h1

Mistrzyni przypraw, Chitra Banerjee Divakaruni

11/11/2009

Mistrzynię Przypraw poznałam dzięki Kolejkowie (dziękuję :) ). Przyznam, że dopisałam się do książki nie mając pojęcia ani o niej, ani o autorce – po prostu zaintrygował mnie tytuł (sama uwielbiam przyprawy – ich zapach, smak, podkreślenie innych smaków, to jak proporcje zmieniają je same, choć ja dopiero je odkrywam ;) ).

Mistrzyni PrzyprawTo opowieść o magii – trochę baśń, trochę powieść. O umiejętności wczucia się w innych ludzi i pomocy im. Także o własnych uczuciach i o tym, że czasem dobre chęci nie wystarczą ale nadal należy się starać i próbować, nigdy nie poddawać.

Główną bohaterką jest Tilo, która w kanadyjskim Oakland prowadzi sklep z przyprawami. Pozornie stara kobieta ma jednak dar, o którym wie niewielu, choć niektórzy pamiętają opowieści o mocy przypraw i kobietach, przez które pomagają. Widzi ona problemy innych ludzi i poprzez magię przypraw (ta rozwiązuje język, ta daje cierpliwość, ta wzmacnia pewność siebie i pozwala na asertywność,  a ta pozwala patrzeć sercem) pomaga im. Musi jednak pamiętać, że nie wolno jej pomóc sobie samej, a każdy bunt sprawi, że miast pomagać, będzie niszczyć wszystko wokół, niezależnie od chęci. Niestety, Tilo nie jest “zwykłą” Mistrzynią – to kobieta o bardzo bujnej przeszłości, kobieta, która przeżyła czczenie niemal jako boginię, przeżyła porwanie przez piratów, a także (poniekąd) własny upadek. To niezwykle silny charakter, który niełatwo poddaje się woli innych, nie mówiąc o własnej…

Książka jest świetnie prowadzona – czyta się ją lekko, choć daje wiele do myślenia. Mieszając baśń z rzeczywistością pozwala na odniesienia do nas samych, do sytuacji, które znamy, do świata, w którym żyjemy. I po cichu marzymy, że gdzieś jest taka Mistrzyni Przypraw, która pomaga osiągać te cele, które jesteśmy w stanie osiągnąć, pod warunkiem, że sami w to uwierzymy.

Niestety, nie spisałam sobie mocy przypraw, dlatego pozwalam sobie skopiować listę od Pheobe:

  • Tumerik – korzeń powodzenia, przyprawa odrodzenia;
  • Shalparni – ziele pamięci i przekonywania;
  • Chandan – proszek z drzewa sandałowego, który koi ból pamiętania;
  • Kalo jire – przyprawa ciemnej planety Ketu, chroniąca przed złym okiem;
  • Lanka – ususzone chilli, oczyszcza ze zła;
  • Lavang (goździk) – przyprawa współczucie;
  • Dalchini (cynamon) – dający przyjaciół, niszczący wrogów;
  • Garam masala – na cierpliwość i nadzieję;
  • Dhania (kolendra) – na oczyszczenie wzroku, zmywa stare winy;
  • Amchur – przywraca miłość do życia;
  • Asafetyda – lekarstwo na miłość;
  • Tulsi (bazylia) – roślina pokory, naginająca ego. Bazylia poświęcona Sri Ramowi, która gasi pragnienie władzy, która odwraca myśli do wnętrza, z dala od spraw tego świata;
  • Hartuki – pomaga matkom znieść ból, który zaczyna się wraz z porodem i trwa na zawsze;
  • Brahmi – olej na ostudzenie gniewu;
  • Fenkuł – przyprawa pachnąca zmianami, które muszą nadejść; daje siłę na to, co musi zostać dokonane;
  • Pieprz – na zdolność wymuszania tajemnic;
  • Makaradwaj – król przypraw, pogromca czasu;
  • Korzeń lotosu – ziele długiego kochania.
Mistrzynię polecam z całego serca – warto poświęcić jej popołudnie i wieczór, najlepiej z filiżanką doprawione czekolady, kawy lub herbaty (choć uwaga na chili – przyprawę gniewu! ;) ).
h1

Zapach cedru, Ann-Marie MacDonald

21/10/2009

Patrząc na okładkę, a nawet na opis do głowy mi nie przyszło co znajdę w środku…

zapach cedruTo książka o złu – powszechnym, ale i specyficznym. Na kartach jest pedofilia, kazirodztwo, przemoc, szaleństwo, wojna. Obok tego – zwykłe życie – szkoła, praca, dom, utalentowane dziecko, miłość.

