Po pierwsze dla pieniędzy, Janet Evanovich
Film o tym tytule reklamował mi się na czytniku – w końcu sprawdziłam cóż to i tak wpadła mi w ręce książka „Po pierwsze dla pieniędzy”.
Książkę czyta się bardzo dobrze – akcja prowadzona jest dość wartko, a nawet jeśli miejscami utyka lekko, to humor autorki – przeniesiony na humor, dystans i autoironię bohaterki – spokojnie to wynagradza. Stephanie Plum to młoda dziewczyna, która pilnie potrzebuje gotówki. Straciła pracę (reorganizacja), nowej nie może znaleźć od roku. Skutkiem tego bank rekwiruje samochód, odcinają jej telefon, a by mieć na najpilniejsze wydatki – pozbywa się mebli i biżuterii.
Jakoś od słowa do słowa trafia do pracy u swojego (szemranego nieco) kuzyna i zostaje „łowcą głów” ścigając tych, którzy po wpłacie kaucji nie stawili się przed sądem na rozprawę.
Nie mając odpowiednich umiejętności, za to spory tupet i czasem brak przewidywania konsekwencji jakimś cudem udaje się jej odnaleźć w tym zawodzie… A jakim – to już sprawdźcie sami.
Warto zwrócić uwagę na postaci w tle – szczególnie babcia Mazurowa to majstersztyk (wcale nie obraziłabym się gdyby w kolejnych częściach wysunęła się bliżej pierwszego planu).
Książka nie jest długa, ale to chyba też jej urok – tym bardziej, że można sięgnąć po kolejne
PS Zdjęcie ściągnęłam z portalu LubieCzytac.pl - wygląda na zrobione przez Kogoś, a nie z materiałów prasowych, ale zależało mi na tej starszej okładce, nie nowej filmowej, bo taką miałam w ręce.
Niewinny, John Grisham
Lubię Grishama i swego czasu czytałam niemal wszystko, co wpadło mi w ręce jego autorstwa, o czym wspominałam przy okazji „Apelacji”. Po rozczarowaniu, jakie mi przyniosła na długo odłożyłam kolejne wydawnictwa. Ale tym razem jakoś „stanął mi na drodze” Niewinny.
Początek czyta się kiepsko – nagromadzenie postaci, miejsc, mieszanie czasu (co jakiś czas coś jest 10 lat wcześniej lub 8 lat później) sprawiają, że czytelnik zwyczajnie zaczyna się gubić. Jednak jeśli się to przebrnie – zaczyna wracać dobry Grisham, którego ciężko odłożyć.
Brutalne zabójstwo i gwałt młodej dziewczyny i poszukiwanie jej morderców to kanwa całości. Do tego w tle – druga sprawa (uprowadzenie i prawdopodobne morderstwo innej młodej kobiety). Dziesiątki błędów w śledztwie, fabrykowanie dowodów, policja, która z pełną premedytacją zataja fakty, obiecuje złote góry kapusiom, którzy snują jakieś dziwne i nierealne opowieści przed sądem (jeden z takich „świadków” po latach się przyznaje, że nie wiedział co to krzywoprzysięstwo). Dowody ze snów, niemal wróżenie z fusów i przed sądem stają osoby, których nie powinno tam być. A potem trafiają do cel śmierci…
Nie zdradzę zakończenia, choć pewnie większość z Was najpierw się dowie, że całość była oparta na faktach. I to jest najbardziej przerażające – że całość nie jest tylko wymysłem autora, ale zdarzyła się naprawdę. W tym momencie wiara w jakiekolwiek systemy sprawiedliwości pada…
Niewinnego warto przeczytać choćby dlatego, że jest oparty na faktach, a z podsumowania wynika, że Grisham bardzo skrupulatnie odrobił zadanie – przeprowadził szereg wywiadów i spotkań z osobami, które miały jakąkolwiek styczność z wydarzeniami, weryfikował otrzymane informacje i filtrował.
Złodziej tożsamości, Erica Spindler
Złodziej tożsamości to kolejna książka Erici Spindler jaką czytałam. Klasyczny thriller, sprawnie prowadzony i nieoczywisty.
Złodziej jest poniekąd kontynuacją Naśladowcy – te same główne bohaterki, czasem drobne odwołania do tamtych wydarzeń. Niemniej jednak spokojnie można sięgnąć po Złodzieja nie znając Naśladowcy – całość jest napisana na tyle jasno, że nie będzie wątpliwości.
