Mistrzynię Przypraw poznałam dzięki Kolejkowie (dziękuję
). Przyznam, że dopisałam się do książki nie mając pojęcia ani o niej, ani o autorce – po prostu zaintrygował mnie tytuł (sama uwielbiam przyprawy – ich zapach, smak, podkreślenie innych smaków, to jak proporcje zmieniają je same, choć ja dopiero je odkrywam
).
To opowieść o magii – trochę baśń, trochę powieść. O umiejętności wczucia się w innych ludzi i pomocy im. Także o własnych uczuciach i o tym, że czasem dobre chęci nie wystarczą ale nadal należy się starać i próbować, nigdy nie poddawać.
Główną bohaterką jest Tilo, która w kanadyjskim Oakland prowadzi sklep z przyprawami. Pozornie stara kobieta ma jednak dar, o którym wie niewielu, choć niektórzy pamiętają opowieści o mocy przypraw i kobietach, przez które pomagają. Widzi ona problemy innych ludzi i poprzez magię przypraw (ta rozwiązuje język, ta daje cierpliwość, ta wzmacnia pewność siebie i pozwala na asertywność, a ta pozwala patrzeć sercem) pomaga im. Musi jednak pamiętać, że nie wolno jej pomóc sobie samej, a każdy bunt sprawi, że miast pomagać, będzie niszczyć wszystko wokół, niezależnie od chęci. Niestety, Tilo nie jest “zwykłą” Mistrzynią – to kobieta o bardzo bujnej przeszłości, kobieta, która przeżyła czczenie niemal jako boginię, przeżyła porwanie przez piratów, a także (poniekąd) własny upadek. To niezwykle silny charakter, który niełatwo poddaje się woli innych, nie mówiąc o własnej…
Książka jest świetnie prowadzona – czyta się ją lekko, choć daje wiele do myślenia. Mieszając baśń z rzeczywistością pozwala na odniesienia do nas samych, do sytuacji, które znamy, do świata, w którym żyjemy. I po cichu marzymy, że gdzieś jest taka Mistrzyni Przypraw, która pomaga osiągać te cele, które jesteśmy w stanie osiągnąć, pod warunkiem, że sami w to uwierzymy.
Niestety, nie spisałam sobie mocy przypraw, dlatego pozwalam sobie skopiować listę od Pheobe:
- Tumerik – korzeń powodzenia, przyprawa odrodzenia;
- Shalparni – ziele pamięci i przekonywania;
- Chandan – proszek z drzewa sandałowego, który koi ból pamiętania;
- Kalo jire – przyprawa ciemnej planety Ketu, chroniąca przed złym okiem;
- Lanka – ususzone chilli, oczyszcza ze zła;
- Lavang (goździk) – przyprawa współczucie;
- Dalchini (cynamon) – dający przyjaciół, niszczący wrogów;
- Garam masala – na cierpliwość i nadzieję;
- Dhania (kolendra) – na oczyszczenie wzroku, zmywa stare winy;
- Amchur – przywraca miłość do życia;
- Asafetyda – lekarstwo na miłość;
- Tulsi (bazylia) – roślina pokory, naginająca ego. Bazylia poświęcona Sri Ramowi, która gasi pragnienie władzy, która odwraca myśli do wnętrza, z dala od spraw tego świata;
- Hartuki – pomaga matkom znieść ból, który zaczyna się wraz z porodem i trwa na zawsze;
- Brahmi – olej na ostudzenie gniewu;
- Fenkuł – przyprawa pachnąca zmianami, które muszą nadejść; daje siłę na to, co musi zostać dokonane;
- Pieprz – na zdolność wymuszania tajemnic;
- Makaradwaj – król przypraw, pogromca czasu;
- Korzeń lotosu – ziele długiego kochania.


To książka o złu – powszechnym, ale i specyficznym. Na kartach jest pedofilia, kazirodztwo, przemoc, szaleństwo, wojna. Obok tego – zwykłe życie – szkoła, praca, dom, utalentowane dziecko, miłość.
To książka, która przypomina wiele innych –
Podczas, gdy Kwiat pustyni był o drodze somalijskiej dziewczynki na szczyty gwiazd (została światowej sławy modelką) i o okrucieństwie obrzezania kobiet w Somalii, to Córka Nomadów jest o tęsknocie – za ojczyzną (choćby źle się tam działo), za rodziną, za znaną kulturą i zwyczajami.
To historia białej kobiety, Szwajcarki, która przyjeżdża do Kenii na urlop. Tu niemal z miejsca zakochuje – się nie tyle nawet w samym kraju (choć rozpływa się nad nim), co w “pięknym Masaju”. Ma 28 lat i rzuca wszystko, co dotąd miała i co sprawiało jej radość, żeby zamieszkać w Afryce. Całość historii tym ciekawsza, że prawdziwa…
niewiarygodna, ale do przeczytania. Moim zdaniem wystarczy przeczytać jedną z tych książek (i raczej polecam Wyznania niż Zakupy) – na wolne popołudnie będzie jak znalazł. Szkoda, że prawdziwy problem kompulsywnych zakupów (istniejący, praktycznie jest to nałóg) został tu spłaszczony do poziomu komedyjki, bo w tym samym stylu chyba można było pokazać ciut więcej, z kobiecego czytadełka robiąc całkiem przyzwoitą książkę.
Akcja książki dzieje się w pewnym sensie równolegle – w Chinach i w USA, w San Francisco. W pewnym sensie, bo w Chinach widzimy przeszłość, a w USA teraźniejszość. To opowieść o trudnej relacji matki i córki – niezrozumienia wynikającego z różnic kulturowych, z nieznajomości historii własnej rodziny, niechęci do dzielenia się uczuciami. Na tej podstawie rosną animozje między dwiema kobietami, które pozornie mogłyby być sobie najbliższe, a są zupełnie obce.
Zacznę od tego, że zupełnie nie rozumiem tytułu. Wiem, że wydawnictwo (PRowo, a nawet marketingowo, bo jakżeby inaczej) chciało wykorzystać zachwyt Diabłem, co ubierał się u Prady, ale wyszło średnio. Bo portierzy, ani selektorzy klubowi nie ubierają się tu u Prady, Gabbany, czy Chanel. A angielski tytuł (w tłumaczeniu – Wszyscy, których warto znać) jest znacznie bliższy treści książki.
Mineko Iwasaki zaczęła swoją karierę jako mała dziewczynka. Od początku była bardzo samodzielna, pewna siebie, choć nie zawsze trafiała ze swoimi zachowaniami i wypowiedziami. Przy tak dużej pewności siebie, byłam zaskoczona jej stosunkową nieporadnością i naiwnością momentami. Ale podejrzewam, że to kwestia perspektywy – osoby żyjącej w zupełnie innym świecie, obcującej z innymi zwyczajami i realiami.
Jeżdżąc po cytrynach to opowieść o wyborze swojego miejsca na ziemi. Nie o przypadku – los mnie tu rzucił, to tu jestem, tylko o wyborze. Nie do końca przemyślanym może, bo Chris przyjechał do Andaluzji “rozejrzeć się”, a jakoś tak od razu kupił farmę, ale za to o wyborze wypływającym z intuicji człowieka, który pragnie spokojnego życia, wśród ludzi akceptujących prawa natury.