Kieszenie przeszłości, Aneta Rzepka

Z książkami Anety Rzepki jakoś wcześniej się nie zetknęłam, Kieszenie przeszłości były pierwsze, ale lubię poznawać nowych autorów, więc czemu nie 🙂

kieszenie_przeszlosciOpowieść jest splątanymi losami dwóch kobiet – Oli i Kornelii. Pierwsza to dość bogata dziewczyna, która studiuje ekonomię i… jest prezesem rodzinnej firmy, (w tej roli odnajduje się raczej umiarkowanie, co widać już w początkowych rozdziałach). Kornelia jest maturzystką, sierotą mieszkającą z dziadkami, uwikłaną w związek z chłopakiem, który myśli tylko o sobie, a swoją dziewczynę traktuje raczej jak ozdobę, którą w razie nieposłuszeństwa należy pięścią przywrócić do pionu.

Przyznaję, że początek mnie nie wciągał. Ale postanowiłam poczekać jeszcze chwilę i jeszcze kilka stron przeczytać, a z czasem akcja zaczęła się rozwijać, a ja dotarłam do końca. Założenie jest całkiem ciekawe – obie dziewczyny, choć na zewnątrz nie rzuca się to w oczy, są mocno skrzywdzone przez los. I to akurat stało się mocnym atutem książki – szczególnie historia Oli jest odkrywana dość stopniowo, co sprawia, że nasza ocena tej osoby też ma szansę dojrzewać i zmieniać się, przy okazji tworząc złudzenie, jakbyśmy bohaterkę realnie poznawali. Z Kornelią ten zabieg nie zadziałał (o ile był w planie), ponieważ od początku jest nam jej po prostu żal.

Trochę żałuję, że w książce brakuje normalnych postaci – takich, które nie mają totalnie splątanej przeszłości, nie niosą bagażu rodziców, itd. Kolejne, które pojawiają się w różnych momentach opowieści, wcześniej lub później zaczynają opowiadać o swoich traumach z dzieciństwa, przeżyciach, obciążeniach. Był taki moment, że poczułam się tym zmęczona i szukałam tam choć jednego człowieka, który miał szczęśliwe, albo choć normalne dzieciństwo. Ale ciężko w Kieszeniach przeszłości o niego lub nią, niestety.

Niestety, autorka nie ustrzegła się nielogiczności i braków. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to działanie Kornelii po stracie torebki – siadła do komputera, by zarobić na… nową kartę miejską. Jako osoba jeżdżąca od lat na kartach, wiem, że nie miała takiej potrzeby – wystarczyło iść do odpowiedniego punktu i za niewielką opłatą (pewnie 5-10 zł) wyrobić nową (oczywiście rozumiem, że w torebce mogły być wszystkie jej pieniądze, ale nadal raczej myślałaby o tym, na co potrzebuje większą kwotę).

Ola, po przejściach, praktycznie uciekając z domu przed ojcem, bez rzeczy, przemarznięta, myje twarz w domu swojego chłopaka. Jest zmęczona, przerażona, ale… pamięta o nawilżeniu twarzy kremem, który ma w kosmetyczce. Jakoś w tym stanie chyba nawilżanie twarzy byłaby na dość odległym miejscu wśród moich priorytetów…

Kolejna sprawa, to myśli i odczucia męskich przedstawicieli – oczy Kornelii fascynują Marcina, pociągają, magnetyzują (i analizuje to). Jestem w stanie uwierzyć w takie myśli u nastolatki, kobiety, ale raczej nie u dorosłego faceta po przejściach. Takich fragmentów jest wiele – myślę, że dobrze byłoby kolejną książkę oddać w ręce redaktora mężczyzny z prośbą o zaopiniowanie także od takiej strony.

Następne – mieszanka narratorów (miałam takie momenty, że musiałam się cofnąć, by dojść do tego, kto teraz prowadzi narrację (raz trzecia osoba, raz pierwsza, czasem wymiennie). Drażniące też były przeskoki bez wyjaśnień, jak w przypadku wizyty Oli w szpitalu. Przez wiele stron najpierw nie znałam upływu czasu, potem znalałam i wiedziałam tylko, że była w szpitalu, żeby wreszcie – niemal mimochodem – wyjaśniło się dlaczego. Problem w tym, że ta tajemnica (w kontekście krycia tego przed czytelnikiem) nie miała uzasadnienia w akcji.

