W sieci umysłów, James Dashner

„W sieci umysłów” to pierwsza część kolejnej trylogii Jamesa Dashnera (Doktryna śmiertelności). Postawiłam tej książce wysoką poprzeczkę – podobał mi się „Więzień labiryntu” i oczekiwałam czegoś na podobnym poziomie, czegoś w miarę nowego, świata, który nie został opisany jeszcze w 20 innych książkach.

w-sieci-umyslowI, niestety, chyba ta poprzeczka powędrowała zbyt wysoko. Książkę czyta się nieźle, to prawda, napisana jest dość sprawnie, nie nudzi. Z jednej strony wierzymy, że główny bohater powinien przeżyć (wszak to początek trylogii), z drugiej – było kilka momentów, w których zastanawiałam się, czy na pewno w następnej książce nie dostaniemy nowej grupy dzieciaków… Ale równocześnie mam problem ze stworzonym światem. Wynika on z tego, że niemal nic o nim nie wiem o wykreowanej rzeczywistości. Informacje, jakie dostaje czytelnik ograniczają się do takich wiadomości jak:
– gry video stały się niezwykle popularne (acz w dużej mierze grają w nie młodzi, czyli pod tym względem niewiele się zmieniło),
– weszły na znacznie wyższy poziom – gra się leżąc w czymś w rodzaju trumny, z przypiętymi rurkami, które z jednej strony dbają, by wszystko, co dzieje się w grze, było realnie odczuwalne (ból, przyjemność), ale i dostarczają składników odżywczych,
– jedna z najpopularniejszych gier – VirtNet – ma wiele poziomów, a pewnego rodzaju świętym graalem jest Głębia życia, do której dostać się jest bardzo ciężko (gracze muszą najpierw zebrać wiele punktów i wykazać się wysokiej klasy umiejętnościami, także w zakresach społecznych),
– gracze mogą hackować grę po prostu myślami wchodząc w kod i zmieniając go (wiemy tylko, że do tego siadają i zamykają oczy i… po prostu zmieniają kod).

I na dobrą sprawę to wszystko. Michael, główny bohater, chodzi do szkoły i nawet chyba ją lubi, choć nie ma tam żadnych przyjaciół i nawet przez 2 strony nie dowiadujemy się o szkole nic, kompletnie. Poznajemy jego dwóch przyjaciół, których nawet on sam zna tylko w grze. Ale o nich także nie wiemy za wiele, poza tym, że prawdopodobnie mają ok. 16 lat i są niezłymi programistami… (Standardowo, jak chyba w niemal każdej YA ostatnich lat jest trójka nastolatków, dwóch chłopców i dziewczyna; natomiast podobnie jak w Więźniu – w pierwszej części wątek romansowy jest tak słabiutki, że możemy przyjąć, że go nie ma).

„W sieci umysłów” ze zwykłej gry szybko staje się misją śledczo-wojenną. W VirtNecie zaczął rządzić gracz o imieniu Kaine (myślę, że skojarzenie z biblijnym bratem jest zamierzone), który więzi i niszczy innych graczy. Co więcej – niszczy ich nie tylko w grze, ale także w realnej rzeczywistości, co dotąd nigdy nie miało miejsca i wydawało się niemożliwe… Zadaniem nastolatków jest znalezienie drogi do kryjówki Kaine’a, co nie jest ani łatwe, ani bezpieczne. Na dodatek dość szybko dowiadują się, że mogą zginąć zarówno w grze, jak i w realu…

W trakcie czytania książki stawiałam sobie pytanie dlaczego instytucja zarządzająca grą zleca tak niebezpieczne zadanie nastolatkom? (plus dla Dashnera – bohaterowie też stawiają sobie to pytanie) Dlaczego mogą ich śledzić, ale nie zamierzają ingerować do samego końca? Dlaczego – mając władzę nad kodem – nie mogą sami sobie poradzić? I kiedy Dashner czytał/oglądał ostatnio Igrzyska? 😉 (Zimowa arena, a potem arena w formie zegara sprawiły, że nie mogłam sobie odmówić tego pytania ;))