Zapach cedru to książka o tym, że każda decyzja wpływa na nasze życie, że nic, co zrobimy nie pozwala się wymazać – zostaje w nas i nas buduje lub doszczętnie rujnuje. To także studium stosunków międzyludzkich – poprawnych, namiętnych, ale i rozchwianych. To opisy niezwykłych emocji, z którymi bohaterowie nie potrafią sobie poradzić (dziś pewnie wylądowaliby u psychiatry lub na kozetce psychoanalityka). Trzeba także przyznać autorce, że bardzo konsekwentnie buduje swoje postacie – nie tworzy cudów i dzieci z zachwianej rodziny nie stają się nagle idealnymi żonami – każda z nich jest w jakiś sposób skrzywiona, choć każda szuka swojego miejsca na świecie i próbuje zbudować swój dom – choćby na piasku.

Najciekawszą postacią jest Franciszka – młoda dziewczyna, pełna nadziei, choć już od dziecka zdradzająca dziwne rysy. Obciążona winą, choć nie pamięta dlaczego, ani co się stało, odczuwa znacznie więcej emocji, niż jest w stanie udźwignąć. Mimo, że kwintesencją miała chyba być Lila – to dla mnie podsumowaniem książki stała się właśnie Franciszka, która żyjąc w normalnej rodzinie pewno wyrosłaby na stabilną, pełną uroku, choć w sumie nieładną dziewczynę, wyszłaby za mąż, miała dzieci. Ale nie żyła w normalnej rodzinie…

Okładka książki myli – nie jest to ani słodki romans, ani melodramat. To dramat wysokiej klasy, który warto przeczytać, choćby dla zobaczenia studium zła, które epatuje, ale – w jakiś dziwny sposób – nie odraża, nie nakazuje odrzucić książki, tylko wciąga, pokazując więcej i więcej.

h1

Rok w Prowansji, Peter Mayle

21/10/2009

Jak już wiecie, kocham Francję – Prowansja nie jest tu żadnym wyjątkiem :) Dlatego Rok w Prowansji szybko trafił na moją listę.

Rok-w-ProwansjiTo książka, która przypomina wiele innych – Jeżdżąc po cytrynach, czy nawet Pod słońcem  Toskani (choć Rok jest znacznie lepszy). To opowieść o Angliku, który decyduje się na przeprowadzkę do uroczej Prowansji, w której nieraz bywał na wakacjach. Jednak dopiero mieszkając tam, odkrywa jej tajemnice. Odkrywa podejście Francuzów do czasu, do pracy, wreszcie do ich największej miłości, jaką jest oczywiście kuchnia.

Cała książka jest podzielona na rozdziały – każdy rozdział to jeden miesiąc. W każdym z nich, obok opisów ludzi i kuchni, znajdziemy opis remontu domu Maley’ów, a także ich drobne, codzienne “odkrycia” – wino z własnej piwnicy, oliwa z lokalnych oliwek, pieczywo specjalnie dobierane do potraw. To odkrywanie innego życia, spokojniejszego, pozwalającego na smakowanie i rozkoszowanie się drobnymi przyjemnościami codziennego dnia.

Mimo upływu wielu lat Prowansja wcale się nie zmieniła – nadal można w niej odnaleźć to, co z dużym poczuciem humoru opisywał Mayle.

Rok w Prowansji nie jest książką wysokiej klasy. Ale to bardzo przyjemna opowieść – świetna po ciężkim dniu, dla relaksu po stresie, dla zwykłej przyjemności czytania.

h1

Córka Nomadów, Waris Dirie

29/08/2009

Tak się jakoś złożyło, że przeczytałam po sobie dwie książki “afrykańskie”. Drugim zbiegiem okoliczności Córkę Nomadów czytałam niemal idealnie 6 lat (zgadza się miesiąc, nie pamiętam, czy dzień też) po Kwiecie pustyni (pierwszej części opowieści)…

corkaPodczas, gdy Kwiat pustyni był o drodze somalijskiej dziewczynki na szczyty gwiazd (została światowej sławy modelką) i o okrucieństwie obrzezania kobiet w Somalii, to Córka Nomadów jest o tęsknocie – za ojczyzną (choćby źle się tam działo), za rodziną, za znaną kulturą i zwyczajami.