Zastanawiam się jak ocenić Kieszenie przeszłości. Z jednej strony zamysł jest bardzo ciekawy i dobrze, że kwestię przemocy w domu, braku akceptacji dla niezamężnej matki, czy wreszcie oczekiwanie, że „dzieci zapłacą za grzechy ojców” nie jest zbyt częste i chętnie poruszane. Poza tym osadzenie wydarzeń na zasadzie „tu i teraz” też ma swoje plusy. I gdyby nie braki logiczne i nastoletnie wręcz podejście do uczuć byłaby to prawdopodobnie jedna z mocniejszych pozycji tego roku. Może drugie, albo trzecie wydanie doczeka się poważnych zmian redakcyjnych, stając się bardzo silną pozycją?

Za egzemplarz recenzencki dziękuję oficynie wydawniczej RW2010.

Reklamy

Malfetto. Mroczne piętno, Marie Lu

Marie Lu poznałam (jako autorkę :)) w ubiegłym roku (mniej więcej w tym samym czasie, na urlopie, wpadła mi w ręce pierwsza część trylogii Legenda – Wybraniec. Nie powiem, że się zakochałam, ale na pewno bardzo polubiłam. Wreszcie jakaś odmiana w fali dystopijnej fantastyki skierowanej do młodzieży i dorosłych – Day i June nie byli kolejnymi Katniss, a wprowadzenie dwójki równie silnych bohaterów, stojących początkowo przeciw sobie też znacznie zmieniło znaną dotychczas dynamikę.

malfettoZ tego względu nie mogłam sobie odmówić sięgnięcia po nową książkę Marie Lu – Malfetto. Mroczne piętno. Przenosimy się… w przeszłość – do renesansowych Włoch, choć w alternatywną rzeczywistość. Główna bohaterka to Adelina Amouteru, dziewczyna (jedna z wielu, a może raczej niewielu? sama nie wiem), która przeżyła dziwną epidemię kilka lat wcześniej. Choroba dopadała dzieci, czyniąc zmiany w ich organizmach. Zostawiała ślady na ciałach – blizny, zmiany kolorystyczne włosów, itp., ale i wewnątrz, dając im możliwość wpływania na rzeczywistość. Różną możliwość – niektórzy panowali nad ogniem, inni nad wiatrem, wodą, umysłami innych. Adelina straciła oko, jej włosy straciły barwę. Wiele lat nie miała pojęcia, że piętno w jej przypadku oznacza cokolwiek więcej. Dopóki nie uciekała przed okrutnym ojcem, który chciał ją sprzedać, póki nie sądziła, że musi zrobić wszystko, by uratować życie.

Adelina… Tak dużo chciałabym Wam o niej napisać, a tak wiele z tego będzie spoilerem, który popsuje Wam końcówkę… Generalnie Adelinę napędza strach – przede wszystkim ten, który sam odczuwa, ale z czasem uczy się sięgać po strach innych, tych, którzy ją otaczają (coś mi to przypomina, ale chwilowo nie umiem tego umiejscowić :(). Strach pozwala jej oszukiwać umysły innych. Tworzyć postacie i rzeczy, a także demony, które przerażają na śmierć niemal. Z czasem uczy się czegoś znacznie groźniejszego – uczy się oszukiwać umysł nie tylko w zakresie wzroku, ale też słuchu, smaku, a także odczuwania.