Na pewno wiem jedno – warto dotrwać do zakończenia. Wreszcie poczułam się jak podczas czytania „Prób ognia”, gdzie co kilkadziesiąt stron miałam opad szczęki przez zwroty akcji. Po drodze rozpatrywałam co najmniej kilka rozwiązań, ale to ostateczne mnie zaskoczyło. I przyznaję – odpowiedziało na kilka pytań, które pojawiły mi się w trakcie książki, ale na pewno nie na wszystkie. Natomiast zakończenie sprawia, że wpisuję sobie następną część na listę, wierząc mocno, że to powrót do formy Dashnera 🙂

Reklamy

Przędza, Gennifer Albin

Przędzę podsunął mi… Amazon 😉 Po zakupie angielskich Igrzysk, pojawiła mi się na liście polecanych. Ściągnęłam próbkę, ale jakoś ciągle mi było nie po drodze. Wreszcie, po 2 lata (!) pomyślałam, że może warto zajrzeć. Próbka była całkiem przyzwoita, a na Goodreads z zaskoczeniem zobaczyłam, że jest także polska edycja (czy ktoś z Was słyszał wcześniej wiele o Przędzy?)

Albin_Przedza_mPrzędza to kolejna książka z trendu dystopia YA, jakich obecnie mnóstwo. Ale trzeba jej przyznać, że jest całkiem przyzwoita. Co prawda (niestety) nie oparła się schematowi, czyli główna bohaterka (tak, oczywiście – ona) ma lat 16 i niemal od początku wiadomo, że będzie źródłem buntu (co prawda w niemałym stopniu przyczyniają się do tego rodzice, ale wiele leży w jej charakterze i niewyparzonym języku). Obok niej są oni dwaj – dwóch młodych mężczyzn, niezbyt się lubiących, choć mających pewne wspólne cechy. A dla wielbicieli Igrzysk jest nawet młodsza siostra i kuzyn Ceasera…

Na szczęście Przędza zawiera także kilka nowych aspektów. Przede wszyskim świat, czyli Arras – wszystko jest przewidywalne, nadawane w „Strumieniu” (programie telewizyjnym). Ludzie są z góry uprzedzani jaka będzie pogoda, o której będzie burza, czy deszcz, kiedy urodzi się dziecko, kiedy przyjdzie przydział jedzenia, czy kosmetyków. Adelice (główna bohaterka) jest utalentowaną Kądzielniczką (Tkaczką), która widzi nici czasu i materii nawet bez krosna. Teoretycznie powinna się cieszyć, bo Prządki są w jej kraju darzone estymą i szacunkiem, ale – słuchając rodziców – trenuje się w maskowaniu swojego talentu. Jej zadaniem jest ukrycie go na egzaminach. Marzy o tym, by oblać je, a potem żyć w swoim mieście, licząc na przydział do zawodu nauczycieli i spokojne zamążpójście w wieku 18 lat. Mimo lat nauki nie udaje jej się to i dzień później zostaje zabrana do Zakonu (nie zdradzę Wam co temu towarzyszy). Jako Kądzielniczka ma do dyspozycji piękne suknie, kosmetyki, służbę. Ale też nie wolno jej założyć rodziny, ani zakochać się. Ma być całkowicie podporządkowana rozkazom Gildii. Jeśli dostaje przydział pogodowy – ma wplatać odpowiednią pogodę w konkretne obszary kraju. Jeśli jest odpowiedzialna za jedzenie – dostarcza rolnikom ziarno, a potem plony przeplata do miast, by ludzie mieli co jeść. Ale może też być odpowiedzialna za śmierć. I to też ma wykonać bez pytań i wątpliwości. Bezsporna lojalność, albo sprucie.