Waris od 20 lat żyje w USA, ale bardzo tęskni, choć kiedyś uciekała, choć wie, że toczą się wojny. Tęsknotę pogłębiają nieporozumienia z mężem, brak akceptacji dla jej postępowania ze strony teściowej. Tu także, podobnie jak w Białej Masajce, widać problemy kulturowe i różnice w zwyczajach, choć Waris stara się dostosować do panujących warunków i niewiele kwestii forsuje. Nie potrafi jednak zrozumieć, dlaczego teściowa burzy się gdy jej dziecko biega nago, lub gdy nosi je tak, jak nauczyła się w Somalii, choć dziecko nie płacze i jest zadowolone.

W końcu, pokonując różne przeszkody, Waris “wraca” (właściwie przyjeżdża w odwiedziny) do swojej rodziny, opisując kolejne dni z pozycji osoby ze środka, która jednak ma poczucie, że zmieniła się, że nie zawsze pasuje do otoczenia.

To bardzo ciepła książka, pokazująca, że mając w miarę zdrowe relacje z rodziną, można znaleźć w bliskich oparcie, że spotkania z nimi dają siłę, a nauczonych w dzieciństwie działań, nie zapomina się. Mniej jest to o obrzezaniu, okaleczaniu, wydawaniu małych dziewczynek za starców. Znacznie więcej jest o miłości, o szczęściu, o poczuciu przynależności. Tak, jakby sama Waris, wracając, widziała znacznie więcej piękna i radości niż w momencie ucieczki.

Córka Nomadów, Waris Dirie
Tytuł oryginalny: Desert Dawn
Gatunek: obyczajowa
Forma: powieść
Język oryginału: angielski
Liczba stron:208
rok wydania: 2002
oprawa: miękka
wydawca:
Bertelsmann Media, Grupa Wydawnicza
ISBN:83-7311-816-0

h1

Biała Masajka, Corinne Hofmann

29/08/2009

Lubię książki pokazujące inną kulturę, zderzenie, próby zrozumienia, czasem nawet udane. Tym chętniej sięgnęłam po Białą Masajkę.

BM To historia białej kobiety, Szwajcarki, która przyjeżdża do Kenii na urlop. Tu niemal z miejsca zakochuje – się nie tyle nawet w samym kraju (choć rozpływa się nad nim), co w “pięknym Masaju”. Ma 28 lat i rzuca wszystko, co dotąd miała i co sprawiało jej radość, żeby zamieszkać w Afryce. Całość historii tym ciekawsza, że prawdziwa…

Książkę zaczęłam pełna dobrych chęci i oczekiwań. Kończyłam zmęczona, tylko dlatego, że zastanawiałam się kiedy ta kobieta zmądrzeje? Pamiętacie Bellę ze Zmierzchu? Jej zachwyty nad Edwardem – jaki to piękny i cudowny? Corinne jest Bellą, tyle że 11 lat starszą. I to, co u 17-latki mogę zrozumieć i nawet jeśli mnie irytuje, to nie dziwi, to u 28-letniej kobiety mnie drażni do potęgi. Corinne pisze, że zakochała się – tylko jej “miłość” była raczej pożądaniem, albo marzeniem, bo jak można mówić o miłości do zupełnie obcej osoby, którą zobaczyło się przez chwilę w autobusie i kilka dni później ponownie? Oboje mówią po angielsku bardzo słabo, więc ich porozumiewanie się graniczy niemal z cudem. Mimo to zaślepiona dziewczyna przeprowadza się do Kenii. Nie ma pojęcia o jej kulturze, o panujących zwyczajach, o historii – ogólnie o tym co ją czeka.