Oczywiście Adelina nie jest jedyną naznaczoną – takich jak ona, jest całkiem sporo. Ale równocześnie coraz mniej. Jak łatwo się domyślić -ludzie boją się Malfetto. Boją się, a więc odrzucają ich, pragną wyeliminować ich ze społeczeństwa. A sprzyja im w tym zakresie młoda królowa i jej mąż, którzy stanowią prawa przeciw napiętnowanym. Którzy sprawiają, że każdy ma właściwie obowiązek wydać Malfetto w ręce strażników, a jeśli tego nie zrobi – poniesie ciężką karę. Nie napiszę Wam o motywach, bo zbyt wiele wyjaśniłoby Wam to na początku książki, a odkrywanie niektórych powiązań, to jedna z przyjemności, jakie niesie ta książka…

Większość rozdziałów jest pisana z punktu widzenia Adeliny, ale nie wszystkie – część historii widzimy oczami Rafaella (to dla mnie też dość zagadkowa postać i mam nadzieję, że moje podejrzenia, co do jego chrakteru i decyzji potwierdzą się w kolejnych tomach, że słodki chłopiec nie jest taki do końca słodki), Enzo, czy Terena (ta postać bardzo dużo wyjaśnia, choć niewiele rozdziałów jest rozdziałów, w których jest narratorem). Dzięki takiemu zabiegowi (lubianemu zresztą przez Marie Lu – tak samo prowadzona była narracja w Legendzie) mamy okazję nie tylko dowiedzieć się więcej o otoczeniu i wydarzeniach, ale także poznać je od różnej strony, z różnym nastawieniem.

Jeśli znacie Mroczne umysły i sądziliście, że ta książka była mroczna, to uwierzcie mi – byliście w błędzie. Malfetto jest znacznie bardziej mroczne. I znacznie bardziej zaskakujące. Co najmniej 3 wydarzeń nie spodziewałam się zupełnie, choć pojawiały się drobne przesłanki. Ale są tak drobne, że chyba niewiele osób wpadnie na to, co zdarzy się na kilkadziesiąt, a potem kilkanaście stron przed końcem książki…

Przyznaję – już czekam na kolejną część. I aż mi żal, że angielska wersja pojawi się dopiero w październiku, bo gdyby nie to – pewnie już bym ją skończyła 😉

Na koniec – zerknijcie na pinterestową tablicę Marie Lu, gdzie przypina ona zdjęcia i obrazki, które kojarzą się jej z Malfetto – https://www.pinterest.com/mreefish/the-young-elites/

Córka zjadaczki grzechów, Melinda Salisbury

Nie do końca wiem, czego spodziewałam się po tej książce. Ciekawa okładka, wiele sugerujący opis przykuwały uwagę. Ale chyba jednak moja wyobraźnia podsunęła mi coś całkiem innego…

corkaZałożenie jest ciekawe. Społeczeństwo rządzone przez królową, której posunięć nie powstydziłaby się ta ze Śnieżki. Lordowie i dwórki mają myśleć jak ona lub giną, np. rozszarpywani przez psy. A ukaraną można być za rozmowę podczas śpiewu w trakcie uczty, za zbyt samodzielne zdanie, dopuszczenie do tego, by w królewskim ogrodzie pojawiły się dmuchawce, a nawet za… zajście w ciążę (królowa miała dwójkę dzieci, ale po stracie córki nie może zajść w kolejną). Państwo jest małe, a szalona (szybko dojdziecie do takiego wniosku) i okrutna królowa marzy o  powrocie Złotego Wieku, jaki jej królestwu wiele lat temu zapewnili jej dziadkowie.

Kolejny aspekt to wiara w wielu bogów i w materializację córki Pani Śmierci i Pana Życia. Stąd mamy główną bohaterkę, Daunen Wcieloną (czyli tę właśnie córkę – niezwykle tajemniczą, bo nawet legendy i podania niewiele o niej mówią). Tak naprawdę nie jest to jej prawdziwne imię (to realne to Twylla), ale jako uosobienie bogini w ten sposób jest nazywana. Straszne uosobienie,  bo jej dotyk rozdaje śmierć – szybką, ale nie bezbolesną.  17-letnia dziewczyna w ciągu kilku miesięcy z naiwnej nastolatki stała się katem,  który zabija gołymi rękami, poprzez lekki dotyk dłonią. Dokładnie – każdy kontakt z jej skórą przynosi śmierć w cìągu minuty. Odporni są tylko wybrani przez bogów, czyli król, królowa i ich syn, którego zaręczono z Daunen. Strach i wyrzuty sumienia towarzyszą jej na codzień i choć wie, że służy krajowi i królowej, trudno jej godzić się z samotnością, brakiem dotyku ludzi i zabijaniem.