Kolejną ciekawostką jest kwestia, że Adelice nie jest (jak bywa w większości) wcale pierwszą, która myśli o buncie, ani pierwszą, która robi krok naprzód. Praktycznie trafia w sam środek intryg, walki o władzę i przywództwo, a także niemałej zazdrości, także o mężczyzn. W jej przypadku wyjątkiem jest to, że jest pierwszą tak utalentowaną, ale czy to wystarczy?…

Przyznaję, że jestem ciekawa ciągu dalszego i zastanawiam się czemu wydawnictwo nie wydało kolejnych części. Trzeba będzie się zebrać i sięgnąć jednak po angielskie wersje…

Łza, Lauren Kate

Łza jest moim pierwszym spotkaniem z Lauren Kate. I nie ukrywam, że nie wiem, czy nie ostatnim.

lzaMożliwe, że miałam zbyt duże oczekiwania wobec tej książki. Słyszałam o niej wiele dobrego i oczekiwałam kawałka dobrej literatury YA. Nie wybitnej, ale dobrej. A dostałam… No właśnie – dostałam powolną opowieść o dziewczynie w niemałym stopniu skupionej na sobie, nie do końca logicznej, nie do końca ogarniętej. Z jednej strony trudno tego nie zrozumieć – w końcu niedawno straciła matkę i wciąż nie może się pozbierać (mam wątpliwości czy chce, choć nisamowicie kocha rodzeństwo). Po pewnym czasie dostaje spadek i znów obserwujemy jakby dwie nastolatki – jedna zapamiętale próbuje rozszyfrować księgę, druga zajmuje się medalionem – czyli nosi go, ale nawet nie próbuje naprawić i otworzyć.

Generalnie całość życia Eureki jest stosunkowo niespójna. Ukochana matka, która była cudem w życiu dziewczynki, była równocześnie osobą, która zabroniła jej płakać, a za uronioną łzę – policzkowała dziecko. Jakoś kłóci mi się to mocno ze sobą. Niby córkę chroniła, ale nigdy nie opowiedziała jej o noszonym dziedzictwie, czym wprost naraziła ją na śmierć. I nie tylko ją…

W moim odczuciu to niestety kolejna książka ze zmarnowanym potencjałem. Pomysł na Córkę Łez, która może kiedyś wydostać na powierzchnię Atlantydę, był naprawdę ciekawy. Jednak jego rozwinięcie wygląda tak, jakby przerósł samą Autorkę. Najmocniejszym punktem jest chyba Prolog, acz  jest równocześnie jednym z większych spoilerów tej książki. Myślę, że otulenie tajemnicą śmierci matki Eureki, pokazanie Tragarzy Ziarna znacznie później, pozwoliłoby na snucie domysłów, na szukanie kto i dlaczego. Niestety – zamiast domysłów to akurat dostaliśmy na tacy…

Oczywiście standardowo w obecnej fali YA obok nastoletniej Eureki mamy dwóch chłopców – Andera i Brooksa. Ten pierwszy jest nowy w jej życiu, niezwykle tajemniczy, ten drugi – to przyjaciel od lat (to w sumie też znany schemat). Niemal można byłoby zakładać się w jaką stronę całość się potoczy i praktycznie tak się dzieje. Co prawda Brooks szykuje pewną niespodziankę, ale w Łzie mimo wszystko niewiele się o tym dowiadujemy. Podobnie jak i o mocach siostry Eureki, które są mocno zasygnalizowane, ale nie wyjaśnione.

Podejrzewam, że gdyby Łza wpadła mi w ręce 20 lat i 25 książek YA temu, mogłabym ją ocenić wyżej. Ale dziś… Szczerze – jest wiele lepszych, a sama ciekawa koncepcja to dla mnie już za mało 😦

Co się stało z moją siostrą, Elizabeth Flock

Mimo, że od przeczytania książki „Emma i ja” minęło już blisko 6 lat, wciąż mam ją w głowie. Nadal siedzi we mnie scena przykucia dziecka łańcuchem w formie kary przez okrutnego ojczyma przy braku reakcji matki – tego chyba nie da się zapomnieć…

co_sie_stalo_z_moja_siostraJednak zakończenie tamtej książki sprawiło, że nie przyszło mi do głowy, że można napisać do niej ciąg dalszy. Dlatego wypuszczenie na rynek „Co się stało z moją siostrą” z dopiskiem, że jest to kontynuacja, było dla mnie dużym zaskoczeniem.