Przyznam szczerze, że nie rozumiem tytułu – w książce nikt nie kradnie tożsamości, tylko pieniądze, a to spora różnica. Prawie do końca czekałam na wykorzystanie tych ukradzionych tożsamości. Lepszy jest tytuł oryginalny (Break Neck – dwuznaczny w kontekście szybkości i morderstw). Niemniej jednak całość została mocno osadzona w obecnej rzeczywistości i zwykłych nieostrożności, jakie popełniamy na co dzień. Ciekawe, czy zastanawiacie się nad poszukaniem zabezpieczonej sieci przed zrobieniem przelewu, czy uznajecie, że zabezpieczenie hasłem konta bankowego jest wystarczające? No właśnie…
Grupa dzieciaków dobrze zaznajomionych z komputerami dobrała się do czyjegoś konta. Niestety, tym razem okradziony nie jest bogaczem, który nie zauważy zniknięcia iluś tysięcy, ani nieświadomą niczego starszą panią, która kradzież wykryje po wielu miesiącach. I nie żąda wyjaśnień, tylko zwrotu i życia.
Książkę czyta się bardzo dobrze – jak napisałam na początku jest sprawnie prowadzona i na szczęście nieoczywista. Bo choć są wątki, co do których czytelnik już na początku domyśla się kto i dlaczego, to większość pozwala na wolniejsze odkrywanie prawdy
I jest to pierwsza książka z wyzwania czytelniczego „Z własnej półki”
2011 – tylko podsumowanie
Myślałam, że nie pisałam rok, a tu już dwa
:(
Po przerwie w czytaniu (chyba 4-5 miesięcy) powróciłam, ale nie miałam czasu na bloga
Dlatego 2011 będzie raczej tylko podsumowany (choć może znajdę chwilę na opisanie co niektórych tytułów), ale w 2012 może uda mi się znów pisać
Kolejność – przypadkowa (choć już widzę, że nie uda mi się chyba skompletować całej listy – ew. będę dopisywać jak mi się przypomni
)
1. Gry miłosne – Erica Spindler
2. Stracone dusze – Lisa Jackson
3. Rytuał ostatniej nocy – Wiktoria Płatowa
4. Zakazany owoc – Erica Spindler
5. Wyścig ze śmiercią – Erica Spindler
6-8 – Trylogia Czarnego Maga – Trudi Cavanan
9. Perfumy Kleopatry – Jinn Bacarr
10. Imię i nazwisko zastrzeżone - Sigaloff Jane
11. Sztylet Medyceuszy – Cameron West
12. Jillian Westfield wyszła za mąż - Scotch Allison Winn
13. Zabójczy żart – Peter James
14. Za wszelką cenę – Candance Bushnell
15. 17 śmiertelnych błędów Szefa – Rafał Szczepanik
16. Rytuał ostatniej nocy – Wiktoria Płatowa
17. Drugie życie Bree Tannen – Stephanie Meyer (tak, jak się nie ma nic innego pod ręką, to i takie coś dobre do czytania
)
18. Dobry rok – Pater Mayle
19. Szyfr Szekspira – Jennifer Carrell
20-22 – Kuzynki (Kuzynki, Księżniczka, Dziedziczki) – Andrzej Pilipiuk
23. Nie dla mięczaków – Monika Szwaja
24. Kobieca Agencja Detektywistyczna nr 1 – Alexander McCall Smith (warto! to nie jest lekki kryminalik, choć sprawy detektywistyczne też są, ale to przede wszystkim książka obyczajowa o Afryce)
Po głowie chodzi mi jeszcze ze dwie książki z wampirami (taka moda teraz, to i mnie czasem wpadają w ręce takowe), dwie z literatury rosyjskiej, garść czytanych w oryginale po angielsku powieści i trochę marketingowych. Niemniej – muszę najpierw posprawdzać dokładnie autorów i tytuły, (a nie mam już egzemplarzy w domu), więc – z czasem pewnie się pojawią.