Nie mam pojęcia po co w tym wszystkim tytułowa zjadaczka grzechów. Owszem, pobieżnie jest opisany rytuał pogrzebowy, na którym zjadaczka zasiada do uczty, a każdy pokarm symbolizuje grzechy zmarłego, aby je odkupić. Ale… poza wspomnieniem, że córka była przeznaczona, by iść w ślady matki (od dzieciństwa towarzyszyła jej w ceremonii, obserwując całość, by kiedyś przejąć tę zawód, a może raczej misję, która ociera się niemal o kapłaństwo) i że ciężko jej tknąć niektórych potraw, bo wie, że np. symbolizują grzech zdrady, nie ma to żadnego znaczenia, niczego nie wnosi. Czekałam nawet, że może będzie to jakoś powiązane z młodszą siostrą Twylli, (która musiała przejąć jej rolę spadkobiercy misji, gdy siostra odeszła do zamku), ale to także nie nastąpiło.

Całość jest – niestety – dość nudna. Piękna uciśniona nastolatka, szarpana wyrzutami sumienia (nie tylko ze względu na popełniane morderstwa, ale także względem swoich marzeń – chciała odejść z domu, chciała mieszkać w zamku, chciała stać się królową, ale nigdy nie przyszło jej do głowy, że będzie to wyglądać w taki sposób), zła królowa, która w imię dobra kraju i czystości krwi jest skłonna zrobić i poświęcić wszystko, wreszcie jej syn, który powoli przegląda na oczy. Problem w tym, że poza zabijaniem samym dotykiem – to wszystko już znamy, a autorce nie udało się wnieść nic nowego. Bohaterka jest skupiona na sobie do tego stopnia, że nawet dwa lata życia na pełnym intryg i niebezpieczeństw dworze, kompletnie niczego jej nie nauczyły. Intrygi zauważa czasem po kilku dniach, czasem po wielu tygodniach. Wie, że wszyscy się jej boją, że nie powinna nikomu ufać, a mimo to, gdy tylko pojawia się ktoś, kto obdarza ją uśmiechem, niemal wpada mu w ramiona (ok, rozumiem, że ma 17 lat, ale bez przesady – skoro nikomu nie ufam, to nikomu). Generalnie jest postacią, która myśli albo o sobie (o ja biedna, moja matka/inna zjadaczka będzie musiała zjeść wiele wron, bo jestem morderczynią, książę, który ma zostać moim mężem, nie zwraca na mnie uwagi, o, ja biedna, każą mi jeździć na polowania, itd.), albo zachowuje się kompletnie nieracjonalnie (ojej, królowa każe zabijać wszystkich, którzy jej nie słuchają, mnie wolno poruszać się tylko na linii zamek-wieża-świątynia, ale co tam – nowy strażnik, o którym nic nie wiem, wyciąga mnie gdzieś indziej, to idę – jak cielątko na rzeź).

Co więcej – kolejne legendy, które się pojawiają, są interpretacją znanych podań i baśni dla dzieci, brakuje czegoś nowego, co przynajmniej nie będzie tak powszechnie znane… Wciąż miałam wrażenie, że gdzieś tlił się jakiś nowy pomysł (stąd zjadaczka), ale został unicestwiony, albo nie pasował do reszty. Skutkiem tego powstała kolejna schematyczna bajka, która co prawda na samym końcu ma pewien, lekko zaskakujący zwrot, ale to za mało.

Samo zakończenie otwiera możliwość napisania kolejnego tomu. Acz ja na pewno go sobie daruję…

PS Właśnie na Goodreads znalazłam, że nie  kolejny, ale aż dwa kolejne. Kolejna trylogia…

PS2 Nie do końca zaplanowanie, ale Córka wpisała mi się idealnie w czerwcowe wyzwanie u Ejotka 🙂

Cudowne tu i teraz, Tim Tharp

O filmie Cudowne tu i teraz dowiedziałam się kilka miesięcy temu, gdy poleciła mi go moja Przyjaciółka. Trochę mi było jakoś nie po drodze z nim wciąż i z zaskoczeniem kilka tygodni temu zobaczyłam, że jest książka. Film już czekał nagrany (jest nadawany na HBO obecnie), a ja – zgodnie z zasadą, której staram się trzymać – sięgnęłam najpierw po książkę.