Mamy wrażenie, że Siostra zaczyna się niemal w tej samej chwili, w której zakończyła się Emma i ja, natomiast po kilku kartkach dojdziemy do tego, że prawdopodobnie minęło kilka tygodni, może miesięcy nawet.

Jeśli na zakończenie Emmy odetchnęliście z ulgą (po otrząśnięciu się z szoku, jaki przyniosło zakończenie), to bardzo się pomyliliście. Szybko okazuje się, że matka Carrie wcale nie była okrutna i nie zaniedbywała dziecka tylko i wyłącznie pod wpływem Richarda (ojczyma). Ona… po prostu taka jest – uzależniona od alkoholu, nie potrafiąca pracować, obwiniająca Carrie o całe zło w jej życiu, a na dodatek chyba chora psychicznie (bo alkohol mimo wszystko nie tłumaczy wszystkich jej działań, szczególnie tych podejmowanych na trzeźwo).

Przeraża już początek – zaznaczenie, że to pamiętnik Carrie i skoro go czytamy, to ona pewnie nie żyje. A potem ponownie wchodzimy w świat dziecka, które wierzy, że ma obowiązek chronić matkę, która je krzywdzi na każdym kroku. Dziecka, które z braku jedzienia (bo dla matki liczy się tylko to, czy ma whisky na wieczór) nurkuje w kontenerach na śmieci, a gdy nie udaje się jej tam nic znaleźć – je papier z katalogów wysyłkowych zabieranych z recepcji obskurnego motelu, w którym mieszka. Aby papier był zjadliwy – doprawia go keczupem kradzionym z pobliskiego baru. Dziecka, które sprząta po matce. Dziecka, które maluje matce markerem buty, by wyglądały na w miarę zadbane, a w zamian najczęściej dostaje ciosy, kopniaki i ciągłą groźbę, że zostanie zamknięta w wariatkowie dla dzieci…

Obok Carrie mamy jeszcze jedną bohaterkę – Honor. To z kolei dorosła osoba, matka, która straciła córkę w wieku Carrie (rak), a teraz – z młodszą – mieszka u swej matki, usiłując spłacić rachunki za leczenie zmarłego dziecka i wyjść na prostą.

Oczywiście w którymś momencie musiało nastąpić spotkanie Honor i Carrie – w barze Wendy’s. Od tego momentu Carrie przynajmniej przez większość dni nie chodzi przeraźliwie głodna, ma przyjaciółkę, poznaje świat normalnych dzieci, choć dla niej to raczej jakaś bajka, której istnienia nie podejrzewała. Wraz z tym zaczynają znikać nieprzekraczalne dotąd granice dostępu do informacji. Cricket (młodsza córka Honor) to dziecko swoich czasów – obyte z komputerem, Google i szukaniem informacji. Dzięki temu powoli na jaw wychodzą kolejne tajemnice. Te, które Carrie znała, te, których istnienie podejrzewała, i te, które nigdy nie przyszły jej na myśl…

„Co się stało z moją siostrą” przeraża i rusza, choć mniej niż Emma. Nadal widzimy jak łatwo jest przymykać oczy na przemoc wobec dzieci, jak łatwo jest zostawiać ich samych sobie. Kierownik motelu co dzień widział, że Carrie grzebie w śmietniku, a jej matka wieczorem, czy nocą nie przynosi zakupów, tylko alkohol. Mimo to nic z tym nie robił, dając tym samym przyzwolenie na taką sytuację. Nawet Honor zadziwiająco łatwo przyjmuje do wiadomości, że to zaniedbane, niedożywione dziecko, z licznymi bliznami, ma śliwkę na oku, bo dostała piłką podczas zabawy z sąsiadem w motelu. Jak łatwo jest odwrócić głowę i samemu sobie tłumaczyć, że to się zdarza, że po co się wtrącać, że to nic nie da.

