucia w całość.

Widocznym już w pierwszej części problemem jest ten bałagan w powieści. Wątki są co chwilę zmieniane, mało jest głębszych przemyśleń, poza Anną ciężko z kimkolwiek się związać, przyzwyczaić, bo postacie też zmieniają się jak na karuzeli. Może jeszcze pan Dyzio zapada w pamięć, ale chyba też dlatego, że jest bohaterem wyrazistym (chyba najbardziej w całej książce). Pozostali – pojawiają się i znikają, podobnie jak wydarzenia, w których uczestniczą…

I z przykrością stwierdzam, że na pierwszej części cyklu Autorka tym powinna była zakończyć 😦 Nawet jeśli Sosnowe dziedzictwo spodoba Wam się bardzo, nie sięgajcie po Pensjonat Sosnówka. 10 kilo cukru w cukrze… Anna Towiańska z osoby słodkiej robi się nie istniejącym ideałem, który zawsze jest ciepły, opanowany, uśmiechnięty, nie ma żalu ani złości nawet na chuliganów, a problem wracającej byłej żony partnera nie budzi w niej zazdrości, tylko obawę, że zabierze jej potencjalnego pasierba, do którego już się przywiązała. Na dodatek ta dziewczyna właściwie nie ma żadnych problemów – skończyły się jej oszczędności – ojej, zaraz pojawia się wyciągnięta pomocna dłoń z odpowiednią kwotą nie chcąca nic w zamian niemal. Pojawia się jakikolwiek inny problem – natychmiast niebo otwiera swe podwoje, by Ania go nie miała… Przyznam, że już samo to było nierealne, ale kiedy ukochany Jacek zbiera braci i jedzie rozprawić się z Maliniakami poprzez (tak, poważnie) uszkodzenie ich ciała, to już weszliśmy na wysoki poziom abstrakcji…

Wiem, że obie części mogą się podobać – są miłe, słodkie, opowiadają cudowną historyjkę. Ale może ja już jestem na to za stara, a może po prostu to nie dla mnie – w każdym razie, jeśli Ktoś z czytających zgadza się (mniej więcej) z moimi odczuciami, to może sobie darować obie książki, a na pewno Pensjonat.

Osaczona, Tess Geritssen

Zacznę od okładki – nie wiem dlaczego, ale niezwykle pasuje mi Genesis Karin Slaughter, (której jeszcze nie opisałam). Znacznie bardziej niż ta właściwa dla Genesis. Czy pasuje do Osaczonej? Nie wiem – przytoczone skojarzenie utkwiło mi tak mocno, że jakoś ciężko mi ją przypisać Osaczonej…

osaczonaGłówną bohaterką jest Miranda, pracownica lokalnej gazety. A właściwie była pracownica. Złożyła wypowiedzenie kończąc romans ze swoim szefem. Sprawy się komplikują, bo Richard nie przyjmuje tego do wiadomości. Do momentu, gdy… ginie. I to w domu Mirandy.

Początek jest dość przewidywalny, ale trzeba przyznać, że ciąg dalszy rozwija się dość dobrze. Są intrygi, szantaż, bohaterowie odkrywają nowe twarze. Jest też zarys romansu (na szczęście zarys, bo – jak podejrzewam – skupienie się przede wszystkim na tym wątku nie wpłynęłoby dobrze na akcję). Chase jest miły, męski i oczywiście wpada Mirandzie w oko, a ona jemu. Ale mimo to całość jest poniekąd mało realna i doklejona, tym bardziej, że Chase jest bratem zamordowanego kochanka, a Miranda nie wie, czy ma się czuć szczęśliwa, czy raczej winna. A może powinna wyjechać jak najdalej, uciec?

Plusem Osaczonej jest na pewno dobre podprowadzenie końcówki. Od połowy książki wydawało mi się, że wiem, kto jest winny, a mimo to na końcu dowiedziałam się, że się pomyliłam. Ale mimo to jest to chyba najsłabsza ze znanych mi książek Gerritsen. Za mało w niej thrillera, a za dużo romansu i rozważań…