Cudowne_tu_i_terazZnając powieści Johna Greena jestem trochę zaskoczona, że Cudowne minęło właściwie bez echa. To książka o młodzieży, dla młodzieży, poruszająca ich problemy, pisana dość lekkim językiem. Nie wiem – może brakło mocnej reklamy (bo i film chyba nie trafił do kin), może mimo wszystko sama postać głównego bohatera nie do końca zaskoczyła…

No właśnie – u Greena bohaterowie są raczej pozytywni, bez problemu się z nimi identyfikujemy, (a na pewno męscy bohaterowie), natomiast Sutter… Sutter jest raczej specyficzny. Podejrzewam, że niewielu czytelników przyzna się otwarcie, że się z nim identyfikuje. To przystojniak, szkolny błazen, trochę wagarowicz, niewątpliwie imprezowicz. Gość znany także z tego, że łatwo zmienia dziewczyny i nie jest zbyt wstrzemięźliwy w kontaktach z nimi. A to nie koniec – Sutter jest uzależniony od alkoholu (pije od rana, pije w pracy, którą zresztą z tego powodu traci, choć jest stosunkowo dobrym sprzedawcą, pije w domu i w drodze do szkoły i na studniówkę, a także w jej trakcie), choć – jak chyba większość alkoholików – oczywiście się do tego nie przyznaje, nawet sam przed sobą.

Z czasem dowiadujemy się o skomplikowanej sytuacji Suttera (rozbita rodzina, żal o to do matki, do ojczyma, brak bliższego kontaktu z siostrą), co może tłumaczyć jego pozę na bycie wyluzowanym. I chyba ta poza sprawia, że tak naprawdę ta dusza towarzystwa nie do końca jest wszędzie pożądana.

Teoretycznie wszystko się zmienia, gdy Sutter poznaje Aimee. Aimee to drugi biegun – szara myszka, kujonka, która ciężko pracuje i w niemałym stopniu utrzymuje rodzinę, która jej nie szanuje i raczej przyjmuje za normalny stan, w którym Aimee jest wsparciem i służącą. Pozornie nie mają szans, ale w praktyce jestem w stanie uwierzyć, że potoczyłoby się to dokładnie w tę stronę, w którą idzie w książce. Sutter początkowo spotyka się z nią, żeby było miło, potem oboje zaczynają się angażować.

W tym momencie zaczyna się silny rozdźwięk między moimi odczuciami, a kilkoma recenzjami, które dane mi było czytać. Nie uważam, że Aimee jest mocną postacią, że jest narysowana silną kreską, że się wyróżnia. Jestem także przekonana, że Aimee się zakochała w Sutterze i on w niej raczej też, ale trudno tu mówić o głębokiej miłości, o niesamowitej zmianie obojga. To, co łączy tę dwójkę, to nastoletnie zakochanie, przy równoczesnym wypełnieniu braków uczuć ze strony rodziny (zarówno po stronie Suttera, jak i Aimee). Oczywiście każde z nich zyskuje sporo w tym związku (choćby przez wejście w nowe dla siebie środowisko i spojrzenie na świat pod innym kątem), ale i niemało traci (szczególnie Aimee). Trudno mi oceniać czy wychodzi na zero, czy niekoniecznie – myślę, że każdy czytając te książkę, musi zrobić to sam.