Miałam wobec tej książki bardzo wysokie oczekiwania i troszkę się zawiodłam. Szczególnie zakończeniem – ostatnie 2-3 rozdziały są pisane na szybko – jakby już trzeba było zrobić finał. Finał, który właściwie jest przewidywalny – i tego mi chyba właśnie brakło. Emma na koniec zapewniła mi opad szczęki, a Siostra jest taka wygładzona. Ale mimo to – warto sięgnąć. Choćby po to, by dowiedzieć się ile informacji, które znaliśmy z Emmy wcale nie znalazły potwierdzenia w rzeczywistości…

PS Chwała wydawnictwu (Świat Książki) za zmianę okładki. Amerykańskie miały zdjęcie dziewczynki z długimi włosami, na dodatek blondynki, podczas gdy w książce Carrie wyraźnie mówi w pewnym momencie, że jej włosy są popielate i że chciałaby mieć długie, jak Cricket. Niby drobiazg, ale robi wielką różnicę, gdy widać, że komuś chciało się przyłożyć 🙂

Cudowne tu i teraz, Tim Tharp

O filmie Cudowne tu i teraz dowiedziałam się kilka miesięcy temu, gdy poleciła mi go moja Przyjaciółka. Trochę mi było jakoś nie po drodze z nim wciąż i z zaskoczeniem kilka tygodni temu zobaczyłam, że jest książka. Film już czekał nagrany (jest nadawany na HBO obecnie), a ja – zgodnie z zasadą, której staram się trzymać – sięgnęłam najpierw po książkę.

Cudowne_tu_i_terazZnając powieści Johna Greena jestem trochę zaskoczona, że Cudowne minęło właściwie bez echa. To książka o młodzieży, dla młodzieży, poruszająca ich problemy, pisana dość lekkim językiem. Nie wiem – może brakło mocnej reklamy (bo i film chyba nie trafił do kin), może mimo wszystko sama postać głównego bohatera nie do końca zaskoczyła…

No właśnie – u Greena bohaterowie są raczej pozytywni, bez problemu się z nimi identyfikujemy, (a na pewno męscy bohaterowie), natomiast Sutter… Sutter jest raczej specyficzny. Podejrzewam, że niewielu czytelników przyzna się otwarcie, że się z nim identyfikuje. To przystojniak, szkolny błazen, trochę wagarowicz, niewątpliwie imprezowicz. Gość znany także z tego, że łatwo zmienia dziewczyny i nie jest zbyt wstrzemięźliwy w kontaktach z nimi. A to nie koniec – Sutter jest uzależniony od alkoholu (pije od rana, pije w pracy, którą zresztą z tego powodu traci, choć jest stosunkowo dobrym sprzedawcą, pije w domu i w drodze do szkoły i na studniówkę, a także w jej trakcie), choć – jak chyba większość alkoholików – oczywiście się do tego nie przyznaje, nawet sam przed sobą.

Z czasem dowiadujemy się o skomplikowanej sytuacji Suttera (rozbita rodzina, żal o to do matki, do ojczyma, brak bliższego kontaktu z siostrą), co może tłumaczyć jego pozę na bycie wyluzowanym. I chyba ta poza sprawia, że tak naprawdę ta dusza towarzystwa nie do końca jest wszędzie pożądana.

Teoretycznie wszystko się zmienia, gdy Sutter poznaje Aimee. Aimee to drugi biegun – szara myszka, kujonka, która ciężko pracuje i w niemałym stopniu utrzymuje rodzinę, która jej nie szanuje i raczej przyjmuje za normalny stan, w którym Aimee jest wsparciem i służącą. Pozornie nie mają szans, ale w praktyce jestem w stanie uwierzyć, że potoczyłoby się to dokładnie w tę stronę, w którą idzie w książce. Sutter początkowo spotyka się z nią, żeby było miło, potem oboje zaczynają się angażować.