To nie był u mnie rok ambitnych książek – ale mając bardzo dużo pracy, w książkach szukam raczej odpoczynku, oderwania się niż analiz
Ale kto wie co przyniesie kolejny rok
Niedoczytane 2009
Staram się nie porzucać książek, ale z drugiej strony dojrzałam już do tego, że mam ograniczoną ilość czasu, więc zdarza mi się zostawić książki, które w moim poczuciu mnie nudzą, męczą bardzo nie dając w zamian ciekawych przemyśleń, albo po prostu z jakiegoś powodu mi nie leżą. Z reguły kiedyś dostają drugą szansę, jeśli znów mi nie pasują, to znaczy, że raczej nam ze sobą nie po drodze po prostu…
W 2009 odłożyłam:
- Jasne błękitne okna – mimo bardzo pozytywnego nastawienia do tej książki, nie byłam w stanie jej znieść. Bohaterki budziły we mnie znaczną irytację, język też wydawał mi się dziwny – w końcu dałam sobie spokój (choć scena z malowanymi rajtuzami mnie rozbawiła)
- Bóg rzeczy małych – spodziewałam się CZEGOŚ (po opisach i opiniach) – może to sprawiło, że mi się nie udało z tą książką? Przez chyba 100 stron szukałam powodu dla czytania jej dalej, ale nie znalazłam, więc bez żalu powędrowała z powrotem do biblioteki
- Jednoroczna wdowa – nie umiem powiedzieć dlaczego, ale coś mi nie pasowało i szkoda mi było czasu
- Dziennik nimfomanki – ani to erotyk, ani psychologiczne, bliżej do harlekina niż czegoś ciekawszego. 10 lat temu na pewno bym dokończyła, ale dziś już nie.
Chyba tyle – jak sobie coś jeszcze przypomnę, to dołożę.
Jesień cudów, Jodi Picoult
To chwilowo już ostatnia pozycja tej autorki (choć właśnie zabieram się za kolejną) – w rzeczywistości tak mi się właśnie trafiło, że czytałam je jedną po drugiej…
Z trzech przeczytanych pozycji ta jest moim zdaniem najmniej kontrowersyjna, najmniej wyszukana. Temat ociera się o wiarę – nie tyle nawet w Boga, bo ta właściwie nie jest kwestionowana, co o wiarę w cuda i o to, czy cuda może robić mała dziewczynka, która na dodatek jest Żydówką i to tylko z urodzenia i w dodatku twierdzi, że Bóg jest kobietą?
Książka napisana jest taktownie, a postać Mariah (matki) to świetne studium osoby porzuconej (nie po raz pierwszy) i świadomej swoich problemów, dzięki czemu stara się zapobiec tragedii.
Z mojego – zawodowego – punktu widzenia, ciekawie zostały w tej książce pokazane media – opowiednia interpretacja faktów, w zależności od potrzeb pracodawcy, pokazana jest chłodno, bez emocji, ale też bardzo wiarygodnie (i prawdziwie).
Natomiast w pełni zgadzam się z opiniami o niemal nieczytelnym zakończeniu książki – mam swoją jego intepretację, ale został mi niesmak – pozostałe dwie książki miały słodkie, czy nie, ale czytelne, pasujące do wydarzeń, zakończenie. Jesień cudów kończy się w sposób, który zaburza całość zbudowanego obrazu i sprawia, że zastanawiamy się nie nad tematem, ale nad tym o co chodziło autorce… (a jeśli się mylę – proszę o podpowiedzi – mogą być na maila).
Czarownice z Salem Falls, Jodi Picoult
Po Bez mojej zgody, sięgnęłam po Czarownice. Praktycznie zachwycona poprzednią książką, oczekiwałam czegoś podobnego – rozczarowałam się, niestety…
Tytuł od razu przywodzi na myśl jedno skojarzenie – i choć po ang. brzmi tylko Salem Falls, to skojarzenie jest budowane od początku. I właśnie przez to skojarzenie książka mnie rozczarowała – krok po kroku, strona za stroną jest niezwykle przewidywalna. Choć główny bohater – Jack to naprawdę ciekawa postać, z dużym potencjałem (scena w więzieniu powodowała, że niemal trzymałam za niego kciuki), został włożony między postacie z życiem, ale niemal przeźroczyste w swoim postępowaniu. I tak – widząc już reakcję policjanta na wiadomość,że Jack jest byłym skazańcem z paragrafu „seksualnego”, a także na reakcje niektórych bohaterek, wiemy co wydarzy się za następne 200 stron. I za kolejne 100 także.