Gdyby wykreślić zachwyty nad Lketingą (czyli tym pięknym Masajem), książka zrobiłaby się niewątpliwie chudsza, ale też bardziej sensowna. Bo w tle zawiera całkiem niemałą dawkę opisów o tej Kenii, której turystom nie będzie dane poznać. O stosunkach panujących między ludźmi, o podejściu do życia, współmieszkańców, rodziny. To opowieść o tym, jak bardzo się różnimy i jak ciężko jest zaakceptować te różnice, szczególnie gdy żadna ze stron nie chce ustąpić, bo ich postępowanie jest dla nich naturalne, a obie mają problem z wytłumaczeniem dlaczego dana sprawa jest dla nich ważna.

Corinne napisała później, że w Kenii doświadczyła piekła i nieba. Trudno jednak nie zauważyć, że w niemałym stopniu to piekło zgotowała sobie sama, forsując nierzadko swoje pomysły, zaczerpnięte z dotychczasowego życia, w kulturze, której nie znała i nie chciała zaakceptować. Pomijając chorą zazdrość swego ukochanego, rzadko zastanawiała się, czy zachowując się po europejsku, daje komuś powód do plotek, czy złej oceny. Chciała żyć jak w Szwajcarii, tyle, że w Kenii.

Czy warto przeczytać Białą Masajkę? Nie wiem. Kolejnych części opowieści nie zamierzam poznawać – pierwsza zbyt mnie drażniła. Tym bardziej, że o podobnym temacie można napisać zupełnie inaczej, jak choćby robi to  Katherine Scholes

Biała Masajka, Corinne Hofmann
Tytuł oryginalny:Die weisse Massai
Gatunek: obyczajowa
Forma: powieść
Język oryginału: niemiecki
Liczba stron:301
rok wydania: 2007
oprawa: miękka
wydawca:Świat Książki
ISBN:978-83-247-0979-3

h1

Wyznania zakupoholiczki i Zakupy, moja miłość, Sophie Kinsella

17/08/2009

Zakup, moja miłość przeczytałam jako pierwsze, choć – jak się później okazało, chronologicznie to ciąg dalszy Wyznań. Obie książki stanowią dość zamknięte całości, więc nie zaburzyło to mojego zrozumienia historii…

wyznania

Obie książki to powieści o kobiecie, która ma przymus kupowania (jak znalazłam, nazywa się to “kupowanie kompulsywne”). Właściwie jest jak dziecko (tak się zresztą zachowuje nie tylko w kwestii zakupów) – ona musi to mieć. Nieważne, czy to potrzebne, czy pasuje do innych rzeczy, czy ma gdzie postawić – musi. Dodatkowo kupuje i niemal natychmiast zapomina co kupiła (widać to szczególnie w Zakupy, moja miłość, gdzie podczas podróży poślubnej kupuje 2 lub nawet 3 olbrzymie stoły do jadalni i stosy dywanów). Na rachunki z kart kredytowych znajduje wręcz rewelacyjne rozwiązanie – po prostu nie otwiera ich, tylko wyrzuca po drodze, bądź chowa do nieotwieranej na co dzień szuflady, uznając, że w takim wypadku “właściwie ich nie było”.

O ile Wyznania są właściwie zabawne i czyta się je nieźle (kolejne urlopowe czytadełko), o tyle Zakupy są przyciężkawe, przede wszystkim w stylu, jak i zrealizowanych już pomysłach. Przez to książka bardzo szybko staje się przewidywalna i raczej nudnawa.

Miałam wrażenie, że Sophie Kinsella nie do końca może się zdecydować jaka jej bohaterka powinna być.  Z jednej strony mamy naiwne, kochające zakupy dziewczę, które właściwie mogłoby mieć w granicach 16 lat, a z drugiej zaangażowaną dziennikarkę, która ma niezłe pióro, jest wygadana, a na dodatek ma niezłe pomysły PRowo-promocyjne (tak, tu znów ten PR ;) , choć tu nawet przyzwoicie opisany na marginesie). Całość chyba troszkę

zakupyniewiarygodna, ale do przeczytania. Moim zdaniem wystarczy przeczytać jedną z tych książek (i raczej polecam Wyznania niż Zakupy) – na wolne popołudnie będzie jak znalazł. Szkoda, że prawdziwy problem kompulsywnych zakupów (istniejący, praktycznie jest to nałóg) został tu spłaszczony do poziomu komedyjki, bo w tym samym stylu chyba można było pokazać ciut więcej, z kobiecego czytadełka robiąc całkiem przyzwoitą książkę.