W tym momencie zaczyna się silny rozdźwięk między moimi odczuciami, a kilkoma recenzjami, które dane mi było czytać. Nie uważam, że Aimee jest mocną postacią, że jest narysowana silną kreską, że się wyróżnia. Jestem także przekonana, że Aimee się zakochała w Sutterze i on w niej raczej też, ale trudno tu mówić o głębokiej miłości, o niesamowitej zmianie obojga. To, co łączy tę dwójkę, to nastoletnie zakochanie, przy równoczesnym wypełnieniu braków uczuć ze strony rodziny (zarówno po stronie Suttera, jak i Aimee). Oczywiście każde z nich zyskuje sporo w tym związku (choćby przez wejście w nowe dla siebie środowisko i spojrzenie na świat pod innym kątem), ale i niemało traci (szczególnie Aimee). Trudno mi oceniać czy wychodzi na zero, czy niekoniecznie – myślę, że każdy czytając te książkę, musi zrobić to sam.

Książka ma swoje plusy i swoje minusy. Niewątpliwie do nich należy wcale niełatwy temat alkoholizmu nastolatków, pokazany z punktu widzenia uzależnionego. Muszę przyznać, że wyszło to całkiem nieźle, choć może szkoda, że bardzo szybko zyskujemy pewność, że chłopak już jest alkoholikiem (pije niemal cały czas, więc ciężko mieć wątpliwości – i to akurat jest mocny minus).
Kolejną kwestią na plus jest nieoczywiste zakończenie i raczej nie takie, którego się spodziewacie. Minusem jest to, że jest tak dalece nieoczywiste, że poczułam się bardzo rozczarowana.
Plusem jest język, minusem – rozciągnięcie niektórych aspektów, co sprawia, że stają bardzo przewidywalne.

Czy warto przeczytać? Od razu uprzedzam – to nie jest Green, więc trzeba podejść do Cudownego tu i teraz z pełną tego świadomością. Niemniej – zacznijcie. Jeśli w okolicach 50-60 strony dojdziecie do wniosku, że Was nie wciąga, a bohater Was irytuje – to mówię otwarcie, że to się raczej nie zmieni. Jeśli Sutter – mimo swojej pozy i alkoholizmu – sprawi, że będziecie ciekawi jak daleko się posunie (on i autor) – dokończycie niewątpliwie i bez mojej zachęty 😉

 Cudowne tu i teraz wpisało mi się także w wyzwanie „Grunt to okładka” pod hasłem „Ekranizacje”

Zemsta ubiera się u Prady, Lauren Weisberger

Jakimś cudem nie opisałam czytanego wiele lat temu Diabła (Diabeł ubiera się u Prady), czyli części, której Zemsta jest kontynuacją. Diabeł był zabawy i przerażający równocześnie. Z Andy identyfikowałam się mocno, tym bardziej, że mój ówczesny szef miał wiele zagrywek Szefowej z Diabła, włącznie z mocno ograniczonym poczuciem empatii. Andy miała cel, zagryzała zęby, szła do przodu. W końcu nie wytrzymała i odeszła. Książkę czytało się lekko i przyjemnie, a po zakończeniu chciało się więcej. Dlatego bardzo się ucieszyłam, gdy w ręce wpadła mi Zemsta.

zemsta ubiera się u pradyZemsta zaczyna się kilka lat później (bodaj 10). Andy w międzyczasie pracowała m.in. w blogu ślubnym, aż – wspólnie z drugą asystentką Mirandy (szefowej), czyli Emily, zakłada ekskluzywne pismo ślubne Plunge. Oczywiście z pismem układa się rewelacyjnie, bez większych problemów znajdują inwestorów, w ciągu 4 lat ich tytuł staje się jednym z ważniejszych w tej branży na rynku. Bajka po prostu, ale cóż – kochamy bajki, więc czemu nie.

Tylko Zemsta obnaża niestety braki bohaterek Diabła. I to bardzo silnie. Diabła zdominowała despotyczna, wręcz sadystyczna Miranda, zostawiając swoje pracownice w głębokim cieniu. Dzięki temu – obroniły się. Niestety, wysunięcie ich na pierwszy plan pokazało wszystko. Kompletny brak wyrazistości Andy, która po 10 latach nadal żyje strachem przed Mirandą. Strachem bardzo głębokim, który stanowczo powinna leczyć i który jakoś ogranicza ją w życiu, w pracy, ale jakoś nie ogranicza, co jest po prostu niekonsekwencją. Generalnie na 460 stronach przez większość czytamy albo o strachu Andy przed Mirandą, albo o rozterkach związanych z Maxem, obecnym mężem. I to niemal wszystko – na tym zbudowana jest cała książka. Czasem pojawia się nam jeszcze Emily, która wcale nie zmieniła się od czasów pracy u Mirandy i za nic nie umiem zrozumieć podstaw tej „przyjaźni” pomiędzy nią, a Andy. Czyli generalnie Emily jest nadal wyniosła, skoncentrowana na sobie i uwielbiająca swą byłą szefową.