Podobnie jak w Bez mojej zgody niemal każdy bohater ma jakieś problemy poważnej natury. Tyle, że w poprzedniej książce były one dla mnie uzasadnione, a w tej – raczej sztucznie spiętrzone, aby wyjaśnić kolejne sceny…
Jedyne co tu zaskakuje, to zakończenie (tak, znów – choć tym razem nie jest hollywoodzkie).
Jak widać – nie podpiszę się pod peanami na cześć Picoult jako autorki ogólnie – cieszę się natomiast, że nie trafiłam na Czarownice jako pierwsze, ponieważ byłaby to pewnie moja ostatnia przygoda z tą autorką. Tymczasem ma ona i świetne i kiepskie książki, więc warto sprawdzać „na własnej skórze” (ew. Biblionetce i blogach), żeby sięgnąć po te warte naszego czasu
Bez mojej zgody, Jodi Picoult
Niezwykła książka – poprzez temat i kontrowersje, jakie musi wywołać.
Po raz pierwszy zobaczyłam opis tej książki u Chiary, a sam temat zafascynował mnie na tyle, że chciałam ją przeczytać. 13-letnia dziewczynka, która została poczęta po to tylko (tak naprawdę), by być lekarstwem dla swojej siostry (świetnie oddaje to starsza okładka książki – ta ze stokrotkami). Początkowo miała tylko oddać jej krew pępowinową i to miało wystarczyć. Ale choroba siostry się nie poddała i nie wystarczyło – wielokrotne oddawanie krwi i szpiku, niekończące się dni spędzane w szpitalu zamiast w domu, na zabawie. Dla Anny jest to normalne, dopóki któregoś dnia rodzice, (a właściwie matka) oczekują od niej oddania siostrze… nerki. Ta sytuacja rozpoczyna lawinę zdarzeń, ponieważ Anna buntuje się i idzie do sądu żądając samostanowienia o własnym ciele.
Ponieważ sama nieraz bywałam „adwokatem diabła”, w pełni rozumiem adwokata, który bez wahania wziął sprawę. Tak samo jak rozumiem Annę, która świetnie definiuje w pewnym momencie siebie (zwróćcie uwagę na fragment z rozwiązywaniem krzyżówki – moim zdaniem to najmocniejszy fragment w całej książce), matkę dziewczynek, choć poniekąd budzi równocześnie we mnie odrazę, brata, który zagubił się całkowicie w takim otoczeniu (trudno nazwać je zdrowym – nawet przez przypadek). Najnormalniejszy w tym środowisku jest Brian – ojciec dziewczynek, choć przy tym wszystkim jego postawa też mui budzić mieszane odczucia. Rację ma Libro w swoim opisie książki, zauważając, że każdy z bohaterów ma spore problemy i trudno znaleźć kogoś kto ich nie ma – ale też w takiej sytuacji, jaką nakreśliła Picoult chyba nie ma innej możliwości…
Całość warto przeczytać – Picoult przedstawiła temat z różnych perspektyw (kolejne rozdziały pokazywane są z punktu widzenia innej osoby) i chyba trudno opowiedzieć się jednoznacznie po którejkolwiek ze stron. Sama nie wiem co zrobiłabym na miejscu Anny, bądź jej matki. Może też nie byłabym nigdy w stanie przerwać tego połączenia? Bo sama jestem przekonana, że gdyby lekarze mi powiedzieli, że kolejne dziecko jest ratunkiem dla już istniejącego, to nie zawahałabym się.
Książka napisana jest sprawnie, dość lekkim językiem. Zakończenie… jest hollywoodzkie, ale chyba najbezpieczniejsze dla amerykańskich czytelników… (a filmu jeszcze nie widziałam, więc się nie wypowiem).
Emma i ja, Elisabeth Flock
Świat widziany oczami dziecka często nas zaskakuje. Rzadko jest tak szczęśliwy i różowy, jakiego życzylibyśmy sobie.
Carrie, główna bohaterka książki, ma 8 lat i bardzo trudne życie. Jej ojciec, którego kochała i wciąż wspomina, został zastrzelony – we własnym domu, na oczach córki. Matka nie potrafiła poradzić sobie z sytuacją i wpadła w bardzo głęboką depresję. Potem związała się z mężczyzną, który bije i seksualnie wykorzystuje Carrie.
Jedyną odskocznią i jasnym promieniem w życiu dziewczynki jest jej młodsza siostra. Rezolutna, w opinii Carrie znacznie od niej ładniejsza, bardziej lubiana, ale też waleczna. To ona broni ją w szkole, nawet wdając się w bójki z kolegami, ona też stara się ją chronić przed ojczymem.