Wyznania zakupoholiczki, Sophie Kinsella
Tytuł oryginalny: The Secret Dreamworld of a Shopaholic
Gatunek: współczesna, obyczajowa
Forma: powieść
Język oryginału: angielski
Liczba stron: 336
rok wydania: 2009
oprawa: miękka
wydawca:
Świat Książki
ISBN: 978-83-247-1236-6

Zakupy, moja miłość, Sophie Kinsella
Tytuł oryginalny: Shopaholic and Sister
Gatunek: współczesna, obyczajowa
Forma: powieść
Język oryginału: angielski
Liczba stron: 384
rok wydania: 2005
oprawa: miękka
wydawca:
Świat Książki
ISBN: 83-7391-911-2

h1

Córka Nastawiacza Kości, Amy Tan

02/08/2009

Córka nastawiacza kości była zupełnym przypadkiem. Weszłam do Taniej Książki na Grodzkiej, a ta książka jakoś przykuła moją uwagę. I na szczęście :)

corkaAkcja książki dzieje się w pewnym sensie równolegle – w Chinach i w USA, w San Francisco. W pewnym sensie, bo w Chinach widzimy przeszłość, a w USA teraźniejszość. To opowieść o trudnej relacji matki i córki – niezrozumienia wynikającego z różnic kulturowych, z nieznajomości historii własnej rodziny, niechęci do dzielenia się uczuciami.  Na tej podstawie rosną animozje między dwiema kobietami, które pozornie mogłyby być sobie najbliższe, a są zupełnie obce.

Ruth, Amerykanka chińskiego pochodzenia, wstydzi się za swoją matkę – za jej pomysły, wierzenia, za “czepianie” się innych ludzi, za kiepski język angielski. Frustracje pogłebia nagła choroba matki – Alzheimer. Ale to właśnie choroba sprawia, że sięga po wciąż odkładany pamiętnik matki. I nagle dotąd rozsypane kawałki, pojedyncze wypowiedzi, dziwne zachowania, zaczynają się układać w spójną całość. Powoli Ruth zaczyna dowiadywać się coraz więcej nie tylko o matce, ale także o sobie samej, o własnym dziedzictwie, rodzinie, ale także o swoim charakterze, o lękach, słabościach i sile.

Córka jest fascynującą książką – zarówno poprzez zestawienie różnych kultur, jak i poprzez swój przekaz – dwoje ludzi może się porozumieć, pod warunkiem, że naprawdę tego chce. A to, czego nie rozumiemy, nie od razu jest złe, błędne, czy wstydliwe…

Córka Nastawiacza Kości, Amy Tan
Tytuł oryginalny: The Bonesetter’s Daughter
Gatunek: współczesna, obyczajowa
Forma: powieść
Język oryginału: angielski
Liczba stron: 364
rok wydania: 2002
oprawa: miękka
wydawca:
Prószyński i Sp-ka
ISBN: 83-7337-083-8

h1

Portier nosi garnitur od Gabbany, Lauren Weisberger

02/08/2009

Gdyby nie długi tytuł samej książki, to tytuł posta powinien mieć ciąg dalszy, “czyli PRówka czyta o PRówkach”… Choć to tak nie do końca…

portierZacznę od tego, że zupełnie nie rozumiem tytułu. Wiem, że wydawnictwo (PRowo, a nawet marketingowo, bo jakżeby inaczej) chciało wykorzystać zachwyt Diabłem, co ubierał się u Prady, ale wyszło średnio. Bo portierzy, ani selektorzy klubowi nie ubierają się tu u Prady, Gabbany, czy Chanel. A angielski tytuł (w tłumaczeniu – Wszyscy, których warto znać) jest znacznie bliższy treści książki.

Portiera chciałam przeczytać właśnie dlatego, że Diabeł mi się podobał (skąd inąd mam jakieś szczęście do tych książek – czytając Diabła miałam szefa wcale niewiele różniącego się od Anny, tyle, że wcale nie był taką trampoliną dla swoich pracowników, jaką ona bywała). Czytając Portiera – jestem PRówką (od wielu zresztą lat, a od roku tzw. “agencyjną”).

Niestety, czytając całość poczułam to samo ukłucie, co czytając wiele wypowiedzi o swoim zawodzie w gazetach. I nie pomyliłam się – świadczy o tym choćby wpis Kalio, która po przeczytaniu tej książki zrozumiała, że firmy PR są właściwie tylko po to, by organizować przyjęcia i bywać w świetle fleszy, żeby to opisywały gazety. A to zupełnie nie tak.