Co jakiś czas w tle pojawia się ciekawsza postać (m.in. aktorki wychodzącej za mąż), ale to raczej migawka, która gaśnie równie szybko, jak się pojawia. Całej książce brakuje pomysłu na rozwój – treści, postaci, jakiegokolwiek ciągu dalszego. Gdyby to zamknąć w 200 stronach, może byłoby strawniej, ale przy blisko 500 jest nuda, którą skończyłam tylko dlatego, żeby nie odkładać, a zobaczyć jak daleko Andy stoczy się w swoim strachu (nie, nie ma samobójstw, ani nic takiego, to po prostu przerażona dziewczynka, która boi się wezwania do dyrektorki szkoły, a każdego, kto przechodzi to samo, co ona, chce przytulać i pocieszać. Tak cały czas)…

Pisząc krótko – niestety, nie warto. To najsłabsza książka Lauren Weisberger, jaką miałam okazję przeczytać i jedna ze słabszych czytanych przez ostatnie 2-3 lata.

Starter, Lissa Price

StarterStarter Lissy Price od kilku dni reklamował mi się na Facebooku. Bardzo futurystyczna srebrzysto-biała okładka z białą dziewczyną o niezwykle intensywnie niebieskich oczach (potem dopiero zobaczyłam, że jedno oko jest niebieskie, a drugie brązowe, ale to dopiero później). I ta reklama, jakich nie brak – „pokochają ją fani Igrzysk Śmierci” (muszę chyba zrobić podsumowanie wszystkich książek promowanych w ten sposób). Okładka kusiła i Starter trafił na moją listę, a kilka dni temu pojawił się na Legimi i sięgnęłam 🙂

To kolejna postapokaliptyczna książka dla młodzieży (YA). Wojna bakteriologiczna wyniszczyła Stany bardzo mocno. Ponieważ z badań wynikało, że najmniej odporne na rozsiewane zarazki są dzieci i nastolatki oraz osoby starsze, te pokolenia zaszczepiono. Skutkiem tego oni przeżyli, a a wszyscy pomiędzy 20, a 60 rokiem życia – zmarli. Mamy w ten sposób świat starców (ludzie dożywają bardzo sędziwego wieku, nawet 120-150, a nawet 200 lat) i grupę młodych. Biorąc pod uwagę rozpiętość wiekową seniorów, łatwo się domyślić, że zdominowali oni świat zupełnie, a obawiając się, że młodzi odbiorą im pracę, pozbawili ich wszelkich praw. Osoby poniżej 19 roku życia – jeśli nie mają dziadków – są banitami. Wyjęci spod prawa nie mają najczęściej gdzie mieszkać (zajmują kolejne pustostany), żywią się resztkami z kubłów (bo nie mają pieniędzy), nie mają nawet za bardzo prawa do leczenia. Są jakby gatunkiem podludzi. Co prawda państwo zapewnia im opiekę w specjalnych ośrodkach, ale ich sława szybko sprawia, że dzieciaki robią wszystko, by tam nie trafić. Bo ośrodki to zamknięte zakłady, w których istnieje przymus ciężkiej darmowej pracy za odrobinę kiepskiego jedzenia. Niewielu dożywa 19 lat, by wyjść na wolność…