Książka ma swoje plusy i swoje minusy. Niewątpliwie do nich należy wcale niełatwy temat alkoholizmu nastolatków, pokazany z punktu widzenia uzależnionego. Muszę przyznać, że wyszło to całkiem nieźle, choć może szkoda, że bardzo szybko zyskujemy pewność, że chłopak już jest alkoholikiem (pije niemal cały czas, więc ciężko mieć wątpliwości – i to akurat jest mocny minus).
Kolejną kwestią na plus jest nieoczywiste zakończenie i raczej nie takie, którego się spodziewacie. Minusem jest to, że jest tak dalece nieoczywiste, że poczułam się bardzo rozczarowana.
Plusem jest język, minusem – rozciągnięcie niektórych aspektów, co sprawia, że stają bardzo przewidywalne.

Czy warto przeczytać? Od razu uprzedzam – to nie jest Green, więc trzeba podejść do Cudownego tu i teraz z pełną tego świadomością. Niemniej – zacznijcie. Jeśli w okolicach 50-60 strony dojdziecie do wniosku, że Was nie wciąga, a bohater Was irytuje – to mówię otwarcie, że to się raczej nie zmieni. Jeśli Sutter – mimo swojej pozy i alkoholizmu – sprawi, że będziecie ciekawi jak daleko się posunie (on i autor) – dokończycie niewątpliwie i bez mojej zachęty 😉

 Cudowne tu i teraz wpisało mi się także w wyzwanie „Grunt to okładka” pod hasłem „Ekranizacje”

Oszukać Matrix, Christian Merkury

Miałam napisać najpierw o Linii krwi, ale mi nie wyszło. Obiecuję, następna recenzja będzie zachęcać 🙂

oszukacmatrixNa Oszukać Matrix trafiłam w nowościach. Ciekawy opis i dość prosta, pasująca okładka zachęciły mnie do niej.
Pierwsze zaskoczenie było z uśmiechem – nazwisko autora sugerowało,  że książka jest tłumaczeniem i odnośniki do Polski potraktowałam jako drobny zabieg tłumacza.  Ale kilkanaście stron dalej byłam już przekonana,  że to nazwisko jest kolejnym chwytem marketingowym, mającym na celu przyciągnąć tych, co nie czytają polskich autorów.  Zaakceptowałam,  aczkolwiek  tu zaczął się mój dystans,  bo nie przepadam za takimi zagraniami. A potem było tylko gorzej…

Autor jest osobą, która prawdopodobnie uważa, że książka zyskuje na obszerniejszych opisach. Zapomina tylko, że powinny mieć uzasadnienie. W tym wypadku część ma, ale równie duża część nie ma – są chyba tylko wypełniaczem tych 200-kilku stron, żeby książeczka nie była zbyt cienka. Kolejną kwestią jest to, że bohaterowie w różnym wieku powinni mówić różnym językiem. I że kilkuletnie dziecko raczej nie mówi „zrób mi kanapkę z tego dobrego żytniego chleba…” (dzieci wokół mnie mówią raczej – zrób mi kanapkę. Ew. dodają z czym). Tym bardziej, że z opisu wiemy, że taki chleb w tym domu jest na stałe, wiec nie ma potrzeby takiego dookreślania. Ani wielokrotnego używania takiego zwrotu.

Całość miała opowiadać o szukaniu siebie, o dojrzewaniu. Zamiast tego mamy nowelkę wypełnioną średniej jakości opisami, z obcymi imionami i przezwiskami. I kobietą, która przez trzy godziny robi klientce paznokcie (jak rozumiem, kiedyś z tego żyła), bierze za to 70 zł (domyślam się, że to na czarno, ale w tym tempie i za tę cenę – nie wyżyłaby raczej). Ale to jej sprawa – za to dawanie klientce kapci… Cóż… takie rzeczy tylko w marnych książkach (korzystałam z domowych gabinetów i żadna ze stylistek nie oczekiwała, że będę zdejmować buty).