Firma (Kelly & Co.), opisana w tej książce, to raczej firma eventowa, a nie PRowa. Czyli właśnie firma zajmująca się przyjęciami, pokazami, festynami, itp. Czasem kontaktują się z mediami, tak samo jak i firma PRowa czasem robi eventy. Ale nasza praca wcale nie wygląda tak na co dzień, a nawet jest bardzo od niej odległa… :(

Wracając do książki – czyta się ją nieźle – to świetne czytadełko urlopowe. Sprawny język, trochę marek, trochę modnych klubów, a w tym wszystkim lekko zakręcona, troszkę zagubiona dziewczyna, która w końcu odnajduje “właściwą drogę” i wielką miłość wśród “normalnych” ludzi. Dość sprawna akcja, może przewidywalna, ale nie nudna, całość zbudowana sensownie, choć i trochę naiwnie.

I pewnie gdyby nie kiepska robota, jaką robi PRowcom (szczególnie w krajach, gdzie ten zawód raczkuje i wiele osób nie ma pojęcia czym się zajmują “ludzie od PR”, a takm jest także Polska), polecałabym ją każdej dziewczynie, która ma ochotę na odpoczynek z książką lekką, łatwą i przyjemną… Ale ze względu na własny zawód – nie potrafię tego zrobić z czystym sumieniem. (Obiecuję, że na drugim blogu niedługo zrobię wpis, w którym pokażę, czym na co dzień się zajmuję i gdzie możecie zobaczyć efekty mojej pracy :) ).

Skąd inąd muszę chyba poszukać jak tę książkę oceniają amerykańscy PRowcy – im raczej żadnej krzywdy nie robi (w Stanach ten zawód istnieje od dawna, więc ma swoją ugruntowaną pozycję), ale i tak jestem ciekawa, czy w ogóle ją zauważyli ;)

Portier nosi garnitur od Gabbany, Lauren Weisberger
Tytuł oryginalny: Everyone worth knowing
Gatunek: obyczajowa
Forma: powieść
Język oryginału: angielski
Liczba stron: 448
rok wydania: 2006
oprawa: miękka
wydawca:
Albatros, seria Pi
ISBN: 83-7359-199-0

h1

Gejsza z Gion, Iwasaki Mineko

02/08/2009

Jak wiele innych osób, na Gejszę z Gion trafiłam po Wyznaniach Gejszy. Mimo, że Wyznania czytało mi się bardzo dobrze, to jednak Gejsza jest znacznie lepsza. To książka, która pokazuje życie gejszy w jej własnym środowisku, z równoczesnym tłumaczeniem wielu aspektów niezrozumiałych dla człowieka z zachodu.

gejszaMineko Iwasaki zaczęła swoją karierę jako mała dziewczynka. Od początku była bardzo samodzielna, pewna siebie, choć nie zawsze trafiała ze swoimi zachowaniami i wypowiedziami. Przy tak dużej pewności siebie, byłam zaskoczona jej stosunkową nieporadnością i naiwnością momentami. Ale podejrzewam, że to kwestia perspektywy – osoby żyjącej w zupełnie innym świecie, obcującej z innymi zwyczajami i realiami.

Jeszcze 10 lat temu sama postrzegałam gejsze jako lepsze prostytutki. Damy do towarzystwa, wykształcone, ale jednak służące swoim klientom także ciałem. Czytając gejszę wiedziałam już, że wygląda to inaczej, ale mimo to nie zdawałam sobie sprawy z większości aspektów pracy gejszy. Z rodzajów tańca, teatru, z tego jak przygotowują się do spotkania z klientem (robiąc prasówkę z jego osiągnięć, oglądając filmy z jego udziałem, czy czytając fragmenty książek). Nie zdawałam sobie sprawy, że są jak gwiazdy na zachodzie – że klienci są gotowi słono płacić za 20 minut obecności znanej gejszy na przyjęciu. Podobnie jak byłam zaskoczona, że gejsze są czasem wynajmowane również na kobiece przyjęcia.