W książce nie brak szokujących momentów. Wykorzystywanie seksualne małej dziewczynki to tylko jeden z nich. Dla mnie niezwykle mocne były dwie sceny – przykucie dziecka łańcuchem jako kara za ucieczkę i dawanie mu do jedzenia psiej karmy przez ojczyma, przy równoczesnym zupełnym braku reakcji matki (czyli w praktyce – przy jej przyzwoleniu) oraz wizyta babki i ciotki, które widząc co się dzieje, nie umiejąc przekonać matki Carrie do działania, po prostu wyjeżdżają, zostawiając dzieci same sobie. To bardzo silne zobrazowanie tego, co często się dzieje – nawet jeśli widzimy, że jest źle, że dziecko ma siniaki, że się boi, często wolimy przymknąć oczy i uwierzyć, że spadło z huśtawki, schodów, a nie w to, że jest ofiarą przemocy. Nie umiemy reagować na to – przez całe życie nikt nas nie przygotowuje na takie sytuacje, więc wolimy się wycofać niż narazić na ból, śmieszność, czy etykietkę „tej co się wtrąca”…
Książka kończy się bardzo mocnym akcentem, ale nie sprawdzajcie jak. Całość należy zobaczyć w takim świetle, w jakim szkicowała to autorka. Miała rację stopniując odkrywane fakty i przestrzenie.
Kartki z białego zeszytu, Sonia Raduńska
Nie pamiętam czego się spodziewałam po tej książce. Ale na pewno nie tego, co znalazłam między okładkami…
Po raz pierwszy opisuję książkę, której jeszcze nie skończyłam. Ale nie chcę dać ulecieć emocjom, które wzbudza, a równocześnie chcę od niej odpocząć. Chcę ją czytać, ale wszystko we mnie buzuje.
Po kilku latach przerwy w intensywnym czytaniu, rok temu wróciło to do mnie. Znów, jak za „młodych” lat czytam w każdej wolnej chwili, szczególnie w autobusach i tramwajach. Oczywiście kartki też któregoś dnia wzięłam ze sobą – na jazdę do pracy i z niej. Nie miałam pojęcia, że w autobusie będę śmiać się do siebie, momentami cicho, ale jednak na głos. Nie miałam też świadomości, że w pewnym momencie nie uda mi się powstrzymać łez wzruszenia. Popłynęły po policzkach. A kobieta siedząca w pobliżu uśmiechnęła się ze zrozumieniem i usłyszałam – znam to, też tak mam.
Kartki z białego zeszytu to przemyślenia. Opis rzeczywistości przepuszczonej przez sito własnych doświadczeń – raczej niekoniecznie wesołych – autorki. Ale też przez spojrzenie osoby pogodzonej ze sobą, życiem i kochającej innych ludzi. To spojrzenie osoby, jaką wielu z nas chciałoby być, choć wielu nie uda się to nigdy. Równocześnie w poszczególnych rozdziałach autorka nie narzuca swojego pola widzenia – ona o nim mówi, ale nie stara się go forsować. Działa raczej na zasadzie – to moje życie, jeśli ci odpowiada – chodź, jeśli nie – żyj po swojemu.
Kartki warto przeczytać choćby po to, by zauważyć wiele rzeczy, których w codziennym biegu nie widzimy. By dowiedzieć się, przypomnieć sobie, odkryć ponownie, lub całkiem po raz pierwszy otaczającą nas rzeczywistość i spojrzeć na nią nie tylko swoimi oczami, ale także np. ks. Twardowskiego, albo po prostu Soni. Książkę warto rozłożyć sobie na części, na porcje – przy emocjach jakie budzi, nie powinno się jej czytać w jeden wieczór…
-
Archiwa
- Styczeń 2012 (4)
- Styczeń 2010 (4)
- Listopad 2009 (5)
- Październik 2009 (2)
- Sierpień 2009 (6)
- Lipiec 2009 (4)
- Czerwiec 2009 (1)
- Maj 2009 (6)
- Kwiecień 2009 (1)
- Marzec 2009 (5)
- Luty 2009 (4)
- Styczeń 2009 (4)
-
Kategorie
-
RSS
Wpisy RSS
Komentarze RSS