Dzieckiem bez domu jest też 16-letnia (ten wiek ma w sobie jakąś magię, prawie każdy autor postapokaliptycznych powieści daje swoim bohaterom 16 lat, z czego większość to biedne dziewczyny…). Wojna zabrała jej wszystko – dom, rodziców, normalne życie. Teraz próbuje na powierzchni utrzymać siebie i swojego młodszego chorego brata. W tej sytuacji wszystko wydaje się beznadziejne do momentu, gdy współspacz mówi jej o Prime Destinations, o… banku ciał. Seniorzy (Endersi) żyją długo, często ich umysły są sprawne, ale ciała już nie pozwalają im na większą aktywność. Technologia pozwoliła na proceder, który już sam w sobie jest nieetyczny – na wypożyczanie im ciał młodych, nastolatków. Za sumę, jaką Callie dostała w kontrakcie będzie mogła utrzymać bez problemu siebie i brata przez wiele miesięcy, może lat. A po negocjacjach – nawet będzie mogła kupić dom… Miały jej to zapewnić trzy wypożyczenia ciała. Pierwsze dwa przebiegły bez problemu, choć po drugim na jej ciele pojawiła się rana. Ale trzecie, miesięczne, okazało się być znacznie bardziej skomplikowane.

Startera czyta się bardzo szybko (400 stron mignęło mi w 1 dzień) i od pewnego momentu jest prawie przewidywalna. Prawie, bo nagle, gdy pozornie wszystko jest rozwiązane, Autorka wprowadziła zwrot, na który nie wpadłam. Rozważałam kilka opcji, ale nie tę 😉 (to oczywiście na plus). Callie, o której wiemy najwięcej, jest zwykłą dziewczyną, którą da się lubić. Jest moim zdaniem mniej wyrazista od Katniss z Igrzysk, Tris z Niezgodnej, czy June z Legendy. Tamte miały od początku rys bohaterek, Callie ma tylko determinację zarobienia pieniędzy i decyduje się na taki zarobek, jaki jest w jej zasięgu. Nie ma możliwości przewidzieć w jaką stronę popchnie ją ta decyzja. A później – musi ratować życie swoje i brata. Brak mi trochę mocniejszych rysów pozostałych bohaterów – są różni, co bardzo mnie cieszy, bo wiele książek skupia się w tym wypadku na schemacie ona jedna, ich dwóch, a reszta to tło bez znaczenia. Tu postaci jest więcej, bo oprócz Michaela (który właściwie nie do końca jest nawet w trójkącie – niby jest, ale nie do końca) i Blake’a (który w praktyce też nie zaistniał w związku) są także m.in. Helen i Lauren (szczególnie chętnie dowiedziałabym się o Helen, czyli renterce Callie), pracownicy PD, inni renterzy, dzieciaki i są one naprawdę zróżnicowane. Czytając dialogi można wyłapać pewne zmiany w sposobach mówienia, opisane są także przyzwyczajenia niektórych osób, co wpływa na dynamikę całości.

Nie zgodzę się z porównaniem do Igrzysk – to kompletnie inna książka. Natomiast nasunęło mi się porównanie z dwiema innymi – Intruzem (zajmowanie ciał) i Betą (klonowanie osób, które zmarły, choć ostatecznie okazuje się, że sytuacja jest troszkę bardziej zaskakująca). I chyba wielbicielom Bety podsunęłabym jako pierwszym Startera – zbliżona atmosfera, choć koncept trochę inny.

Czy przeczytam Enderów? Myślę, że tak – mimo, że nie jest to seria, która powala na kolana i na pewno nie jest to fanastyka na bardzo wysokim poziomie, to dobrze się ją czyta i jestem ciekawa co wymyślił Stary Człowiek, a także jak daleko będzie musiała się posunąć Callie, żeby uratować siebie, Michaela, Trevora, a może nawet Blake’a.

Zastanawiam się też jaką okładkę dobierze Wydawnictwo Albatros do Enderów (Google pokazuje kilkanaście różnych i mówiąc szczerze ta amerykańska nie bardzo mi się podoba). Mam nadzieję, że też białą, dobraną do Startera 🙂

I kolejna „cegiełka” do Wyzwania Pod Hasłem „Cegła 400+” (jak patrzę, to większość chyba mi ostatnio dobija do 400, 450, 500 ;))