Gejsza z Gion to książka niezwykła pod wieloma względami – ale chyba jej największym atutem (poza opisem zwyczajów japońskich i arkan zawodu gejszy) jest zdystansowane podejście do siebie samej Iwasaki. Mimo, że ma świadomość, że jest jedną z najbardziej znanych gejsz i schlebia jej to, to widzi także wiele błędów, jakie popełniała w młodości i z humorem opisuje swoje wpadki, nie kryjąc ich. Dzięki temu całość jest barwna i czyta się właściwie sama

Gejsza z Gion, Iwasaki Mineko
Tytuł oryginalny: Geisha of Gion. The Memoir of Mineko Iwasaki
Gatunek: autobiografia/pamiętnik
Forma: powieść
Język oryginału: angielski
Liczba stron: 320
rok wydania: 2006
oprawa: miękka
wydawca:
Albatros, seriaLiterka
ISBN: 83-7359-380-2

h1

Jeżdżąc po cytrynach, Chris Steward

14/07/2009

Uwielbiam takie książki – nieważne, czy opisują uroki mojej ukochanej Francji, Włoch, czy Hiszpanii, mająw sobie nieodparty urok – ciepło, jakiś spokój ducha, a równocześnie optymizm i uśmiech. Wypatrzywszy Jeżdżąc po cytrynach na Kolejkowie, nie mogłam sobie odmówić (mysio – bardzo dziękuję za udostępnienie) :)

jezdzac_po_cytrynachJeżdżąc po cytrynach to opowieść o wyborze swojego miejsca na ziemi. Nie o przypadku – los mnie tu rzucił, to tu jestem, tylko o wyborze. Nie do końca przemyślanym może, bo Chris przyjechał do Andaluzji “rozejrzeć się”, a jakoś tak od razu kupił farmę, ale za to o wyborze wypływającym z intuicji człowieka, który pragnie spokojnego życia, wśród ludzi akceptujących prawa natury.

Zaczęłam tę książkę czytać rano, w autobusie. Towarzyszyła mi do końca dnia, kiedy to niemal ją skończyłam :) Opisy dojrzałych pomarańczy, cytryn, winogron, sprawiły, że zamarzyła mi się znów taka chatka, z której tarasu mogłabym sięgać po te owoce prosto z krzewu (tylko do fig nie mogę się przekonać po przeczytaniu pewnej książki)… Zatęskniłam do południa Francji, gdzie życie biegnie wolniej, choć nie zawsze dla mnie “normalnie”.

Całość opowieści snuta jest powoli, bez wielkich zwrotów akcji, z pełną świadomością otoczenia. Równocześnie jednak nie jest to opowieść człowieka, który całkowicie poddaje się temu, co przynosi mu los. Wraz z przyjaciółmi stara się zmienić te części życia, które może – dom, doprowadzenie wody, czy też zbudowanie mostku na rzece. Nie szarpie się jednak i nie usiłuje zmienić otoczenia, ani siebie samego w nim – jeśli czegoś nie da się zmienić, stara się to zaakceptować. Warto też zwrócić  uwagę, że Steward nie koloryzuje – świniobicie może przyprawić delikatniejszych czytelników o odruch zwrotny, podobnie jak wizja skorpionów w łóżku (i innych insektów we wcale niemałej ilości). Nie pokazuje Andaluzji jako krainy idealnej – raczej tylko dobrej, ale wystarczająco dobrej.

To świetna książka na zwykły dzień – delikatne poczucie humoru wywołuje uśmiech, całość daje jakiś promień radości, z jakiegoś, nie do końca nazwanego powodu, zachwyca i bawi. Może to dzięki temu, że w każdym słowie widać, że autor czuje, że to miejsce, w którym jest, to jego miejsce na ziemi?

Dodatkową zaletą książki są zdjęcia – każdy rozdział zaczyna się od prawdziwych zdjęć ze zbiorów Chrisa Stewarda, podejrzewam, że dopasowywanych do treści przez niego samego, co nadaje całości jeszcze bardziej osobistego rysu.

Jeżdżąc po cytrynach, Chris Steward
Tytuł oryginalny: Driving over Lemons
Gatunek: autobiografia/pamiętnik
Forma: powieść
Język oryginału: angielski
Liczba stron: 260
rok wydania: 2008
oprawa: miękka
wydawca:
AA Wydawnictwo
ISBN: 978-83-89368-94-2