Ciąg dalszy zbudowany jest wedle zasady – musi być wielka miłość, która pozwoli przekonać alpinistę, że nieważne, iż bohaterka nie ma za sobą treningu wysokościowego, ani nawet najmniejszego przeszkolenia – przewodnik weźmie za nią odpowiedzialność i poprowadzi ją w góry. Musi być choroba – wiec jest i rak i śpiączka. I córka, której bohater nie znał. A która jest do ojca podobna niezwykle…

Czy się czepiam? Może. Może gdyby nie hasła reklamowe o dojrzałej powieści, o szukaniu siebie, o thrillerze i psychologii – czytałabym z innym nastawieniem. Choć pewnie, gdyby napisano prawdę – że to debiutancka powieść raczej bardzo młodego pisarza (mam poczucie, że pisarki, ale to akurat nie ma znaczenia – po prostu niektóre zabiegi i zwroty oglądam znacznie częściej w utworach spod ręki kobiecej niż męskiej), który próbuje odkryć siebie, to pewnie nie sięgnęłabym w życiu po tę książkę. A gdybym jeszcze wydała na nią 25-30 zł (ceny w internecie), pewnie długo płakałabym nad swoją naiwnością, bo za tę cenę można mieć znacznie coś znacznie lepszego.

Sumując – szkoda Waszego czasu na coś, co może obroniłoby się w formie blogowej, ale nie w formie powieści.

Zemsta ubiera się u Prady, Lauren Weisberger

Jakimś cudem nie opisałam czytanego wiele lat temu Diabła (Diabeł ubiera się u Prady), czyli części, której Zemsta jest kontynuacją. Diabeł był zabawy i przerażający równocześnie. Z Andy identyfikowałam się mocno, tym bardziej, że mój ówczesny szef miał wiele zagrywek Szefowej z Diabła, włącznie z mocno ograniczonym poczuciem empatii. Andy miała cel, zagryzała zęby, szła do przodu. W końcu nie wytrzymała i odeszła. Książkę czytało się lekko i przyjemnie, a po zakończeniu chciało się więcej. Dlatego bardzo się ucieszyłam, gdy w ręce wpadła mi Zemsta.

zemsta ubiera się u pradyZemsta zaczyna się kilka lat później (bodaj 10). Andy w międzyczasie pracowała m.in. w blogu ślubnym, aż – wspólnie z drugą asystentką Mirandy (szefowej), czyli Emily, zakłada ekskluzywne pismo ślubne Plunge. Oczywiście z pismem układa się rewelacyjnie, bez większych problemów znajdują inwestorów, w ciągu 4 lat ich tytuł staje się jednym z ważniejszych w tej branży na rynku. Bajka po prostu, ale cóż – kochamy bajki, więc czemu nie.

Tylko Zemsta obnaża niestety braki bohaterek Diabła. I to bardzo silnie. Diabła zdominowała despotyczna, wręcz sadystyczna Miranda, zostawiając swoje pracownice w głębokim cieniu. Dzięki temu – obroniły się. Niestety, wysunięcie ich na pierwszy plan pokazało wszystko. Kompletny brak wyrazistości Andy, która po 10 latach nadal żyje strachem przed Mirandą. Strachem bardzo głębokim, który stanowczo powinna leczyć i który jakoś ogranicza ją w życiu, w pracy, ale jakoś nie ogranicza, co jest po prostu niekonsekwencją. Generalnie na 460 stronach przez większość czytamy albo o strachu Andy przed Mirandą, albo o rozterkach związanych z Maxem, obecnym mężem. I to niemal wszystko – na tym zbudowana jest cała książka. Czasem pojawia się nam jeszcze Emily, która wcale nie zmieniła się od czasów pracy u Mirandy i za nic nie umiem zrozumieć podstaw tej „przyjaźni” pomiędzy nią, a Andy. Czyli generalnie Emily jest nadal wyniosła, skoncentrowana na sobie i uwielbiająca swą byłą szefową.

Co jakiś czas w tle pojawia się ciekawsza postać (m.in. aktorki wychodzącej za mąż), ale to raczej migawka, która gaśnie równie szybko, jak się pojawia. Całej książce brakuje pomysłu na rozwój – treści, postaci, jakiegokolwiek ciągu dalszego. Gdyby to zamknąć w 200 stronach, może byłoby strawniej, ale przy blisko 500 jest nuda, którą skończyłam tylko dlatego, żeby nie odkładać, a zobaczyć jak daleko Andy stoczy się w swoim strachu (nie, nie ma samobójstw, ani nic takiego, to po prostu przerażona dziewczynka, która boi się wezwania do dyrektorki szkoły, a każdego, kto przechodzi to samo, co ona, chce przytulać i pocieszać. Tak cały czas)…

Pisząc krótko – niestety, nie warto. To najsłabsza książka Lauren Weisberger, jaką miałam okazję przeczytać i jedna ze słabszych czytanych przez ostatnie 2-3 lata.

Cztery, Veronica Roth

Niezgodną i Zbuntowaną przeczytałam już trochę czasu temu. Potem, w ub. roku pojawiła się Wierna. I jak N. i Z. były całkiem przyjemne w czytaniu, tak Wierna okazała się jakąś niezrozumiałą dla mnie porażką. I nie chodzi mi wcale o kwestie związane z rozwiązaniem całości, ale o język, porwane zdania, wreszcie zaskakujące zmiany bohaterów (jak Cztery, który nagle oświadcza, że lubi bić ludzi. Cztery – naprawdę????). Byłam tak mocno rozczarowana (chyba tylko jakiś niewydarzony ghost writer to tłumaczy), że nie chciało mi się jej opisywać na blogu. I nie zamierzałam sięgać po Cztery, czyli prequel trylogii. Ale pojawiły się głosy tych, którym Wierna równie jak mnie podpadła, że prequel jest powrotem do dobrej formy, więc poszukałam i dzięki Ewie – przeczytałam.

CzteryI zgadzam się – Cztery jest znacznie lepszy od Wiernej. Choć poniekąd wszystko już to znamy – na dobrą sprawę nie dowiadujemy się prawie (prawie) niczego nowego. Już Niezgodna powiedziała nam o lękach Cztery, o jego stosunkach z ojcem, z Ericiem, o poznaniu Tris, itd. Oczywiście – to punkt widzenia Tobiasa, ale jak mam być szczera, to w podstawowej trylogii to też był punkt widzenia Cztery, bo przecież Tris poznaje te sprawy (poza spotkaniem z nią) z jego ust. Nie zna ich sama, więc siłą rzeczy jest to ten sam punkt widzenia…

Aspekt, który poznajemy od zera to poniekąd historia dlaczego Cztery nie zdecydował się zostać przywódcą, (a dokładnie liderem) Niezgodnych. Z trylogii wiemy tylko, że tak zdecydował i że dwukrotnie odrzucił propozycję. Cztery pokazuje motywy i ich otoczkę.

Sięgając po książkę nie miałam świadomości, że to właściwie zbiór czterech opowiadań (nowel). Pierwsza (Transfer) to opowieść niemal identyczna do początku Niezgodnej – test Tobiasa, ceremonia, przejście do Nieustraszonych, I… to wszystko. Druga część (Nowicjusz) to po prostu kilka kolejnych tygodni treningu (bodaj dwa), nadanie imienia i przełamanie przez Amara izolacji Cztery. Poza tym treningi, treningi, krajobrazy strachu. Syn (trzecia) to ta, która realnie wnosi coś nowego. I ta, która jednak rozczarowuje, bo wierzyłam mocno, że Tobias naprawdę miał powód do odrzucenia pozycji i że to była jakaś część jego planu. Chyba nie do końca było… I docieramy do końca, czyli do Zdrajcy, do części, którą już znamy z Niezgodnej (ten rozdział, to nakładka na moment od skoku Tris, gdy się poznają i szybki bieg przez istotne punkty, jak walki Tris, atak na nią, itd.)

To książka dla fanów – pewnie gdyby wyszedł taki zbiór opowiadań „z punktu widzenia Peety Mellarka” pokazujący część wydarzeń z Igrzysk z innej perspektywy, to nie zastanawiałabym się, tylko w pierwszy dzień dostępności na Amazonie miałabym ang wersję na Kindle, a w pierwszy dzień dostępności tłumaczenia, byłaby na mojej półce. Tak działają fani. Ja lubię Niezgodną, ale jednak nie jestem fanką, więc kupno Cztery sobie podaruję (szczególnie po tak wyśrubowanej cenie, jaką dało jej wydawnictwo).